Strona główna / Wywiady / Opowieści z łąk i gór Weroniki Szelęgiewicz. To wyobraźnia kreuje świat

Opowieści z łąk i gór Weroniki Szelęgiewicz. To wyobraźnia kreuje świat

Pochodzi z Kłodzka, ale pokochała Kraków i zamieszkała tam. Zawodowo nauczycielka, po godzinach pisarka, która kreuje światy uwielbiane przez małych czytelników. Dla nich (ale i dla dorosłych) powołała do życia Koniberki, które skradły serca najmłodszych. Stworzyła też niezwykły przewodnik, w którym połączyła legendy i baśnie z ciekawymi miejscami wartymi zobaczenia – od Rumunii po Dolny Śląsk. Weronika Szelęgiewicz w rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada m.in. o tym jaka powinna być dzisiaj literatura dziecięca i o tym, jak jej książki stawały się prezentami na osiemnastki licealistów, których uczyła.

Zamieniła Pani Kłodzko na Kraków – dlaczego wybrała Pani miasto polskich królów?

WSZ: Wyjechałam do Krakowa na studia, była to polonistyka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Już po dwóch miesiącach wiedziałam, że chcę zostać na zawsze. Większość absolwentów naszego liceum tradycyjnie wybierała, i pewnie nadal wybiera, studiowanie we Wrocławiu, do którego z Kłodzka jest zdecydowanie bliżej. Ja jednak zawsze lubiłam Kraków, mieszkał też tu wtedy mój dziadek, no i stąd wybór. Jednak wraz z upływem lat coraz bardziej doceniam rodzinne strony.

Debiutowała Pani na polskim rynku wydawniczym baśnią dla dzieci „Koniberki”. Co było bezpośrednią inspiracją do stworzenia świata „Koniberków” – małych stworzeń mieszkających na łące?

WSZ: Tak naprawdę koniberki – małe latające koniki wielkości kolibra, wymyśliła moja córeczka, gdy była w przedszkolu. Bawiła się w nie dobre dwa lata. Ja tylko dopisałam historię. Zresztą ona jest też autorką pierwszego zdania, które brzmi: Filipinka jak zwykle wstała najwcześniej, obecnie znajduje się na początku trzeciego rozdziału pierwszego tomu. Ważne jest jednak to, że „Koniberki” pokazują świat bliski dziecku. Pod baśniowym kostiumem ukryte są problemy, z którym można się zetknąć w grupie rówieśniczej, na przykład jak sobie radzić z dokuczaniem, pokonać nieśmiałość, jakie są konsekwencje kłamstwa i tym podobne. Są też rozdziały o wartościach: miłości, przyjaźni, tolerancji, solidarności, poświęceniu. Przy czym staram się unikać moralizatorstwa, którego nie znoszę.

Stworzyła też Pani niezwykły przewodnik „Na tropie baśniostworów”, w którym połączyła legendy i baśnie z ciekawymi miejscami wartymi zobaczenia – proszę o nim opowiedzieć.

WSZ: Przyznam, że jest to książka, z której jestem wyjątkowo dumna. Pomysł przyszedł mi do głowy podczas wycieczki do Rumunii. W tej książce mamy połączenie przewodnika turystycznego, powieści drogi i powieści detektywistycznej z odczytanymi na nowo legendami. Niezwykli bohaterowie, pół aniołki i pół diabełki, są wysyłani w misje szukania legendarnych potworów, które muszą przekonać, żeby nie szkodziły ludziom. W Rumunii szukają hrabiego Drakuli, na Dolnym Śląsku (głównie na Ziemi Kłodzkiej) potwora Frankensteina, w Krakowie i okolicach nowego wawelskiego smoka, w Pradze golema, a nad Boką Kotorską skarbu ukrytego przez pirata, żeby uwolnić jego ducha. Na końcu okazuje się, że potwór nie jest taki, jak go malują w legendach. Przy okazji oczywiście bohaterowie poznają odwiedzane miejsca, ich zabytki, przyrodę, ciekawostki. Żeby podkreślić charakter książki, do ilustracji zostały wykorzystane zdjęcia z odwiedzanych miejsc.

Napisała Pani również opowieść o królewnie Mariannie Orańskiej – jak Pani zdaniem opowiadać dziecku o historii i postaciach, które ją tworzyły?

WSZ: Są tacy bohaterowie, o których wciąż mówi się za mało. Tak się składa, że często są to kobiety. Chciałam napisać książkę, która byłaby atrakcyjna dla małych dziewczynek, marzących o zostaniu księżniczką, ale z drugiej strony pokazywała, że bycie księżniczką czy królewną nie wygląda tak jak w baśni. Stąd ten przewrotny podtytuł: nie tylko dla małych dziewczynek. Moja książka z jednej strony opowiada o życiu Marianny Orańskiej, a z drugiej o Daisy von Pless. Obie były niezwykłymi kobietami, wyprzedzającymi swoją epokę, działającymi dla dobra poddanych, zdeterminowanymi, a jednocześnie walczącymi o swoje szczęście. No i obie wywarły ogromny wpływ na Dolny Śląsk, na którym miały swoje pałace. Chciałam przedstawić ich życie takim językiem, żeby ta opowieść była atrakcyjna dla dzieci. Szczególnie, że się zorientowałam, że ani w Kamieńcu Ząbkowickim, ani w Ksiażu, ani w Pszczynie nie można kupić biografii Marianny czy Daisy, która byłaby adresowana do dzieci. A jak opowiadać? Szczerze, bez specjalnych upiększeń, choć czasem pewne fakty trzeba złagodzić. Liczy się sposób powiadania dostosowany do wrażliwości dziecka.

Zawodowo pracuje Pani jako nauczycielka. Czy uczniowie są pierwszymi recenzentami Pani książek?

WSZ: Nie, w żadnym wypadku. Uczę w liceum, a jak dotąd piszę książki dla zdecydowanie młodszych czytelników. Zdarzyło się jednak, że kupowali sobie wzajemnie moje książki jako prezent na osiemnastkę.

Gdyby mogła Pani napisać książkę dla swoich licealistów, o czym by ona była?

WSZ: Pewnie o szkole. Kocham uczyć i szkoła jest moim naturalnym środowiskiem. Pewnie by pokazywała współczesne problemy, takie jak hejt czy wykluczenie z grupy, a także ponadczasowy wątek młodzieńczej miłości.

Jaka Pani zdaniem powinna być dzisiejsza literatura dziecięca?

WSZ: Ubolewam nad tym, że obecnie niektórzy rodzice doceniają wyłącznie książki utylitarne. Wydaje się, że magicznie liczą na to, że książka załatwi za nich rozwiązanie wszystkich problemów wychowawczych. Rozumiem, że książka może pomóc w nauce korzystania z nocnika, ale nie to jest rolą literatury. Czytanie wyłącznie książek tego typu nie rozwija wielu kompetencji. Książki dla dzieci powinny mieć przede wszystkim walory literackie. Powinny być napisane pięknym, bogatym językiem, być wielopoziomowe, jak klasyczne pozycje „Kubuś Puchatek” czy „Muminki”, które inaczej odczytujemy w zależności od wieku. Nie bez przyczyny do niektórych książek wracamy od dziesięcioleci i nadal dzieci je lubią. Literatura dla dzieci musi być uniwersalna, choć oczywiście i dla książek utylitarnych jest miejsce.

Bardzo powinna się różnić od tej, którą czytali nam nasi rodzice?

WSZ: Ja właśnie uważam, że nie bardzo, choć warto sięgać po nowe pozycje. Jestem przeciwna pokazywaniu w szkole problemów młodzieży na przykładzie książek, których akcja toczy się w latach 50. XX wieku, jak w książce „Ten obcy”. Jest wiele współczesnych książek, które pokazują aktualne życie dzieci, a te stare nie są z reguły arcydziełami, żeby koniecznie ich się trzymać. Z drugiej strony jednak są książki mające uniwersalne przesłanie, jak choćby „Bracia Lwie Serce”. Do książek tego typu warto wracać. Współczesna literatura dziecięca z jednej strony powinna pokazywać problemy, z którymi realnie spotykają się dzieci i ich zwyczajne życie we współczesnym świecie. Z drugiej strony jednak powinny powstawać takie książki dla dzieci, które i za kilkadziesiąt lat będą czytane, ponieważ mają ponadczasowe przesłanie i są świetnie napisane.

Jakie książki z Pani dzieciństwa ukształtowały Panią jako dzisiejszą autorkę?

WSZ: Są to książki niesłusznie zapomniane i warto byłoby je wydać ponownie. Do moich ukochanych książek należały: „O księciu Gotfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej” Haliny Górskiej, „Fikołek” Josefa Grunda, „Belfegor z Drewnianej Górki” Markety Zinnerowej, „Jak Bettina wracała ze szkoły” Elisabeth Shaw, „Wesołe lato” Hanny Bechlerowej i wiele innych. Lubiłam jednak i starsze książki, jak chociażby „Paziów króla Zygmunta” Antoniny Domańskiej.

Czego Pani, jako autorka, nauczyła się od swoich małych czytelników podczas spotkań autorskich?

WSZ: Nauczyłam się, że można chłonąć opowieść całym sobą, przeżywać ją i kochać. No i że niektórzy bywają zdziwieni, że są jeszcze jacyś żywi autorzy, z którymi się można spotkać, bo myśleli, że wszyscy już umarli.

Oprócz książek tworzy Pani słuchowiska. Czym dla Pani różni się kreowanie świata dźwiękiem od kreowania go słowem pisanym?

WSZ: Miałam ogromną przyjemność przez rok współpracować z Radiem Wrocław, w którym co tydzień ukazywał się odcinek „Wywiadek na tropie”. Były to przygody wrocławskiego krasnala Wywiadka (jest taki), który pokazywał dzieciom ciekawe miejsca na Dolnym Śląsku. Pisałam też słuchowiska dla Fundacji Gaja z okazji Święta Drzewa. Było to początkowo duże wyzwanie, ponieważ w słuchowisku nie ma narratora. Całą historię trzeba pokazać w wypowiedziach bohaterów. Tych z kolei nie mogło być zbyt wielu. Słuchowiska radiowe jednak cieszyły się dużą sympatią słuchaczy, więc chyba mi się udało.

Osobiście kocham wyłącznie literaturę dziecięcą, młodzieżową i fantasy – za co Pani zdaniem dorośli kochają książki dla dzieci?

WSZ: Myślę, że książki dla dzieci pozwalają nam powrócić do dzieciństwa. Poczuć się na chwile sobą z przeszłości. Poza tym dobra literatura dla dzieci i młodzieży powinna sprawiać przyjemność również dorosłemu czytelnikowi. Podobnie jest z literaturą fantastyczną, pozwala nam uciec od rzeczywistości w świat fantazji.

Pani rodzinne miasto to Kłodzko na Dolnym Śląsku. Czy uważa Pani, że dolnośląski region ma w sobie jakąś szczególną „magię”, która sprzyja powstawaniu baśni?

WSZ: Tak, tak i jeszcze raz tak. Szczególnie Kotlina Kłodzka i okolice. Horyzont zamykają góry, mamy piękne lasy, kamienie półszlachetne można znaleźć na ścieżce, mamy malownicze miasta, piękne zamki i pałace (niestety wiele w ruinie), jaskinie, kopalnie, zabytki. To wszystko wpływa na rozwój wyobraźni, a wyobraźnia jest potrzebna do tworzenia baśni.

Dziękuję za rozmowę

Foto: Marek Jeziorski, Marzena Zawial

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *