Strona główna / Wywiady / Marcin Minor i ilustracje z baśniowego świata

Marcin Minor i ilustracje z baśniowego świata

W swoich pracach potrafi zamknąć cały wszechświat. Uwielbia realizm magiczny, a czytelnicy uwielbiają jego ilustracje. Jego magiczne wizje balansują na granicy snu i jawy. Marcin Minor to jeden z najlepszych polskich ilustratorów książek dla dzieci i nie tylko. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, artysta opowiada o swoich ilustratorskich początkach, „Minorkach” i pasji, którą przekuł w ulubione zajęcie.

Zanim w pełni poświęcił się Pan sztuce, pracował Pan w wielu zawodach – jaką drogę Pan przeszedł nim został ilustratorem?

MM: Jestem również pedagogiem i arteterapeutą. W Europejskiej Akademii Sztuk studiowałem malarstwo. Jeszcze w trakcie studiów podejmowałem się różnych, czasem nietypowych, zleceń np. malowania na kaflach ceramicznych, rysunkach plenerowych w technice 3D, malowania na tkaninach, organizacji happeningów itp. Oczywiście w tym czasie malowałem też obrazy na płótnie. Pod koniec studiów zilustrowałem pierwszą książkę. Dyplom z wyróżnieniem obroniłem w 2004 r. Moje początki jako ilustratora to przede wszystkim zlecenia dorywcze. Wówczas jeszcze nie nazywałem siebie ilustratorem. W międzyczasie ukończyłem pedagogikę i wraz z żoną założyliśmy firmę, w której prowadziliśmy zajęcia terapeutyczne i artystyczne. Chwilę później, dzięki mediom społecznościowym oraz kontaktom nawiązanym na festiwalach i targach, coraz częściej dostawałem ciekawsze zlecenia od poważniejszych wydawnictw. Ta przygoda trwa już ponad 20 lat.

Jak narodziła się pasja do rysowania?

MM: Zawsze lubiłem rysować i zawsze mówiłem, że będę malarzem. Przerysowywałem komiksy, albumy artystyczne i cały czas ciągnęło mnie w tę stronę. Miałem zamiar pójść do liceum plastycznego. Niestety, przed końcem ósmej klasy straciłem kompletnie wiarę w swoje możliwości artystyczne. Dodatkowo kolega rysował dużo lepiej ode mnie i doszedłem do wniosku, że jestem zbyt słaby technicznie, żebym wiązał swoja przyszłość ze sztuką. Wybrałem normalne liceum ogólnokształcące, w którym w ogóle nie miałem plastyki. Później wyjechałem do Stanów Zjednoczonych na wymianę, na rok, gdzie od razu zostałem zaangażowany w różne artystyczne projekty i konkursy. Tam nastąpił ten przysłowiowy boom. Wówczas już miałem pewność, że będę chciał  iść w tym kierunku.

Czym charakteryzują się i co wyróżnia Pana ilustracje?

MM: Odbiorca jest dla mnie bardzo ważny i to bez względu na wiek. Ilustracje tworze również dla siebie, bo to kocham. Nie jestem w stanie wypuścić czegoś, czego bym się wstydził. Przy całej kompozycji, którą trochę traktuję jak sudoku, gdzie wszystko musi się zgadzać, odbieram każdy element zmysłami. Czasami słyszę wręcz, że w ilustracji jest jakiś fałsz, błąd. Coś się w niej po prostu nie zgadza. Teraz pracuję nad okładką książki i niby wszystko jest w niej co ma być, a ja wiem, że w kompozycji czegoś brakuje. Coś jeszcze mi zgrzyta. I będę tak długo nad nią pracował, aż poczuję satysfakcję.

Pana styl jest niezwykle rozpoznawalny – pełen detali i magicznej aury. Łączy Pan w swoich ilustracjach poetyckość z baśniowością?

MM: Wszystko zależy od tego co ilustruję, bo inaczej jest jeżeli mam wolną rękę i mogę robić to, co czuję. Blisko mi jest wówczas do magicznego realizmu, bo lubię zabawę fakturą, przypadkowością, wchodzenie w detale i wędrowanie meandrami skojarzeń. Bawię się przedmiotami, chętnie umieszczam je w nietypowych sytuacjach. Jestem fanem staroci. Mam sporą kolekcję zdjęć. Uwielbiam jeździć po skansenach, buszować w starociach i fotografować przedmioty, które później umieszczam na ilustracjach.

W książce „Minorki” stworzył Pan fantastyczny picturebook o małych, mniejszych i najmniejszych zwierzętach świata. Jak narodził się na niego pomysł?

MM: Narodził się od mojego nazwiska. Moja siostra była w szkole Minorcią, a do mnie często mówili po prostu po nazwisku. Dodatkowo w naszej rodzinie brak koszykarzy. Jak zamieszkaliśmy na wsi to śmialiśmy się, że kupimy kozy minorki i inne małe zwierzęta. I tak jakoś zaczynał kiełkować pomysł na książkę o tych małych i najmniejszych. Przez długi czas nie byłem gotowy na taki projekt, bo zupełnie innymi prawami rządzi się tworzenie książki, nad którą pracuje się dwa lata. To mój pierwszy picturebook, więc chciałem, żeby ten temat poszedł na początek. Mam jeszcze parę innych pomysłów, ale na razie nie będę ich zdradzał.

Możemy zatem powiedzieć, że tytułem książki zabawnie rozegrał Pan nawiązanie do swojego nazwiska?

MM: Tak. To też jest zaznaczone w tej książce.

Książki jakich autorów Pan ilustrował?

MM: Było wielu autorów i wiele wydawnictw. Zilustrowałem około 70 książek i kilkanaście gier planszowych i karcianych. Współpracowałem m.in. z Barbarą Kosmowską, Joanną Jagiełło, Katarzyną Boni, Barbarą Sadurską, Zuzanną Orlińską, Martą Kisiel, Andrzejem Grabowskim, Przemkiem Wechterowiczem. Ilustrowałem też zagranicznych autorów m.in. Oscara Wilde`a, Mary Shelley, Michaiła Bułhakowa, Gabriela Garcia Marqueza, Aubrey Hartman i dwie książki mojej żony Ewy Minor.

Są tematy lub gatunki literackie, których nigdy by się Pan nie podjął jako ilustrator?

MM: Trudno powiedzieć… Myślę, że to przede wszystkim kwestia autora i tego jak przedstawia dany temat i na ile bliski mi jest jego sposób myślenia i odbierania świata.

Pana prace często mają w sobie coś z realizmu magicznego. Czy to wynika z Pana zainteresowań literaturą lub mitologią?

MM: Mam szeroki wachlarz zainteresowań jeżeli chodzi o literaturę. Chętnie sięgam po powieści science fiction, biografie, reportaże, kryminały, powieści historyczne jak i klasyków. Dodatkowo jestem miłośnikiem audiobooków, co przy mojej profesji jest bardzo wygodne. Zawsze czytałem po kilka książek jednocześnie i tak mi zostało również przy słuchaniu.  Mogę w tym miejscu podzielić się małą ciekawostką: Jeszcze zanim audiobooki były tak rozpowszechnione, jak ma to miejsce dzisiaj, znalazłem sposób, by z nich korzystać. Zapisałem do biblioteki książki mówionej moją babcię i to na jej kartę wypożyczałem książki na kasetach magnetofonowych. Jedna pozycja potrafiła być nagrana czasem na kilkudziesięciu taśmach. Dlatego na wycieczkę do biblioteki należało brać solidny i pakowny plecak turystyczny.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *