„Czasem warto tylko być” – śpiewała Miśkiewicz w słynnym przeboju. „Razem ze mną nie śpiesz się” i… zatrzymaj.
Wróciłam z ferii. Każdy powrót to dla mnie jak nowe rozdanie, nowy początek. Może dlatego, że dopiero, gdy się zatrzymuję z tego biegu codzienności to widzę bezsensowność swojej gonitwy na co dzień. Dlatego może paradoksalnie potrzebuję oddychać pełną piersią, potrzebuję bezmyślności słodkiej i ani jednej myśli o pracy, o samorozwoju- by spojrzeć na swoje życie z dystansu i zaśmiać się gorzko.
Grzech pierwszy. Poganiam mój czas, bez litości zupełnie. Czasem już koło południa marzę o tym, kiedy będzie wieczór i będę mogła bez wyrzutów sumienia po 23.00 zanurzyć się w moim wygodnym fotelu. We wtorek myślę o tym, że w sobotę się wyśpię. I strzelam z bata na czas i przeganiam minuty i dni pocieszając się, że za tydzień będzie już po. Po czym? Po stresującym wydarzeniu w pracy , po wizycie u lekarza, po niemiłym spotkaniu itd. Niektóre zdarzenia spędzają mi sen z powiek i przez nie znowu czasu bynajmniej nie celebruję.
A w czasie wolnym jednak sobie przypominam jak to jest miło w czasie się zatapiać i dłużyć minuty na jedzeniu, całowaniu się z mężem np. czy innej czynności z tzw. misiujących.
Grzech drugi. Sobie się nie przyglądam. No może zerknę na włosy zbyt słabe i na zmarszczkę nową, w świetle na świat wypełzłą. Ale do środka siebie to już wcale w biegu nie zaglądam. Za rzadko pytam co lubię, jak lubię i dlaczego. Zgadzam się za często z podobnym konformizmem na pierogi z hali, na serial ten, bo rozpoczęty i na relacje letnie tylko. A wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że mało rzeczy jest mi obojętnych. Jestem sobą kiedy jestem bardzo za, tj. całą sobą przekonana albo zdecydowanie przeciwna. Chcę znaleźć czas każdego dnia na podsumowanie. Choćby gorzkie i z dziegciem, a może w miesięcznym podsumowaniu całkiem dobry miesiąc miałam? Choćby na styczeń spojrzeć do tyłu.. bo teraz zupełnie nie wiem.
Grzech trzeci… Nami się nie upajam. Zupełnie jakbym założyła, że byliśmy i będziemy na wieczność tą szczęśliwą parą. Bo jesteśmy. I mam to szczęście mieć na wyciagnięcie ręki partnera co chmury rozgania, przytula słowem i gestem, często rozumie i tańczy ze mną, gdy pusty parkiet nawet i nigdy się nie nudzimy. W codzienności zupełnie zapominam, że był czas kiedy nie byliśmy razem. Trudno uwierzyć. Moje myśli przecież dobrze wymieszane z jego. Ale w dni gonitwy nasze rozmowy skupione na kiedy i której, kto kupi i kto zapamięta. A w czasie wolnym nasz związek pielęgnujemy. W końcu jest miejsce na rozmawianie pozornie o niczym, na milczenie, wspominanie i sobą nasycanie. Jest dobrze! To poczucie spełnienia odczuwalne dopiero… kiedy przystanę.
I Wam tego zatrzymania życzę na feriach czy w czasie weekendu. Ożywcze jest, oczyszczające, energetyzujące – och, wolne dni!
Aldona Ziółkowska-Bielewicz*
*nowa felietonistka dobre.info.pl, edukatorka, ekolożka, feministka, coachka.











