Na bazie słowiańskich i czarowskich przekazów zbudowała własny świat – pełen słowiańskich wierzeń, ale też magii tak starej jak ludzka cywilizacja. „Na skraju burzy” i „Lustro Cieni i Snów” to książki, które są ukłonem w stronę naszych korzeni. M.in. o książkach, ale też o tym dlaczego najlepiej czuje się pod rozgwieżdżonym niebem, o pracy w studiu filmów dokumentalnych i o podcaście „Pisarka w słuchawkach” Agnieszka Góralczyk rozmawia z Agnieszką Sorycz.
Tworzy Pani powieści, dla których zarywa noce – fantasy, science fiction, literatura obyczajowa, romans – w którym z gatunków czuje się Pani najlepiej?
AS: Najswobodniej poruszam się w urban fantasy, bo to gatunek, który pozwala łączyć różne konwencje i nastroje. „Na skraju burzy” to dark fantasy z elementami romansu i thrillera, a „Lustro cieni i snów” jest mroczną fantastyką opartą na tajemnicy. Równolegle piszę też serię obyczajową „Miasto szeptów”, z której pierwsza część – „Gdy spadam” – już się ukazała. I właściwie obyczaj jest fundamentem każdej mojej powieści, bo najmocniej interesują mnie relacje między bohaterami i ich emocje. Fantasy daje ogromne możliwości, ale jest też bardzo wymagające. Budowanie światów, wielowątkowe fabuły i spójna mitologia wymagają czasu, wielu wersji tekstu i cierpliwości. Dlatego po intensywnym projekcie fantasy chętnie wracam do pisania obyczaju, który jest gatunkiem dużo prostszym. I w nim odpoczywam.
Serie „Na skraju burzy” i „Lustro Cieni i Snów” – jak narodziły się te historie?
AS: Obydwie moje serie są ukłonem w stronę czarostwa i naszych korzeni. Obie łączą minione wydarzenia z czasami współczesnymi – czyli kwintesencja urban fantasy:) „Na skraju burzy” narodziło się dawno temu, podczas moich podróży po Bałkanach, gdzie zobaczyłam zupełnie inne oblicze słowiańskiej tożsamości. Poznałam młodych ludzi różnych wyznań, którzy czuli z nią znacznie silniejszą więź niż my w Polsce. To było jeszcze zanim słowiańskie tematy stały się modne. Zafascynowało mnie nie tylko to przywiązanie do korzeni, ale też fakt, jak bardzo sami zdążyliśmy się od nich oddalić. To był impuls. Sama historia przyszła później i przyniosła tyle samo radości, co wyzwań. Gdy zaczęłam zgłębiać dawne wierzenia, szybko odkryłam, że źródeł jest mało, a wiele współczesnych opracowań to raczej interpretacje dawnych wierzeń i kultury. To z jednej strony trudność, z drugiej, przestrzeń do kreacji. Na bazie słowiańskich i czarowskich przekazów zbudowałam własny świat – pełen słowiańskich wierzeń, ale również magii tak starej jak ludzka cywilizacja. I bohaterów z krwi i kości. Takich, których czytelnicy podobno chcieliby spotkać osobiście. Choć ja sama nie jestem pewna, czy chciałabym natknąć się na Łowcę. „Lustro cieni i snów” to z kolei historia oparta na mitycznej Księdze Akashy – według wierzeń zapisie wszystkich losów naszego wszechświata. Odkąd pamiętam, najlepiej czuję się pod rozgwieżdżonym niebem. To wtedy mam poczucie bycia częścią czegoś większego niż codzienność tu, na ziemi. Ten nastrój przeniknął do Ninru, świata mojej serii zapoczątkowanej powieścią „Ether”.
Ninru jest więc pełne nocnego nieba, odległych galaktyk, magii i pustynnego piasku, którego mogłam doświadczyć na własnej skórze – ostatnio na Saharze. Widok Drogi Mlecznej nad piaszczystymi wydmami to doświadczenie, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Czuję ogromną wdzięczność, że mogłam tego doświadczyć. Sam pomysł na historię przyszedł do mnie we śnie. Przyśniła mi się dziewczyna z Trójmiasta, obdarzona pewną… zdolnością. W dzieciństwie straciła matkę i to doświadczenie naznaczyło całe jej życie. W jaki sposób? To już czytelnicy odkryją w „Ether”.
Będą kontynuacje?
AS: Z serią „Na skraju burzy” już się pisarsko rozstaję. W maju wychodzi trzecia i zarazem ostatnia powieść – „Północny Świt”. Będzie to zwieńczenie wieloletniej pracy nad całością serii i przyznam, że czuję z tego powodu zarówno radość jak i smutek. Ciężko się rozstawać po takim czasie ze swoimi bohaterami, ale każda historia ma swój koniec. Obyczajowa seria „Miasto szeptów” dostanie kolejną powieść, ale na razie nie mogę zdradzić o czym. Powiem tylko, że będzie tak samo miejska, emocjonalna i głęboka, jak „Gdy Spadam”. Jeśli chodzi o „Lustro cieni i snów”, sytuacja jest bardziej złożona. Rynek fantasy w Polsce jest wymagający i dotarcie do czytelników – zwłaszcza w niszy urban fantasy – bywa dużym wyzwaniem. „Ether” powoli trafia do kolejnych odbiorców i buduje swoją drogę, ale to jeszcze nie jest moment, by deklarować kolejną część. Choć oczywiście bardzo bym chciała, bo ta historia się dopiero zaczyna i ma jeszcze większe uniwersum niż „Na skraju burzy”. Dodam tylko, że opinie i recenzje czytelników mają ogromne znaczenie. Komentarze w mediach społecznościowych oraz recenzje w serwisach takich jak Goodreads, Lubimyczytać czy w sklepach internetowych realnie wpływają na widoczność książki i pomagają jej trafiać do kolejnych odbiorców.
Gdzie szuka Pani inspiracji do swoich powieści?
AS: Różnie to bywa. Czasem coś zaintryguje mnie w podróży, innym razem natrafię na ciekawą historię lub temat w lekturze. Ogromną rolę odgrywa też muzyka. Każda moja powieść ma własną ścieżkę dźwiękową, przy której powstaje. Pomysły często przychodzą również podczas samotnych spacerów.
Ile średnio zajmuje Pani napisanie książki?
AS: To zależy. Fantastyka jest gatunkiem wymagającym i czasochłonnym. W moim przypadku napisanie powieści zajmuje około roku. Literatura obyczajowa powstaje zwykle szybciej, o ile mam sprzyjające warunki i czas na pracę twórczą. A z tym bywa różnie, bo poza pisaniem pracuję zawodowo i wychowuję trójkę dzieci. Zazwyczaj to około ośmiu miesięcy plus czas potrzebny na research.
Co czuje autor gdy stawia ostatnią kropkę w tekście?
AS: Ulgę i zadowolenie – przez jakąś godzinę. Później pojawia się już myślenie o poprawkach i kolejnych edycjach. Staram się jednak pracować nad tym, żeby to poczucie satysfakcji trwało dłużej, bo napisanie książki, zwłaszcza beletrystyki, to naprawdę ogrom pracy.
Nie tylko książki Pani pisze – proszę opowiedzieć o swojej pracy w studiu DogFilm?
AS: DogFilm to studio filmów dokumentalnych, a zatem pracuję przy takich właśnie projektach. Czasami pokrywają się one bardzo z moimi osobistymi zainteresowaniami. Tak jak na przykład teraz realizujemy projekt „Co kryje ziemia” dla Instytutu Archeologii UMCS. I dowiaduję się naprawdę ogromu ciekawostek u naukowego źródła. Najczęściej pełnię rolę kierownika produkcji, ale bywa, że mam też inne zadania, bardziej związane z moim kierunkowym wykształceniem, czyli marketingiem filmowym.
Tworzy Pani też podcast „Pisarka w słuchawkach”. O czym Pani w nim opowiada?
AS: Podcast „Pisarka w słuchawkach” to mój osobisty pamiętnik pisarskiej drogi. Opowiadam w nim szczerze o tym, jak naprawdę wygląda proces tworzenia książek; od pierwszego pomysłu po moment oddania tekstu czytelnikom. Mówię o rynku wydawniczym bez lukru, o trudnościach, błędach i nieprzyjemnościach, ale też o radości z pisania i małych zwycięstwach, które motywują do pisania kolejnych powieści. Dzielę się kulisami pracy autorki, doświadczeniami z branży, wnioskami, które mogą pomóc innym twórcom, oraz refleksjami z własnej drogi. Czasem zabieram słuchaczy w podróże i pokazuję, skąd biorą się moje inspiracje. A między tym wszystkim przemycam odrobinę magii codzienności, którą sama staram się praktykować.
Łatwo wejść i utrzymać się na polskim rynku wydawniczym?
AS: To bardzo trudna droga. Wypalenie wśród autorów widzę często i zwykle przebiega według podobnego schematu. Debiut przynosi ogromne nadzieje, które szybko zderzają się z rzeczywistością rynku. Wielu autorów pojawia się na chwilę i znika, gdy poznają kulisy branży. Dziś nie wystarczy być pisarzem, trzeba stać się też sprawnym promotorem własnej twórczości. To pochłania mnóstwo czasu i bywa, że odbiera radość z pisania. I nie zwraca się w zarobkach, mówiąc bardzo delikatnie.
Do tego dochodzi często kulejąca komunikacja między autorami, a wydawnictwami. Zalewanie rynku książkami i walka w dół jeśli chodzi o ceny książek. Nic dziwnego, że to droga pod górkę, i wiele wskazuje na to, że będzie coraz trudniej. Świat bardzo przyspieszył, pojawiły się narzędzia AI, które już teraz wpływają na rynek wydawniczy i sposób tworzenia treści. Ale także na dystrybucję. Wydawnictwa siłą rzeczy patrzą dziś głównie przez pryzmat sprzedaży i opłacalności, bo rachunek ekonomiczny jest nieubłagany. Na pisarskiej drodze zostają więc przede wszystkim ci, którzy naprawdę kochają pisanie i nie wyobrażają sobie bez niego życia. To już jest nasza rzeczywistość i, w mojej ocenie, rynek będzie stawiał przed autorami coraz większe wyzwania. Dlatego tak ważne jest wsparcie czytelników oraz posiadanie własnej przestrzeni, w której można się z nimi spotkać. U mnie takim miejscem jest strona agnieszkasorycz.pl oraz newsletter ARIA, gdzie pokazuję bardziej osobistą stronę siebie i swojej twórczości i dzielę się materiałami, które nie trafiają do regularnej sprzedaży. Można tam pobrać choćby wydanie specjalne w serii „Na skraju burzy”, czyli „Historię Zaklinaczy”.
Myśli Pani, że zagraniczni autorzy mają łatwiej?
AS: W Polsce, moim zdaniem, wciąż tak to wygląda. Czytelnicy częściej sięgają po autorów zagranicznych, a wydawnictwa chętniej ich wydają, bo wiąże się to z mniejszym ryzykiem finansowym. Skoro książka sprawdziła się na innych rynkach, łatwiej założyć, że poradzi sobie także u nas. Choć nie zawsze jest to prawdą, bo rynek wydawniczy jest po prostu nieobliczalny. Z drugiej strony na rynkach takich jak amerykański sytuacja wygląda nieco inaczej, tam konkurencja rodzimych autorów jest ogromna, więc przebicie się moim zdaniem jest jeszcze trudniejsze i wymaga wielu lat pracy i ogromnej wiary we własne możliwości.
Pani największe marzenie jako autorki to ?
AS: Chyba nie mam już jednej wielkiej rzeczy do odhaczenia. Wiele z moich pisarskich marzeń już się spełniło. Jeśli czegoś bym sobie życzyła, to tego, by coraz więcej czytelników dawało szansę moim powieściom i znajdowało w nich coś dla siebie.
Dziękuję za rozmowę.
Fot. użyczone











