Dziś, 24 lutego 2026 roku, mijają dokładnie cztery lata od momentu, gdy świat wstrzymał oddech. Tamten poranek brutalnie zakończył erę względnego spokoju w Europie, choć przecież wojna na wschodzie Ukrainy tliła się już od 2014 roku. Wojna w Ukrainie sprawiła, że wielu obywateli tego kraju zamieszkało u nas. Ale też Ukraińcy przyjeżdżali do nas wcześniej.
Pamiętamy szok tamtych pierwszych godzin i dni. Dziś, w czwartą rocznicę tamtych wydarzeń, tamten początkowy opór Ukraińców pozostaje fundamentem ich trwającej walki. To dzień nie tylko refleksji nad ceną, jaką płacą nasi sąsiedzi, ale przede wszystkim przypomnienie o ich niezłomności, która cztery lata temu zaskoczyła wszystkich – a najbardziej samego agresora.
Wkrótce po napaści Rosji na Ukrainę do Polski przyjechała z dwoma synkami Natasza Pawliuk (na zdjęciu).
Dlaczego zostali w naszym kraju, a nie pojechali dalej na Zachód?
– Bezpieczeństwo było za granicą, nie wiedzieliśmy, dokąd lecieć i co może być tutaj na Ukrainie. Przede wszystkim martwiłam się o dzieci i ich bezpieczeństwo i zdecydowałam się pojechać do Polski, bo tu było bezpiecznie – opowiada Natasza. – Ludzie byli dla nas bardzo życzliwi, wspierali nas, pomagali, zapewniali nam mieszkanie, bardzo dobrze nas traktowali, bardzo zapadło nam to w pamięć. Do końca życia będziemy to pamiętać. Byliśmy bezpieczni, polska rodzina traktowała nas jak rodzinę, kochała moje dzieci, kupowała dla nich wszystko, dawała im prezenty. Polska rodzina stała się dla nas jak rodzina.
Natasza z Nikitą i Matwiejem po kilku miesiącach wrócili do Ukrainy.
– Bardzo za wami tęsknimy, zawsze będziemy was pamiętać – mówi nam. – Nigdy nie zapomnę mojej polskiej rodziny, jak nas traktowała, jak nam pomogła, jak fajnie było, urodziny, które razem spędzaliśmy. Nigdy nie spotkałam takiej rodziny jak moja polska rodzina, bardzo dziękuję za opiekę i przyjęcie nas do swojego domu, bardzo dziękuję.
W naszym kraju na dłużej została Tatiana Khlus.
– W Polsce jestem od 2015 roku, przyjechałam zarobić, jak wszyscy – opowiada Tatiana.
Jej pierwsza praca była w fabryce.
– Pierwsze pół roku to po prostu tragedia – wspomina z ciężkim sercem. – Polscy pracownicy nie chcieli, żeby tam pracowali Ukraińcy… Do tego w ogóle nie znałam języka polskiego, więc było mi ciężko.
Pomogły jednak koleżanki z pracy.
– Uczyły mnie polskiego i bardzo jestem im za to wdzięczna. Później już miałam lepiej, poznałam wiele super dziewczyn i od tego czasu mam z nimi kontakt. Bardzo dobrze mi się tutaj mieszka, urodziłam tutaj córeczkę i znalazłam tutaj rodzinę, dobrą pracę – podsumowuje Tatiana.
Olena Surina też mieszka w Polsce od wielu lat. Jak jej się tu żyje?
– Nie lubię narzekać, i w sumie też nie mogę narzekać: pracę mam, dach nad głową też mamy. Mamy wodę, światła nam póki co nie wyłączają. Mamy też ciepło. Czasami przychodzą takie chwile, kiedy wszystko wali się z rąk i chce się ponarzekać – wtedy staram się myśleć o tych wszystkich, którzy nie mają tego wszystkiego, co mam ja i nie chodzi tu wyłącznie o obecną sytuację w Ukrainie. W Polsce też wielu jest ludzi cierpiących i chorych. Wtedy rozumiem, że nie mam prawa do narzekania – mówi Olena.
Karolina Osińska-Marcińczyk












