Dziś, 30 lipca, swoje urodziny obchodzi człowiek, który stał się żywą definicją amerykańskiego snu i absolutną ikoną popkultury. Arnold Schwarzenegger – kulturysta wszech czasów, gwiazda Hollywood i były gubernator Kalifornii – kończy kolejny rok pełen sukcesów. Z tej okazji portal dobre.info.pl przypomina nie tylko jego niesamowitą drogę na szczyt, ale też genialne i dotąd mało znane zakulisowe anegdoty z planu kultowego „Terminatora”. Jak chorowity chłopak z małej austriackiej wioski stał się najsłynniejszym androidem w historii kina?
Droga Arnolda na szczyt była wyjątkowo wyboista. Urodził się w 1947 roku w małej austriackiej miejscowości Thal na przedmieściach Grazu. W domu Schwarzeneggerów panowała żelazna dyscyplina wprowadzona przez ojca – komendanta lokalnej policji, który w przeszłości dobrowolnie wstąpił do NSDAP i walczył na frontach II wojny światowej. Rodzice rygorystycznie i surowo karali syna za najmniejsze nieposłuszeństwo, a ojciec zmuszał go do uprawiania różnych dyscyplin sportowych, widząc w nim przyszłego policjanta.
Wszystko zmieniło się w 1960 roku, gdy nastoletni Arnold po raz pierwszy trafił na siłownię. Zafascynowany kinowymi idolami porzucił piłkę nożną na rzecz kulturystyki. Jego determinacja była tak ogromna, że podczas odbywania obowiązkowej służby wojskowej w 1965 roku zaryzykował ucieczkę z jednostki (tzw. bezprawną nieobecność), byle tylko wystartować w konkursie. Ceną za ten młodzieńczy bunt był tydzień spędzony w wojskowym karcerze, ale maszyna ruszyła i nic nie mogło już jej zatrzymać. Przenosiny do USA w 1968 roku otworzyły przed nim drzwi do wielkiej kariery – zdobył tytuł Mr. Universe i aż siedmiokrotnie sięgał po trofeum Mr. Olympia.
Gdy sportowy świat leżał u jego stóp, Arnold postanowił podbić Hollywood. Po przełomowej roli w Conanie Barbarzyńcy (1982), prawdziwy przełom przyniósł mu rok 1984 i tytułowa rola androida T-800 w dreszczowcu science-fiction Terminator Jamesa Camerona. Aby wypaść przekonująco jako bezwzględna maszyna zabójca, Schwarzenegger przeszedł morderczy trening, który wykraczał daleko poza zwykłe zapamiętywanie kwestii. Aktor przez pełne cztery tygodnie bez przerwy ćwiczył obsługę broni palnej. Pierwsze dwa tygodnie poświęcił wyłącznie na naukę rozkładania i składania broni z zawiązanymi oczami. Ćwiczył to tak długo, aż jego ruchy stały się automatyczne, płynne i mechaniczne. Na strzelnicy Arnold spędził długie godziny, trenując specyficzną kontrolę twarzy – starał się przeładowywać broń bez patrzenia na nią oraz, co najważniejsze, uczył się całkowicie kontrolować odruch mrugania podczas strzałów.
Z kręceniem filmu wiąże się też genialna anegdota. Pewnego popołudnia, podczas krótkiej przerwy w filmowaniu, Arnold Schwarzenegger poczuł ogromny głód i udał się na posiłek do pobliskiego lokalu. Aktor tak bardzo się spieszył, że… zapomniał zmyć z twarzy charakteryzację. Możecie sobie wyobrazić minę personelu i gości restauracji, gdy przy stoliku usiadł potężny mężczyzna z makijażem imitującym spalone ciało, z dziurą zamiast oka i całkowicie odkrytą, mechaniczną szczęką!
W 2003 roku, będąc u szczytu sławy po premierze trzeciej części Terminatora, podjął kolejną zaskakującą decyzję – zawiesił karierę aktorską i wystartował w wyborach na gubernatora Kalifornii z ramienia Partii Republikańskiej. Zgromadził blisko połowę głosów i jako 38. gubernator piastował to stanowisko aż do 2011 roku. Choć w polityce gospodarczej wzorował się na Ronaldzie Reaganie, w kwestiach światopoglądowych dał się poznać jako polityk o bardzo liberalnych poglądach. Media spekulowały nawet o jego starcie w wyborach prezydenckich, jednak na drodze do Białego Domu stanął zapis w amerykańskiej konstytucji, który pozwala na kandydowanie wyłącznie osobom urodzonym na terenie USA.
Po zakończeniu misji politycznej Arnold z sukcesem powrócił na ekrany kin (m.in. w serii Niezniszczalni u boku Sylvestra Stallone’a). Dziś Arnold Schwarzenegger inspiruje miliony ludzi jako autor motywacyjnych bestsellerów i filantrop. W dniu jego święta życzymy mu niezłomnej, legendarnej energii i mówimy głośno: Hasta la vista, Arnie – i wracaj do nas jak najczęściej!
Marta Kot, fot. FilmWeb.pl











