„Na archiwalnych fotografiach widzimy Hausdorf jako tętniący życiem organizm, wieś na wskroś przemysłową i rolniczą, gdzie dym z kominów i hałas krosien był rytmem dnia. Dziś nasza miejscowość staje się raczej sypialnią, osiedlem podmiejskim, które momentami zdaje się ogarniać marazm. Nie chcę jednak uprawiać prostej nostalgii czy porównywać „lepszego” kiedyś z „gorszym” dziś, bo byłoby to nieuprawnionym nadużyciem. To są dwa zupełnie inne światy, a Jugów to wciąż wielka, nieodczytana księga” – tak mówi o swojej ukochanej wsi Paweł Dec, lokalny pasjonat, badacz historii Jugowa oraz Gór Sowich, który zna każdą uliczkę przedwojennego Hausdorf. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada m.in. o dawnej i współczesnej wsi, browarnictwie, hucie szkła i godłach gminnych.
Mówią o Tobie, że o historii potrafisz opowiadać z ogromną pasją, łącząc suche fakty z ciekawostkami, które przybliżają „ducha” dawnych Gór Sowich. Zgadzasz się z tą opinią?
PD: Trudno mi polemizować z tak miłą opinią, choć sam, zamiast zwykłego opowiadania, postrzegam to raczej jako formę misji, próbę przywrócenia głosu przeszłości. Góry Sowie to miejsce magiczne, w którym historia nie jest zamknięta w grubych tomach encyklopedii, ale jest dosłownie wykuta w skale i zapisana w murach tutejszych miejscowości, dla mnie przede wszystkim Jugowa, któremu poświęcam się niemal całkowicie. Zgadzam się, że same fakty to jedynie szkielet. Moim celem jest tchnąć w nie odrobinę życia. Kiedy opowiadam o dawnym hutmistrzu, o pstrągach w kaskadach Tränkegrund czy o tym, co kryje się pod niemieckimi napisami widocznymi na niektórych budynkach, zawsze szukam tego, co jest pod tym „odpadającym tynkiem” historii – autentyczności. Jeśli moi słuchacze czują tego „ducha” dawnych lat, to znaczy, że udało nam się wspólnie wyruszyć w tę podróż w czasie.
Twoja kolekcja artefaktów i pamiątek związanych z Jugowem uchodzi za imponującą. Który z eksponatów ma dla Ciebie największą wartość emocjonalną lub historyczną?
PD: Zaskakująco często jestem pytany o ten jeden, najważniejszy przedmiot. I choć moja kolekcja stale rośnie, to najwyżej cenię te pamiątki, które zmuszają mnie do wyjścia poza ich fizyczną formę. To pytanie dotyka sedna mojej pasji, bo w całym zbiorze łatwo jest ulec pokusie wskazywania przedmiotów rzadkich czy cennych materialnie. Mógłbym wybierać między zdjęciami, unikatowymi butelkami, wiekowymi dokumentami z godłami i podpisami dawnych sołtysów. Jednak dla mnie największą wartość (zarówno emocjonalną, jak i historyczną) mają te, które potrafią „powiedzieć więcej” dzięki znaczeniom. Dlaczego właśnie one? Bo, jak kiedyś wspomniałem podczas spotkania w Bożkowie, skarb nie jest jedynie rzeczą ukrytą w ziemi. Złoto czy kosztowności są obojętne na ludzką pamięć. Ale herb, podpis czy dawna nazwa ulicy ożywają dopiero wtedy, gdy ktoś potrafi je odczytać i zrozumieć. Bez naszej świadomości, herb to tylko dekoracja, a dawny dokument to wyłącznie kawałek papieru. Dla mnie większą wartość ma więc ten eksponat, który staje się kluczem do warstw znaczeń. Kiedy trzymam w dłoniach przedmiot pochodzący z domu, który dziś mijamy w drodze do pracy, czuję, że wydobywam go z zapomnienia.

Jakie pamiątki znajdują się w Twojej kolekcji? Ile ich jest?
PD: Często powtarzam, że moja kolekcja to nie tylko zbiór przedmiotów, ale przede wszystkim archiwum pamięci o dawnym Hausdorf. Gdybym miał to ująć w liczbach, to mówimy już zapewne o tysiącach jednostek, choć dla mnie każda z nich to osobna historia. Fundamentem są pamiątki papierowe: kilkaset pocztówek i unikalnych zdjęć, które pozwalają nam przejść się ulicami dawnego Jugowa, który nie jest już taki jak sam. Do tego dochodzą setki dokumentów – od oficjalnych pism urzędowych po prywatne listy, które są najbardziej intymnym zapisem dawnego życia. Jednak to, co najbardziej przyciąga wzrok na moich prelekcjach, to dziesiątki przedmiotów codziennego użytku: porcelana i butelki z lokalnych browarów czy rozlewni wód, które przypominają o dawnym rytmie życia towarzyskiego, obrazy i grafiki, przedstawiające naszą okolicę oczami dawnych artystów, przedmioty codziennego użytku, które kiedyś były w każdym domu, a dziś, często wyrwane z kontekstu, stają się zagadką do odczytania. Nie gromadzę tych rzeczy dla samego posiadania. Jak już wspominałem, skarbem stają się one dopiero wtedy, gdy odzyskują swoje znaczenie. Ta kolekcja to dla mnie zestaw narzędzi do odtwarzania historii.
Co zapoczątkowało Twoją miłość do historii Jugowa – rodzinna opowieść, czy może odnaleziony konkretny przedmiot?
PD: Moja droga do historii Jugowa była dwutorowa. Z jednej strony wyrastałem w cieniu rodzinnych opowieści – tych osobistych, przekazywanych z dziadka na syna i dalej na wnuki. My, powojenne pokolenia, objęliśmy te ziemie jako nowi gospodarze i jestem przekonany, że naszym naturalnym zadaniem jest nie tylko dbanie o doczesność i przyszłość, ale też odkrywanie i pielęgnowanie przeszłości, która drzemie za nami. Oczywiście był też ten jeden, namacalny moment, w którym historia przestała być tylko teorią. Zwykłe grzybobranie, szelest liści, młodsza siostra biegająca po zboczu wzniesienia i nagle… znaleziona przez nią przypadkiem stara butelka z napisem lokalnego browaru, który kiedyś funkcjonował w moim domu rodzinnym. To było jak dotknięcie czasu. Ten szklany artefakt, wraz z dokumentami, które udało mi się uratować przed bezpowrotnym zniszczeniem, uświadomił mi, że pod warstwą ziemi i kurzu kryje się świat, który czeka na ponowne odczytanie.
Gdzie najczęściej szukasz „śladów przeszłości” Jugowa?
PD: Ślady przeszłości nie mają swojej jednej, stałej mapy. To nie jest proces, który można zaplanować od początku do końca, ująć w harmonogram – to raczej nieustanna czujność na to, co podsuwa los. Najczęściej moje poszukiwania zaczynają się od impulsu, od drobnego szczegółu, który dla kogoś innego mógłby być niezauważalny. Może to być jedno zdanie w pożółkłej, starej gazecie, które rzuca nowe światło na zapomniane wydarzenie lub w ogóle wydobywa je na światło dzienne. Może to być widokówka, na której w tle majaczy nietypowy budynek, którego nie ma już w dzisiejszym krajobrazie Jugowa. Albo dokument z niezwykłą pieczęcią, która nagle otwiera się przede mną w warstwach historii administracji, sfragistyce i znaczeniach. Dla mnie to dopiero początek drogi. Te drobne okruchy są jak zaproszenie do odkrywania głębi i całej złożoności tematu.
Podczas spotkań z mieszkańcami organizujesz „wirtualne spacery”. Jaki obraz Jugowa wyłania się z ponad 400 archiwalnych fotografii, którymi dysponujesz?
PD: Z tych ponad 400 zatrzymanych w kadrze chwil wyłania się obraz Jugowa, którego już nie ma – i nie chodzi tu tylko o architekturę, bo ta często przetrwała w niezmienionym stanie. Na archiwalnych fotografiach widzimy Hausdorf jako tętniący życiem organizm, wieś na wskroś przemysłową i rolniczą, gdzie dym z kominów i hałas krosien był rytmem dnia. Dziś nasza miejscowość staje się raczej sypialnią, osiedlem podmiejskim, które momentami zdaje się ogarniać marazm. Podczas moich wirtualnych spacerów nie chcę jednak uprawiać prostej nostalgii czy porównywać „lepszego” kiedyś z „gorszym” dziś, bo byłoby to nieuprawnionym nadużyciem. To są dwa zupełnie inne światy. Obraz, który wyłania się z tych zdjęć, bywa surowy. Mimo licznych lokali, gwarnych ulic i prężnie działających młynów, życie mieszkańców było skromne, często wręcz biedne, naznaczone ciężką pracą i ludzkimi tragediami, o których dziś rzadko pamiętamy. Te zdjęcia pokazują nam Jugów w jego pełnej złożoności: od dumnych fasad gospód, po zmęczone twarze tkaczy czy górników. Spacerując wirtualnie od wiaduktu aż po Przełęcz Jugowską, nie tylko oglądamy budynki. My przede wszystkim konfrontujemy się z dynamiką zmian. Widzimy, co straciliśmy, ale też zyskujemy szansę, by zrozumieć, że tożsamość naszego regionu to nie jest coś danego raz na zawsze.



Jugów był niegdyś dużą i bogatą miejscowością. Jakie budowle, które już nie istnieją, uważasz za największą stratę dla krajobrazu i historii wsi?
PD: To pytanie wymaga pewnego sprostowania, które często umyka osobom patrzącym na dawną architekturę. Hausdorf był bowiem miejscowością dużą, ale niekoniecznie bogatą. Jego krajobraz tworzyły zakłady przemysłowe, kopalnie i skromne domy robotników. Bogactwo objawiało się punktowo, w rodowych rezydencjach i schroniskach, które dziś, na naszych oczach, bezpowrotnie giną. Jeśli jednak pytasz o straty, to serce pęka, gdy patrzę na to, co dzieje się na górnym krańcu wsi. Największą, wręcz tragiczną stratą dla krajobrazu i historii Hausdorfu jest to, co spotkało willę Jeżówka (dawną Franziskabaude). To budowla, która na przestrzeni 120 lat skupiała w sobie wszystkie warstwy naszej lokalnej historii. Zaczęło się od rodzinnej miłości – hrabia Eberhard von Pfeil wybudował ją dla swojej matki i siostry na skraju hrabiowskiego lasu. Z czasem, po gruntownej przebudowie w 1905 roku, stała się perłą architektury drewnianej z charakterystycznymi balkonami, by w latach 30. służyć jako katolickie schronisko młodzieżowe „Sonnenstein”. Fascynujące i bolesne jest to, jak ten obiekt przetrwał nazistowskie konfiskaty, a po 1945 roku stał się tętniącym życiem ośrodkiem zakładowym, symbolem nowej epoki, gdzie przy pieczonym baranie integrowały się załogi wielkich fabryk. To tam zapadały strategie rozwoju, tam przyjmowano zagraniczne delegacje. Dziś obiekt ginie. Nie wystarczyły lata zaniedbań i systematycznego szabrowania, które doprowadziły ją do ruiny. Dołączyła do tragicznej listy obok „Zosieńki” czy dawnego „Zetemesowca” (Jugendherberge Hohe Eule) – padła ofiarą ognia. To nie był nieszczęśliwy wypadek, lecz ewidentne podpalenie. Patrzenie na płonącą historię, która przetrwała dwie wojny i zmianę granic, a nie przetrwała ludzkiej bezmyślności w XXI wieku, jest dla mnie jako regionalisty i Jugowianina niezwykle trudne. To bolesna lekcja o tym, jak łatwo pozwalamy, by nasze skarby „umarły w ciszy”, stając się jedynie dymem, wspomnieniem.
Historia jugowskiego browaru to jeden z tematów Twoich prelekcji. Co było wyjątkowego w tutejszym piwowarstwie?
PD: Muszę znów pokusić się o pewne gorzkie, ale rzetelne sprostowanie: jugowskie piwowarstwo, wbrew temu co chcielibyśmy czasem słyszeć, nie wyróżniało się na tle potężnej konkurencji z okolicznych miejscowości. Gdyby tutejsze piwo było wyjątkowe w skali regionu, browar nie zmieniałby tak często dzierżawców, nie ogłaszałby upadłości i nie byłby sprzedawany za bezcen, by ostatecznie stać się po prostu budynkiem mieszkalnym. Co zatem czyni tę historię wartą uwagi? Jej długość i niezwykła burzliwość. Pierwsze wzmianki o warzeniu piwa w Hausdorfie sięgają przełomu XVI i XVII wieku. To ponad trzysta lat zmagań z rynkiem, surową górską wodą i zmieniającą się modą. Fakt, że piwowarstwo przetrwało tyle zawirowań, zanim ostatecznie wygasły we wsi kotły, jest fascynującym zapisem walki o lokalny byt gospodarczy. Historia jugowskiego browaru wciąż czeka na pełne opowiedzenie. Gromadzę dokumenty i fakty, które pozwolą nam zrozumieć nie tylko technologię produkcji, ale przede wszystkim to, jak to miejsce wpływało na życie mieszkańców. Bez obaw – ta opowieść wkrótce ujrzy światło dzienne i, jak zawsze na Strefie Hausdorf, będzie to historia odarta z mitów, a bogata w autentyzm.
W Jugowie istniała niegdyś jedna z pierwszych hut szkła na Śląsku. Dlaczego wiemy o niej tak niewiele i czy udało Ci się dotrzeć do nowych faktów na jej temat?
PD: To doskonałe pytanie, które pozwala rzucić nieco światła na jeden z najbardziej fascynujących, a jednocześnie najbardziej enigmatycznych rozdziałów w historii naszej miejscowości. Musimy zacząć od dopowiedzenia: w Jugowie funkcjonowały dwie huty, a każda z nich to zupełnie inna opowieść, pisana w innych realiach i na innych materiałach. O jugowskim hutnictwie wiemy tak niewiele, ponieważ archiwa bywają wyjątkowo skąpe, a czas skutecznie zaciera ślady po działalności, która z natury była wędrowna i efemeryczna. Pierwsza z hut, założona w 1583 roku przez mistrza Hansa Friedricha, nie była ani największa, ani najbardziej znana na Śląsku. Przez lata informacje o niej były jedynie próbą rekonstrukcji opartej na rozproszonych dokumentach i pojedynczych wzmiankach. Jednak to właśnie tutaj udało mi się dotrzeć do faktów, które rzucają nowe światło na tę historię. Jak opisywałem w artykule „O dwóch takich…” na Strefie Hausdorf, analiza płyty nagrobnej Hansa Friedricha odnalezionej za czeską granicą pozwoliła nam zrozumieć, że mistrzów o tym nazwisku było dwóch – ojciec i syn. To odkrycie zmienia naszą wiedzę o początkach tego zakładu, a zapewniam, że ciąg dalszy tej historii nastąpi, między innymi dzięki XVIII-wiecznym mapom. Druga, późniejsza huta, to już zupełnie inny kaliber historyczny, a przynajmniej tak mogłoby się wydawać z nagłówków prasowych i nadziei w niej pokładanych. Została ona ochrzczona mianem pierwszej huty na Środkowym Śląsku (Mittelschlesien) opalanej węglem kamiennym. To był przełom technologiczny, który testowano właśnie u nas. Choć i tu archiwa nie są wylewne, dzięki mrówczej pracy Josefa Foggera, kwerendom archiwalnym oraz wnikliwej analizie dawnych map, udaje się nam powoli składać ten obraz w całość.



Czy uważasz, że lokalna historia może być produktem turystycznym, który przyciągnie ludzi do gminy Nowa Ruda?
PD: I tak przechodzimy do potencjału, który wciąż czeka na pełne wykorzystanie. Moja odpowiedź może być tylko jedna: zdecydowanie tak! Lokalna historia to nie tylko sentymentalny powrót do przeszłości, to potężny magnes, który już teraz realnie zmienia naszą okolicę. Najlepszym dowodem nie są teoretyczne analizy, ale żywe zainteresowanie ludzi. Widać to wyraźnie po frekwencji na spotkaniach historycznych, które odbywają się w całym regionie. Sam miałem zaszczyt dzielić się opowieściami w Bożkowie, dwukrotnie w Ludwikowicach czy kilka razy u nas, w Jugowie i, musicie uwierzyć mi na słowo, widok blisko setki słuchaczy w niewielkiej miejscowości robi ogromne wrażenie. Ludzie są głodni autentyczności. Historia jako „produkt turystyczny” już u nas funkcjonuje i odnosi sukcesy. Odtwarzane ścieżki historyczne, nasze noworudzkie Muzeum Górnictwa, nowe punkty widokowe, niebagatelne zabytki czy coraz liczniejsze publikacje tematyczne cieszą się niezwykłą popularnością. Turysta, który do nas przyjeżdża, nie szuka już tylko ładnych widoków, on szuka opowieści. Chce wiedzieć, dlaczego ten mur jest zbudowany z czerwonego piaskowca, kto mieszkał w willi na skraju lasu i jaki sekret kryje nazwa strumienia, nad którym odpoczywa. Jeśli potrafimy sprzedać historię w sposób pasjonujący, odarty z martyrologii, ale wciąż pełen ludzkich losów i technicznych ciekawostek, to tworzymy produkt unikalny w skali kraju. Historia Hausdorfu i okolicznych miejscowości to gotowy scenariusz na fascynującą podróż, która przyciąga nie tylko badaczy, ale całe rodziny szukające „ducha miejsca”.



Prowadzisz profil „Strefa Hausdorf” – jakie ciekawostki i historyczne smaczki znajdą tam odwiedzający stronę?
PD: Odwiedzający Strefę Hausdorf znajdą tam przede wszystkim historię i historie rodem z Hausdorf. Nie interesują mnie wyłącznie wielkie daty z podręczników, ale też drobne, fascynujące smaczki, które sprawiają, że przeszłość staje się namacalna. Są tam moje „wielkie” odkrycia, ale i dawne zdjęcia, codzienne opowieści, zagadki nazw i sigillów, historie przedmiotów i ich właścicieli, legendy i bohaterowie. Ale przede wszystkim, odwiedzający znajdą tam zaproszenie do wspólnej podróży. Strefa Hausdorf to miejsce, gdzie historia odzyskuje swój głos, i nie jest ważne, czyimi ustami jest przekazywana.
Najbardziej niesamowite odkrycie dotyczące Jugowa, którego dokonałeś to?
PD: To odkrycie, które w moim osobistym rankingu stoi najwyżej, nie wiąże się ze znalezieniem skarbu w ziemi, lecz z odzyskaniem czegoś znacznie cenniejszego – tożsamości naszej miejscowości. Samych odkryć, większych czy mniejszych, było wiele, ale ci, którzy śledzą moje działania, wiedzą doskonale, że numerem jeden zawsze będzie identyfikacja godeł gminnych oraz ich interpretacja wraz z próbą stworzenia hipotetycznego herbu miejscowości. To była piękna, ale i niezwykle wymagająca droga. Historia była okupiona niemal rokiem intensywnych badań, setkami przeczytanych stron opracowań i archiwalnych dokumentów, godzinami rozmów z badaczami i nieprzespanymi nocami, podczas których próbowałem dopasować do siebie kolejne elementy tej historycznej układanki. Odczytanie znaczenia znaków, które przez dekady pozostawały dla nas jedynie niemą dekoracją, było jak przywrócenie miejscowości jej własnego imienia. Dla mnie to odkrycie ma wymiar symboliczny. Jak wspominałem podczas spotkania w Bożkowie, godło bez umiejętności jego odczytania jest tylko martwą formą, dekoracją. Dzięki tym badaniom, te dawne symbole przestały być tylko „szlaczkami” na papierze, a stały się żywym skarbem, który możemy rozumieć i z którego możemy być dumni. Wysiłek włożony w te poszukiwania był ogromny, ale radość z tego, że udało się przywrócić Jugowowi kawałek jego dawnego blasku i tożsamości, wynagradza każdą minutę spędzoną na poszukiwaniach. To dowód na to, że najciekawsze tajemnice nie zawsze leżą pod ziemią – czasem są tuż przed naszymi oczami, czekając jedynie, aż ktoś zechce je zrozumieć.


Czym jeszcze, Twoim zdaniem, zaskoczy nas w przyszłości Jugów? Co podaruje mieszkańcom, historykom, pasjonatom i światu?
PD: To pytanie o przyszłość jest intrygujące, bo pokazuje, że mimo tysięcy przejrzanych dokumentów, wciąż jesteśmy dopiero na początku drogi. Wierzę, że Jugów ma nam do zaoferowania jeszcze wiele, a te niespodzianki nadejdą z dwóch zupełnie różnych kierunków. Jugów to wciąż wielka, nieodczytana księga. Na pewno należy wskazać na dwa obszary. Po pierwsze, nigdy nie doczekaliśmy się rzetelnych badań archeologicznych. Okres przedhistoryczny Hausdorfu wciąż pozostaje wielką zagadką, głęboko ukrytą w ziemi i nie wiadomo jak długo jeszcze będziemy musieli czekać, aż ktoś profesjonalnie wbije w nią łopatę. To pole do popisu dla przyszłych pokoleń badaczy, które może całkowicie zmienić naszą wiedzę o początkach osadnictwa pod Żmijem. Z drugiej strony, szansy na wielkie odkrycia w bliższej perspektywie upatruję w cyfrowej rewolucji. Coraz powszechniejszy dostęp do archiwów i ich postępująca cyfryzacja to dla takich pasjonatów jak ja prawdziwy przełom. Materiał badawczy, który dawniej wymagał dalekich podróży i godzin spędzonych w czytelniach, dziś staje się dostępny „tu i teraz”, bez względu na godziny pracy urzędów. Wierzę, że świat cyfrowy podaruje nam wkrótce kolejne dokumenty, listy czy mapy, które pozwolą nam jeszcze dokładniej odtworzyć te wszystkie warstwy znaczeń, o których tak często wspominam. Jugów z pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – on po prostu cierpliwie czeka, aż nowe technologie i nasza niegasnąca ciekawość pozwolą mu przemówić pełnym głosem. Przyszłość odkrywania Hausdorfu zapowiada się więc równie fascynująco, co jego przeszłość.
Dziękuję za rozmowę
Foto: użyczone












Jeden komentarz
Znam Pawła od kilku lat, człowiek wielkiej kultury i wielkiej pasji. Wielki entuzjasta historii nie tylko Jugowa.
Miałem wielką przyjemność uczestniczyć podczas jego prelekcji idokumentować to spotkanie. Oby więcej takich spotkan z Pawłem.
G.M.