Strona główna / Wywiady / Czarodziej pędzla, kredki i ilustracji

Czarodziej pędzla, kredki i ilustracji

Historii nie trzeba opowiadać słowami, można to zrobić za pomocą ilustracji. Pięknych, kolorowych i pełnych detali. Do tego jednak potrzebny jest czarodziej pędzla, kredki i ołówka. Takim czarodziejem z pewnością jest Maciej Szymanowicz, którego prace ożywiają dziesiątki bestsellerowych książek dla dzieci. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, ceniony ilustrator opowiada m.in. o pewnej wizycie w księgarni, która obudziła w nim wielką pasję do literatury dziecięcej.

Jak narodziło się u Pana marzenie o rysowaniu książek dla dzieci? Był to impuls czy ilustracja, która sprawiła, że też zapragnął Pan podobne tworzyć?

MSZ: To był impuls w księgarni, w Brukseli w czasach lekko antycznych, gdy w Polsce rynek książek dla dzieci był mizerny. Choć może zgrabniej byłoby użyć określenia “wschodzący”. Nie interesowałem się wcześniej książkami dla dzieci, bardziej ciągnęło mnie ku komiksowi. Ale przypadkowa wizyta w tej zagranicznej księgarni, w której były wyłącznie książki dla dzieci  –  dużo, bardzo dużo tych książek i większość cudna  –  otworzyła mi oczy i serce na ten przebogaty świat.

Pana styl jest bardzo charakterystyczny – pełen detali, ciepłych barw i specyficznego humoru. Skąd czerpie Pan inspirację do tworzenia tak barwnego świata?

MSZ: Trudno mi wskazać jakąś konkretną inspirację. Po prostu rysuję tak, żeby było ładnie. Na pewno ważnym źródłem inspiracji są wspomnienia z dzieciństwa. Pamiętam je jako przecudny czas, choć w tym czasie jest także mnóstwo okrucieństw, niesprawiedliwości  –  nawet gdy to dzieciństwo jest ciepłe i przytulne. Jak to w życiu. A skąd tyle barw  –  nie mam pojęcia do dzisiaj, bo przez pierwszych 20 lat mojego życia rysowałem głównie ołówkiem i czarnym tuszem.

Woli Pan ilustrować swoje czy cudze książki?

MSZ: Obie sytuacje lubię. Ilustrowanie cudzych książek to rodzaj spotkania z autorem. Spotkania twórczego, bo do bezpośrednich spotkań dochodzi bardzo rzadko. Na pewno jednak bliższą więź czuję z książkami, które sam napisałem lub wymyśliłem. Więc wychodzi na to, że wolę ilustrować swoje książki. Są bardziej moje.

Ilustracja to kierunek wyobraźni?

MSZ: Na pewno jej bezpośredni wykwit. Każdą ilustrację najpierw maluję w głowie, przynajmniej w jakimś grubszym zarysie. Przede wszystkim muszę sobie wyobrazić, jak ma działać, o czym opowiadać, jakie odczucie wywoływać w odbiorcy. Ilustracja to na pewno dziedzina wyobraźni. Tak samo jak muzyka, opowieść, taniec.

Jakie emocje swoimi ilustracjami chce Pan wywołać u najmłodszych czytelników?

MSZ: Najchętniej wszystkie, od uśmiechu po przerażenie. To wynika z opowieści, jaką przychodzi w danym momencie ilustrować. Zdarzało mi się ilustrować radość, strach, tęsknotę, okolice narodzin, śmierci i sto innych sytuacji. Ta różnorodność jest tym, co mnie pociąga. A to, że moje rysowanie kieruję do młodego czytelnika bywa sporym wyzwaniem  –  zwłaszcza gdy ilustruję książki o trudnej tematyce, jak np. wojna. Ale osobiście najbliżej mi do rysowania zabawnych głupot, które często okazują się konwencją jedynie, a nierzadko opowiadają o całkiem poważnych  i prawdziwych sprawach

„Rok w krainie czarów” to pozycja kultowa – jak Pan wspomina pracę nad nią?

MSZ: Na początku trud, znój i tabelki w excelu. Nic w nich nie liczyłem, ale w excelu łatwiej układała mi się struktura książki, bo ta książka, mimo że prawie nie zawiera liter, składa się z chyba siedemnastu zazębiających się opowieści, każda w dwunastu odsłonach. A potem mnóstwo rysowania. “Rok” był przełomowy dla mnie jako twórcy. Wcześniej unikałem ilustracji, na których było dużo ludzików. Może z lenistwa, a może wolałem skupiać się na pojedynczych postaciach, dać więcej kartki oczom, twarzom, gestom  –  nośnikom emocji, nad którymi bardzo lubię się pochylać. Przy tej książce musiałem zmienić podejście, wyjść ze strefy komfortu. Udało się, ale ta książka powstawała baaaaardzo długo. Ale jak już była gotowa  –  był to jeden z najfajniejszych dni w życiu.

Oprócz książek projektuje Pan plakaty teatralne i gry planszowe. Jak te różne dyscypliny na siebie wpływają? Czy technika pracy przy grze różni się od tej przy ilustracji książkowej?

MSZ: Rysuje się tak samo, choć w przypadku gier często mam więcej ograniczeń wynikających z mechaniki gry, np. z faktu, że kolor w grze jest znaczący, często ma swoją funkcję, bo np. gracze są oznaczani kolorami. Robi się z tego łamigłówka, ale lubię takie łamigłówki.

Kiedyś rysowanie było marzeniem, a dziś to „ciężka praca”? Dlaczego Pan tak uważa?

MSZ: Bo tak jest. Kiedyś rysowałem by odpocząć, dzisiaj by odpocząć przestaję rysować.

Którą swoją ilustrację Pan najbardziej lubi i za co?

MSZ: Jest kilka takich. Rybak łowiący złotą rybkę, pechowy nosorożec, Odyseusz, dziewczynka lecąca na wielkim rudym kocie. Ale za co akurat te? Nie wiem. Z jakichś powodów bardzo lubię niektóre ze szkiców w moim szkicowniku. Może dlatego, że te zwykle rysowane są w trybie marzenia  –  tak, jak rysowałem kiedyś. Bez konkretnego zlecenia, celu, w ramach eksplorowania i poszerzania wyobraźni. Bo jednak mimo tego, co wspomniałem przed chwilą, ciągle zdarza mi się przy rysowaniu odpoczywać. Może nawet ostatnio coraz więcej. Nurzam się wtedy w ołówkach, kredkach farbkach, szkicownikach.

Często rysuje Pan stwory, które są jednocześnie dziwne i urocze. Gdzie dla Pana przebiega granica między „magiczną dziwnością” a czymś, co mogłoby przestraszyć dziecko?

MSZ: Dziecko czasami warto przestraszyć, a raczej dać mu możliwość przestraszenia się. Oczywiście z uszanowaniem granicy, ale nie wskażę palcem, gdzie ta granica przebiega. W każdej stworowej krainie gdzie indziej i za każdym razem tej granicy szuka się od nowa i decyduje, jak blisko można podejść. To jest coś, co się czuje. Nie umiem tego zdefiniować.

Gdyby mógł Pan ożywić jedną postać ze swojej „Krainy czarów”, to kto byłby najciekawszym kompanem do wypicia wspólnej kawy?

MSZ: Trudny wybór… Najchętniej machnąłbym szybkie espresso samotnie na stojaka przy barze, a potem zabrał do lasu na dłuuuugi spacer wilka i bandę krasnoludków.

Nie tylko ilustruje, ale też pisze Pan książki dla dzieci – jaka jest ich tematyka?

MSZ: Zwykle krąży w okolicach tytułu. Czyli koty, słonie, fakty, mity, głupoty, krasnoludki, marzenia, sens egzystencji, itp.

Która z nich jest dla Pana nr 1, a którą najbardziej pokochali mali czytelnicy?

MSZ: Co czytelnik to inna miłość, ale krasnale, marzenia i “Rok w krainie czarów” krążą w okolicy jedynki i najczęściej je podpisuję na spotkaniach z czytelnikami. Ale słonik też ma swoich wyznawców (sam do nich należę). A i głuptaski kociaki oczarowują coraz więcej młodych czytelników.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *