Łukasz Kanarkiewicz z Wałbrzycha przebojem wkroczył do świata literatury dziecięcej. Jego debiutancka książka trafiła na półki księgarń w całej Polsce, a opowieść o emocjach, którym autor nadał postać skrzatów pokochały zarówno maluchy jak i ich rodzice. Autor udowadnia, że w dziecięcej szafie czy pod łóżkiem wcale nie musi mieszkać potwór, a w rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada m.in. o tym, jak narodził się Coś.
W Pana książce zatytułowanej „Coś” dziecięce emocje to… skrzaty. Skąd pomysł na wykorzystanie w ten sposób małego ludu?
ŁK: Książka swoje początki miała ok. 10 lat temu – w czasach licealnych. Wtedy powstała jej duża część, ale trafiła do szuflady. Obraz moich pomysłów z tamtego czasu jest teraz już trochę zatarty. Skrzaty zawsze kojarzyły mi się z małymi pomocnikami, dobrymi stworzonkami, które gdzieś z ukrycia pomagają ludziom albo robią im małe psikusy. Chciałem, żeby były to postacie, które można sobie wyobrazić jako niewielkie fizycznie, ale bardzo mądre i sprytne. Takie wydają mi się być skrzaty.
Dlaczego napisał Pan książkę o dziecięcych emocjach i wybrał dla swojej twórczości literaturę dziecięcą?
ŁK: Książkę pisałem inspirowany emocjami, które w tamtym momencie przeżywałem. W związku z tym emocje w niej zawarte są całkowicie szczere. Tak naprawdę dopiero na etapie wydawania książki zostałem uświadomiony, że jest to opowiadanie o emocjach właśnie. Wcześniej wydawało mi się to po prostu dość osobistą historią ubraną po części w bajkę. Można trochę powiedzieć, że spisałem to, co pojawiło się w mojej głowie i ubrałem w opowiadanie – reszta stała się sama.
Uważa Pan, że współczesne dzieci mają większą trudność z nazywaniem swoich uczuć niż poprzednie pokolenia?
ŁK: Nie jestem psychologiem i nie mam kompetencji w tym temacie, więc nie chciałbym, żeby moje zdanie wybrzmiało jak porada. Urodziłem się w latach 90tych, wtedy niewiele mówiło się o emocjach, a wśród znajomych nie było na nie przyzwolenia. Współcześnie mówi się o nich więcej, ale ciężko mi ocenić czy są tego efekty. Bardzo ważne jest, żeby potrafić je rozróżniać i wiedzieć jak z nimi funkcjonować. Nie potrafiłbym na jednej szali postawić złości i miłości. Ogromną rolę odgrywają tutaj rodzice – żeby zachować równowagę między przeżywaniem emocji i sprawnym radzeniem sobie z nimi.
Skąd wziął się pomysł na postać tytułowego „Cosia”, który pomaga Agatce rozumieć emocje?
ŁK: Imię tytułowego skrzata właściwie powstało na końcu pisania książki. Sam skrzat był bardzo blisko Agatki i dbał o jej dobro, potrzebowała takiego przewodnika. Chciałem, żeby ta postać miała dowolność interpretacji, bo tak naprawdę takim skrzatem może być każdy z nas i dla każdego z nas szafa i wyjście z niej również będzie czymś innym. Chyba właśnie takim Cosiem byłem ja sam.


Czy Wałbrzych, ze swoją specyficzną atmosferą, legendami i historią, jest dla Pańskiej twórczości inspiracją?
ŁK: Uwielbiam Wałbrzych i chyba jestem trochę lokalnym patriotą, ale nigdy nie pomyślałem o tym w ten sposób. Chyba Wałbrzych bezpośrednio nie miał wpływu na treść książki, ale jednak wychowanie w tym mieście już na pewno. W książce ostatecznie znalazła się też ciekawa historia o Węglu.
Wałbrzych często kojarzy się z mrocznym klimatem kryminałów (jak np. u Chmielarza). Czy myślał Pan o tym, by wykorzystać ten „noir” w swojej twórczości, czy woli Pan odczarowywać to miasto?
ŁK: Nie mam na szczęście takich skojarzeń. Jak wspomniałem, nie łączę Wałbrzycha z treścią swoich książek, ale jest to być może ciekawy pomysł na przyszłość. Jeżeli miałbym wybrać z tych dwóch opcji, zdecydowanie wolę go odczarować, choć uważam, że jest piękny, a jego historia dodaje mu uroku.
Zamierza Pan spróbować swoich sił w literaturze dla dorosłych, czy literatura dziecięca pozostaje Pana głównym obszarem zainteresowań?
ŁK: Na razie był to mój debiut, który tak naprawdę pokaże czy powinienem dalej pisać (śmiech). Jednak, jeżeli książka spotka się pozytywnym odbiorem, a na razie tak się to zapowiada, to chciałbym kiedyś napisać również coś dla starszych czytelników choć blisko mi do literatury dziecięcej, czuję się niej dobrze.
Jaka była pierwsza książka w Pana życiu, która sprawiła, że pomyślał Pan: „też chcę kiedyś coś napisać”?
ŁK: Świetne pytanie, bo tak naprawdę nie wiem, co mnie zainspirowało. Fajnie byłoby cofnąć się w czasie i dowiedzieć tego. Pisałem od zawsze – jakieś krótkie historie, wiersze czy opowiadania. Gdybym miał strzelać, to po prostu w dzieciństwie, w szkole zauważyłem, że pisanie rozprawek czy innych krótkich form sprawiało mi przyjemność.
Są już pomysły na kolejne historie?
ŁK: Tak naprawdę pomysły pojawiają się bardzo często. Zapisuję je na komputerze, kartce, w notatce w telefonie – wszędzie, czasem udaje się do nich wrócić szybko, a czasem czekają nawet miesiącami, żebym po przeczytaniu ich kolejny raz usunął z komputera albo dopisał trochę historii. Niektóre później łączą się ze sobą. Chyba największą dla mnie inspiracją są po prostu moje przeżycia i moje myśli.
Dziękuję za rozmowę.











