Jaworzanin Kuba Kozłowski, lider formacji Intruzi i solista znany jako Facet od Muzyki, to wulkan energii scenicznej. W świecie zdominowanym przez algorytmy AI i cyfrowe tło, on stawia na autentyczny rockowy łomot, szczere teksty o wychodzeniu z domu bez smartfona i wyciąganie lekcji od największych legend polskiej sceny. O tym, jak smakuje duma w małym mieście i co daje granie u boku Agnieszki Chylińskiej czy zespołu Turbo, Kuba opowiada Karolinie Osińskiej-Marcińczyk w szczerej rozmowie.
Od początku muzycznej drogi wiedziałeś, że będziesz frontmanem?
Zaczynałem jako gitarzysta, ale w każdym zespole w którym grałem wysuwałem się na pierwszy plan swoją energią sceniczną. Decyzja, żeby wziąć również mikrofon w swoje ręce i zostać etatowym frontmanem dojrzewała we mnie latami, ale myślę, że była to ścieżka, na którą byłem skazany odkąd pierwszy raz pojawiłem się na scenie. Po prostu lubię być z przodu i przychodzi mi to naturalnie.
Zespół istnieje od 2023 roku – a jak wyglądało życie muzyczne przed Intruzami? Co robiłeś wcześniej?
Zespół INTRUZI owszem powstał w 2023 roku, ale był tak naprawdę ewolucją projektu pod nazwą INTRUDER który powstał we Wrocławiu w 2016 r. To Inny skład i nieco inna muzyka, ale zagrałem dziesiątki koncertów zanim na dobre rozkręciłem mój aktualny projekt. Doświadczenie sceniczne zbierałem latami, ale to dopiero z obecną ekipą poczułem, że jestem gotowy wypłynąć na szersze wody.
Jawor to nieduże miasto. Czy czujesz, że lokalizacja Was ogranicza, czy wręcz przeciwnie – napędza?
I jedno, i drugie. W mniejszym mieście łatwiej o rozpoznawalność. Zagrasz kilka koncertów i już ludzie zaczynają Cię kojarzyć, ale małe miasto to też sporo ograniczeń. Nie jest łatwo o miejsce do grania czy choćby warunki do nagrywania. Z drugiej strony to w właśnie w Jaworze mogę poczuć jak wielu ludzi po prostu jest z nas dumnych. Mieszkańcy mniejszego miasta są w stanie docenić takie wydarzenia jak choćby pojawienie się naszego zespołu w Teleexpressie. W takim Wrocławiu mało kogo by to obchodziło.
Piszesz teksty odnoszące się do codziennych realiów, bez przerostu formy nad treścią. Skąd bierzesz tematy – z własnego życia, obserwacji, rozmów?
Życie samo dostarcza tekstów. Nie lubię projektować muzyki jak produktu i zastanawiać się czy ludzie chcą posłuchać o miłości albo seksie jak w piosenkach disco polo. Jeśli jakiś temat leży mi na sercu to pojawi się też piosenka. Tak było z utworem „Człowieku Wyjdź dziś z domu!”. Od lat obserwuję postępującą degradację życia społecznego i aktywności na świeżym powietrzu. Powodem jest oczywiście alternatywne życie w internecie. Ten kawałek to trochę tęsknota za zwykłym „wyjściem z domu” choćby bez celu i przede wszystkim bez smartfona.
Który utwór z albumu jest dla Ciebie najważniejszy i dlaczego?
Najbardziej osobisty jest utwór „Tło”. Jest to ballada, którą traktuję bardzo emocjonalnie. W dzieciństwie wielokrotnie mierzyłem się z brakiem akceptacji. Rodzina, szkoła oraz podwórko nie pozwalały mi być „sobą”, bo nie pasowałem do utartych schematów i przypisanych ról społecznych. Teraz po latach wciąż trudno mi się z tym uporać. O tym jest ten utwór.
Muzyka generowana przez AI to dziś gorący temat. Gdzie według Ciebie przebiega granica między narzędziem a zagrożeniem dla prawdziwej twórczości?
To temat, który spędza sen z powiek współczesnym artystom. Z jednej strony jest to dla mnie fascynujące jakie możliwości ma ta technologia, ale gdy słyszę, że ludzie wokół mnie słuchają muzyki z AI (niestety niemal tylko muzycy są w stanie rozpoznać różnice), to zastanawiam się czy będę jeszcze potrzebny. To trochę jak z wynalezieniem dynamitu. Można przy jego pomocy stworzyć tunel, ale również wysadzić dom w powietrze. Zależy kto i do czego to wykorzystuje. Niestety regulacje nie nadążają za tym tematem w żaden sposób, a myślę, że kontrola jest potrzebna. AI to tak naprawdę „nakarmiony” skradzioną muzyką potwór, który wypluwa coś nowego przerabiając przez swoje algorytmy to, co już było. Ludzie tworzą fikcyjne zespoły i zarabiają na tym pieniądze oszukując ludzi. To bardzo szkodzi prawdziwym muzykom.
Supportowaliście (popraw mnie, jeśli się mylę) Turbo, Farben Lehre, Spięty, Piotra Bukartyka, Agnieszkę Chylińską – to spore nazwiska. Czego nauczyłeś się, grając u boku takich artystów?
Nauczyłem się, jak prowadzić koncert, żeby od początku do końca utrzymać uwagę publiczności. Czasem warto zrezygnować z ulubionego utworu jeśli nie wpasowuje on się w dynamikę koncertu. Tego można nauczyć wyłącznie podglądając najlepszych. Nauczyłem się też, jak i ile mówić na scenie. Każda rozmowa za kulisami z artystami to osobna lekcja, z której próbuję coś wyciągnąć na przyszłość, a szczególnie w temacie nagrywania oraz promowania swojej muzyki. Wiem, że skoro oni są w tym miejscu, do którego sam dążę, to warto po prostu zapytać „Hej, a jak to zrobiliście?”
Występujesz też solo. Co daje Ci więcej frajdy: samotny występ czy grupowe show?
Występy solo są zdecydowanie bardziej kameralne i nie jestem w stanie poczuć tej rockowej energii, którą daje mi cały zespół. Jeśli mam wybierać to wolę koncert na „pełnej petardzie”, ale występowanie solo pozwala mi cały czas pozostać w formie wokalnej. Gram wtedy głównie covery i traktuje to jako „najlepszą pracę na świecie”, bo dużo łatwiej jest zarobić na muzyce grając to co ludzie już znają i kochają niż próbować przekonać ich do własnych kompozycji, których nigdy w życiu nie słyszeli.
Dziękuję za rozmowę.











