Strona główna / Felietony / „Pocieszajka” z cyklu Patrz sercem

„Pocieszajka” z cyklu Patrz sercem

Można to przejść, przegadać, wypłakać, wyleżeć. Można to przejść, przemilczeć, przepalić…” – śpiewają Kasia Nosowska i Błażej Król w mojej ulubionej piosence i jest to  dla manifest optymizmu, po który sięgam, gdy świat wali mi się na głowę. Wierzę, że każde „To” z piosenki Nosowskiej jest do pokonania.

Każdy z nas od czasu do czasu przeżywa nagromadzenie sytuacji trudnych, nieprzewidywalnych, na które nie ma wpływu i które przytłaczają. Ja to czuję tak, że budzi mnie rano ból żołądka, a gdy wstaje cały ciężar świata czuję na barkach, tak fizycznie po prostu. I nie będę Was przytłaczać moim pasmem nieszczęść czy moich najbliższych.

Wiem to ja i każdy z nas, w czasach gdy podstawy psychologii wykładane mamy na FB i Tik Toku, że stres, zmartwienia kumulują się fizycznie w ciele. Ja mam tak, inni mają bóle pleców, napięciowe bóle głowy czy chroniczny kaszel o nieznanych przyczynach.

Żyjemy w czasach, gdy magnes na skurcze, wcierka na przerzedzone włosy i ćwiczenia Kegla na lepszy seks, a jaki plasterek na niepokoje, strachy i lęki? Ludzkie życie suma sinusoid, wzlotów u upadków… Żyję już pięć dekad i wciąż mnie zaskakuje, że czasem jest po prostu źle.

Oprócz głowy wypełnionej problemami, każdego dnia dokłada mi do pieca nieszczęść rudy facet z zza oceanu anulując mojej córce podróż do brata do Australii np. To już nie chodzi moją empatię dla milionów osób uwikłanych w konflikt, ale jak śmiał tak bezczelnie zaingerować w nasze życie?

Przecież wiem, że tak się zdarza, że szukajmy pozytywów; jednak w kumulacji zła opadam z sił, pogrążam się i zapętlam w czarnowidztwo.

Najważniejsze jest przyznanie się i akceptacja tego jak jest – tak jest do bani. Dopiero po tej fazie można zacząć myśleć o wygrzebywaniu się w kierunku światła.

Jestem za tym, aby każdy z nas stworzył sobie swój podręczny zestaw ratunkowy. Nie, nie na wypadek wojny. Na zdarzenia gorsze, bo wewnętrzne ze sobą bojowania.

Podzielę się moim. Spoglądanie psu głęboko w oczy i aby był blisko.

Dla mnie zumba jak antidotum na kolejne złe wieści. Kilka pierwszych piosenek przetańczonych jak robot, a potem ponoszą mnie  latynoskie rytmy i  koi mnie czucie własnego ciała rytmicznie rozkołysanego.

I myślę, że  przecież jeszcze w zielone gramy. Zatem jeszcze  Młynarski, którego nie ma. A my jesteśmy… Co jeszcze pomaga do pionu się postawić?  Śpiewające ptaki o poranku choćby było przed dziesiątą. Duże i silne ramiona, w których można się zatopić, mi pomagają te mojego męża.

Powtarzam, że jesteśmy istotami stadnymi i dlatego kojące są rozmowy z drugim człowiekiem, tak także te o niczym ważnym. Mi pomaga też pisanie do siebie,  a dziś do Was. Dobrego.

Życzę Wam dużo dobrego.

Aldona Ziółkowska-Bielewicz

Poprzednie felietony autorki z cyklu Patrz w serce:

Powroty do siebie

O drugiej połówce powalentynkowo

Po prostu mów?

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *