„Każda z moich kolekcji opowiada trochę inną historię. Nie tworzę ich po to, żeby posegregować biżuterię na półkach, ale dlatego, że poszczególne prace rodzą się z różnych fascynacji – fantastyką, naturą, światłem czy nieoczywistym pięknem rzeczy, które zwykle pozostają niezauważone „ – mówi Barbara Buga-Rucińska, która szkło, ogień i opowieści zamyka w unikalnych formach. Stworzyła markę Fused Glow i udowadnia, że biżuteria to coś więcej niż ozdoba – to rzeźbienie światłem, kolorem, wyobraźnią i magią. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, artystka opowiada m.in. o tym, jak z okruchów szkła stworzyć małe dzieła sztuki.
Skąd wzięła się fascynacja akurat szkłem i techniką fusingu, czyli stapiania szkła?
BR: Zaczęło się od zupełnego przypadku. Podczas spontanicznego rodzinnego wypadu do Kazimierza Dolnego latem 2024 roku, wybraliśmy się do Muzeum Złotnictwa. I tam, właściwie już wychodząc, zauważyłam biżuterię z niezwykłymi kaboszonami, które były podpisane jako szkło dichroiczne. To właśnie jego wygląd mnie zafascynował – można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Do dziś pamiętam to wrażenie, że patrzę na coś, co bardziej przypomina zamknięte w szkle światło niż zwykły materiał wykorzystywany do tworzenia biżuterii. Wtedy wiedziałam o szkle dichroicznym właściwie tylko tyle, że nie mogę przestać o nim myśleć. Zaczęłam szukać informacji, czytać i próbować zrozumieć, jak powstaje ten niezwykły efekt.. Trwało to dość długo, ale moja obsesja nie mijała. W finale w lutym 2025 roku odbyłam kurs fusingu i od tamtej pory przygoda zaczęła się na dobre. I choć w swoich pracach używam różnego rodzaju szkła, czasem sięgam także po minerały i kamienie naturalne, to jednak właśnie szkło dichroiczne jest najbardziej charakterystycznym elementem biżuterii pochodzącej z mojej pracowni. Dość szczegółowo cały ten czas opisałam w powieści „Nie do końca offline”, która ukaże się jesienią, są tam moje wszystkie wzloty, upadki, frustracje i radości związane z powstawaniem marki Fused Glow…łącznie z wyjaśnieniem, dlaczego przez pół roku wstydziłam się wejść do pobliskiego Media Expert.
Co kryje się za nazwą „Fused Glow” i jaką energię chce Pani przekazywać ludziom poprzez swoje prace?
BR: Glow, czyli w dosłownym tłumaczeniu Stopiony Blask chyba dość dobrze oddaje to, co w szkle dichroicznym jest najpiękniejsze – złożoność i nieoczywistość barw, zaskakujące efekty, świetlistość. Nazwa klarowała się dość długo, chodziło o wyjątkowość i niepowtarzalność, a stron czy pracowni ze słowami glass, szkło, art. etc., jest w Internecie mnóstwo. Tak naprawdę nazwę Fused Glow wymyślił chat GPT, spodobała mi się, a kiedy okazało się, że nie ma ani pracowni, ani sklepu internetowego o takiej nazwie – została. Jeśli chodzi o energię, nie myślę o niej w sposób mistyczny, choć zdarzają się prace, w których z różnych względów zostawiam więcej siebie – swoich dobrych myśli, życzeń, wsparcia. Dotyczy to szczególnie prac tworzonych na zamówienie, kiedy znam historię osoby, dla której powstają. Chciałabym, aby moje prace budziły dobre emocje – zachwyt, radość, poczucie wyjątkowości, czasem odrobinę nostalgii lub marzeń. Wierzę, że przedmioty, którymi się otaczamy, mają znaczenie. Biżuteria może być czymś więcej niż ozdobą – może przypominać o ważnym wspomnieniu, podkreślać osobowość albo po prostu poprawiać nastrój w zwykły dzień. Największą satysfakcję daje mi moment, kiedy ktoś patrzy na wisior i mówi: „To jest dokładnie moje”. Wtedy wiem, że udało mi się przekazać coś więcej niż tylko kolor i formę.
Jak udaje się Pani łączyć techniczną precyzję (praca z piecem, temperaturami) z czystą, artystyczną intuicją?
BR: Nigdy nie postrzegałam tych dwóch aspektów pracy ze szkłem jako przeciwności. Mam za sobą setki godzin pracy z narzędziami i piecem – właściwie piecami, ponieważ w tej chwili używam czterech dużych hot potów i jednego małego…znam ich kaprysy i fanaberie. Wciąż jednak zdarza się, że coś pójdzie nie tak, szkło podczas wypału pęknie i tylko błyskawiczna interwencja ratuje piec przed całkowitym zniszczeniem. A artystyczna intuicja to po prostu wizje, marzenia, historia, którą chcę opowiedzieć, którą chce również opowiedzieć szkło…To trochę jak z językiem – trzeba poznać litery, mieć odpowiedni zasób wyrazów, znać struktury gramatyczne – i dopiero mając taką bazę, można bawić się słowami, tworzyć opowieści czy poezję. Niektóre projekty powstają długo, odkładam je wiele razy i wracam do nich po dniach, tygodniach a nawet miesiącach. Inne doprowadzam do końca przy jednym podejściu, które czasami trwa cały dzień i kilka godzin w nocy. Na ogół jednak pracuję nad kilkoma modelami równocześnie.
Działa Pani na „kawie, cynie i sile rozpędu”. Jak wygląda typowy dzień w pracowni?
BR: Typowy dzień w pracowni zaczyna się około 17:00, ponieważ poza tworzeniem biżuterii i pisaniem pracuję też normalnie na etacie. W związku z tym czas jest dla mnie towarem najbardziej deficytowym. Z tego względu zresztą niedawno podjęłam trudną decyzję o zmianie miejsca pracy. Po dwudziestu pięciu latach pracy w szkole w Warszawie przenoszę się do placówki, która znajduje się w miejscowości, w której mieszkam, co pozwoli mi zaoszczędzić około trzech godzin. Czas w pracowni spędzam na ogół do północy, rzeczywiście wspomagając się hektolitrami kawy, śpię zdecydowanie za mało, ale w tej chwili nie umiałabym już inaczej. Przekonałam się o tym niedawno podczas pięciodniowego wyjazdu z moją klasą do Poronina – młodzież cudowna, piękne miejsce, wspaniali ludzie, u których mieszkaliśmy, a ja trzeciego dnia cierpiałam na autentyczny syndrom odstawienny. Z pracownią i moim szkłem niestety nie dało się porozmawiać przez telefon czy wymienić smsów jak z mężem i córką, więc tęsknota była okrutna . Inaczej wygląda sytuacja w weekendy, wakacje i ferie. Wtedy, o ile nie mam czegoś ważnego do załatwienia, spędzam w pracowni niemal całe dnie. Tu trzeba dodać, że nie byłoby to możliwe, gdyby nie autentyczne wsparcie i zrozumienie Bartka – mojego męża i szesnastoletniej córki Marty. Moi najbliżsi nie tylko akceptują moje szaleństwo, ale rzeczywiście robią wszystko, żebym mogła poświęcać się swojej pasji w każdej wolnej chwili. I nie mówię tu tylko o przejęciu większości obowiązków domowych, bo zadbali również o to, żebym miała autentyczną, swoją ukochaną pracownię (choć tu akurat może mieć znaczenie fakt, że kiedy pracowałam w domu, szkło było dosłownie wszędzie), córka pomaga mi przy prowadzeniu strony internetowej, mąż już nauczył się, że najlepszym prezentem nie są perfumy czy biżuteria tylko porządna stacja lutownicza albo szlifierka do szkła. Można więc powiedzieć, że choć Fused Glow formalnie jest jednoosobową pracownią, to bez tych dwóch dobrych dusz nigdy nie stałaby się tym, czym jest dzisiaj.
Co jest najtrudniejsze, a co najbardziej satysfakcjonujące w okiełznaniu szkła, które z natury jest kruche i nieprzewidywalne?
BR: Najtrudniejsze jest chyba zaakceptowanie faktu, że szkło zawsze zachowuje pewien margines niezależności. Można znać materiał, temperatury i proces technologiczny, można wszystko dokładnie zaplanować, a mimo to po otwarciu pieca zobaczyć coś innego, niż zakładaliśmy. Praca ze szkłem uczy cierpliwości i pokory, bo nie na wszystko mamy wpływ. Z drugiej strony właśnie to jest również najbardziej fascynujące. Każde otwarcie pieca niesie ze sobą odrobinę emocji i niepewności. Nawet po miesiącach pracy zdarzają się momenty zaskoczenia. Czasem efekt okazuje się lepszy, niż przewidywałam, a szkło pokazuje możliwości, których wcześniej nie dostrzegałam, czasem kaboszon ląduje w koszu albo w wiaderku „na pomrowy” – czyli te elementy, które później wykorzystuje do eksperymentowania na przykład z nowymi technikami oprawiania. Myślę, że satysfakcja bierze się również z samej przemiany. Z kilku kawałków szkła, które osobno nie wyglądają szczególnie imponująco, powstaje coś zupełnie nowego – przedmiot pełen światła, koloru i charakteru. Za każdym razem jest w tym odrobina magii, choć oczywiście wiem, że stoi za nią fizyka, chemia i wysoka temperatura.
Jak wygląda „malowanie światłem” na szkle?
BR: To podstępne pytanie. Najczęściej malowanie światłem to po prostu wielowarstwowy wzór ze szkła dichroicznego, jednak można „malować” w sposób bardziej dosłowny – w tej technice wykorzystuję fryty, czyli maleńkie okruchy szkła o różnej gradacji oraz puder szklany, który wykonuję sama, ucierając szkło w moździerzu na pył. Takie „malowanie” wymaga jasnej, najlepiej transparentnej bazy, tylko wtedy, odpowiednio rozkładając fryty lub puder, można uzyskać efekt malarskości, gradientu, przenikania barw. Ta technika jest jednak szalenie nieprzewidywalna – wkładając do pieca kompozycję, nigdy nie wiem, czy efekt będzie taki, jakiego oczekuję. Jednak jeśli wszystko się uda, efekt potrafi być naprawdę wyjątkowy – kolory przenikają się miękko, światło buduje głębię, a szkło zaczyna przypominać bardziej obraz niż biżuterię.
Co wychodzi spod Pani ręki?
BR: Najczęściej spod moich rąk wychodzą wisiory. Tworzę również pierścionki i bransoletki, znacznie rzadziej natomiast kolczyki. Wynika to przede wszystkim ze specyfiki materiału – szkło, nawet w niewielkich elementach, ma swoją wagę, dlatego zależy mi, aby biżuteria była nie tylko efektowna, ale również wygodna w noszeniu. Choć chętnie eksperymentuję z różnymi formami, moją największą słabością pozostają duże wisiory. To właśnie w nich szkło może w pełni pokazać swój charakter – grę światła, głębię kolorów i niepowtarzalne wzory. Bardzo często dodatkową rolę odgrywa również oprawa, która nie jest dla mnie jedynie elementem technicznym, ale częścią całej opowieści tworzonej przez dany projekt. Od początku zależało mi na tym, aby rozwijać się nie tylko artystycznie, ale także warsztatowo. Ukończyłam kurs fusingu szkła, kurs oprawiania metodą Tiffany’ego oraz kurs wire wrappingu. W najbliższym czasie planuję również naukę elektroformingu. W twórczości jest oczywiście miejsce na intuicję i wyobraźnię, ale uważam, że powinny one opierać się na solidnych podstawach technicznych. Dlatego chętniej uczę się pod okiem doświadczonych praktyków niż wyłącznie z internetowych tutoriali. To właśnie duże, autorskie formy łączące szkło, światło i ręcznie wykonywane oprawy stały się z czasem najbardziej rozpoznawalnym znakiem Fused Glow. To w nich najlepiej odnajduję własny styl i właśnie one najpełniej pokazują możliwości materiału, z którym pracuję. Każda moja praca jest unikatowa. Nawet jeśli wykorzystuję podobne materiały lub wracam do określonej inspiracji, nie tworzę dwóch identycznych egzemplarzy. Nie potrafię, ale też nie chcę kopiować nawet samej siebie. Największą przyjemność sprawia mi poszukiwanie nowych rozwiązań, dlatego każdy wisior, pierścionek czy bransoletka są jedynymi w swoim rodzaju. W tym roku zaczęłam również eksperymentować z kamieniami naturalnymi i minerałami, jednak to szkło jest i zawsze pozostanie moim ukochanym materiałem twórczym.
Najczęściej wykorzystuje Pani mieniące się szkło dichroiczne oraz kamienie naturalne (np. labradoryty). Gdzie się Pani w nie zaopatruje?
BR: Szkło kupuję najczęściej u Arkadiusza Wójcika w Szkło Craft. Czasem żartuję, że w tej firmie jak tylko na służbowej komórce zobaczą mój numer, to zapewne odrzucają sobie telefon jak gorący ziemniak, bo wiadomo, że będę chciała tego, czego nie ma albo wręcz nie istnieje. Zależy mi jednak na materiałach wysokiej jakości i niepowtarzalnych efektach, dlatego często poszukuję szkła o konkretnych kolorach, strukturach czy właściwościach i ten dostawca jakoś zawsze stara się spełnić dziwne oczekiwania wariatki z Fused Glow. Natomiast kamienie i minerały sprowadzam z Indii i z Indonezji. Mam zaufanych dostawców, którzy nie tylko wywiązują się znakomicie z zamówień, ale też równie cierpliwie jak pan Arkadiusz podchodzą do moich dziwacznych zachcianek. Ostatnio zaprojektowałam linię Dualis, w której planuję łączyć szkło z naturalnymi kamieniami jednak do tego potrzebny jest mi nietypowy kształt minerałów – wąski, wydłużony, najlepiej o nieregularnych krawędziach. Karina, Abdul i Sejan nie tylko wyszukują dla mnie takie perełki, ale często po prostu tną kamienie zgodnie z moimi wskazówkami. Dzięki temu mam możliwość pracy na materiałach, których często nie da się kupić w gotowej formie.
Pani prace są często dzielone tematycznie na linie takie jak Glamour, Fantasy, Wild Nature czy linia Rewersa. Dlaczego?
BR: Każda z moich kolekcji opowiada trochę inną historię. Nie tworzę ich po to, żeby posegregować biżuterię na półkach, ale dlatego, że poszczególne prace rodzą się z różnych fascynacji – fantastyką, naturą, światłem czy nieoczywistym pięknem rzeczy, które zwykle pozostają niezauważone. Bardzo często zaczynam od pomysłu lub obrazu, który mam w głowie, potem tworzę szkic, ale szkło dichroiczne jest materiałem na tyle niezwykłym, że potrafi wnieść do projektu wiele od siebie i czasem coś, co planowałam jako motyw związany z dziką naturą okazuje się bardziej kosmiczne albo wygląda, jakby pochodziło z mrocznej legendy. Wiem, że brzmi to trochę jak magia, ale osoby pracujące ze szkłem doskonale wiedzą, o czym mówię. Czasem dopiero po wypale okazuje się, jaki charakter naprawdę ma dany kawałek szkła. Wtedy nie walczę z nim – pozwalam mu opowiedzieć własną historię. Kolekcje i linie zmieniają się, stałe są tylko dwie, Casual i Glamour – czasem, zwłaszcza po dłuższym zajmowaniu się jakąś bardziej skomplikowaną w przekazie linią, mam ochotę zrobić coś, co będzie po prostu ładne albo zabawne i wtedy uzupełniam te dwie kolekcje. Linia Rewersa to dwustronne wisiory, w których jedna strona jest kompozycją ze szkła, natomiast druga, to abstrakcyjny wzór malowany emalią do biżuterii i zabezpieczony żywiącą. Takie wisiory cieszą się ogromna popularnością, ale nie wykonuję ich często – są bardzo pracochłonne, niełatwe w oprawie, ponieważ emalia nie lubi wysokiej temperatury na przykład podczas lutowania, wymagające i kapryśne.
Pojawia się Pani ze swoimi cudami np. targach, jarmarkach itp.? Pani biżuterię kupimy w plenerze?
BR: Nie uczestniczę w targach ani jarmarkach. Moje prace można obecnie kupić stacjonarnie w galeriach w Obornikach Wielkopolskich, Brzegu w województwie opolskim oraz w Mińsku Mazowieckim. Być może nawiążę również współpracę z kolejnymi miejscami, ale zależy mi na tym, aby ich charakter był spójny z filozofią marki Fused Glow. Sprzedaż prowadzę przede wszystkim online. Moje prace można znaleźć na platformach Pakamera i Etsy, jednak najpełniejszą ofertę prezentuję we własnym sklepie internetowym pod adresem www.fusedglow.com. To właśnie tam na bieżąco pojawiają się nowe kolekcje, pojedyncze egzemplarze oraz informacje o aktualnych projektach pracowni.
Dziękuję za rozmowę




























