„Igrzyska bogów” to fantastyczna petarda z dużą dawką sarkazmu, chaosu i humoru. Tą książką autorka szturmem zdobyła serca miłośników urban fantasy. Wcześniej zadebiutowała porywającą powieścią młodzieżową „Zaginiona biblioteka. Sekret różokrzyża”, która jest porównywana do klasyki polskiej literatury przygodowej, jak dzieła Niziurskiego czy Bahdaja. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Ewa Sozoniuk opowiada m.in. o swojej słabości do Dolnego Śląska, miłości do Pana Samochodzika i mitologicznych igrzyskach, które zamieniły się w świetne urban fantasy, w którym humor, magia i mitologie mieszają się niczym w kotle czarownicy.
Akcja Pani książki „Zaginiona biblioteka. Sekret różokrzyża” rozgrywa się wokół ruin malowniczego Zamku Świny. Dlaczego akurat to miejsce stało się sercem Pani opowieści?
ES: Najprościej mówiąc – taki był wymóg konkursu. A rozwijając tę myśl – od zawsze miałam słabość do Dolnego Śląska. I morza. Ale przez długi czas to Dolny Śląsk wygrywał, jeśli chodzi o plany wakacyjne. Co roku jeździłam w inne miejsce, żeby maksymalnie poznać okolice, a w szczególności zamki. Potem, po latach, gdy postanowiłam zająć się pisaniem, wpadł mi w oko konkurs literacki, ogłoszony przez dwóch właścicieli zamków – Świny i Niesytno w Płoninie. Należało napisać powieść dla młodzieży z wykorzystaniem historii obu zamków. I tak oto historia zatoczyła krąg, bo moja pasja do historii i regionu znalazła wreszcie ujście, a wygrana w konkursie otworzyła drzwi do świata pisania.
W powieści pojawia się motyw sekretu różokrzyżowców. Jak dużo czasu poświęciła Pani na research historyczny dotyczący tego zakonu i Dolnego Śląska?
ES: Konkurs przewidywał rok na napisanie książki. Na szczęście miałam w domu już całkiem pokaźny zbiór książek o Dolnym Śląsku, w tym kilka pozycji autorstwa Joanny Lamparskiej. Obejrzałam chyba każdy możliwy reportaż czy film wrzucany przez ludzi na YouTube o obu zamkach, przeczytałam niezliczoną ilość artykułów o zamku w Świnach czy Płoninie. Sam research zajął mi około 3-4 miesiące.
Książka porównywana jest do klasyki polskiej literatury przygodowej, jak dzieła Niziurskiego czy Bahdaja. Ci autorzy byli inspiracją do jej powstania?
ES: Ja bym jeszcze dodała Nienackiego – uwielbiałam jego Pana Samochodzika. Zresztą do dziś darzę go wielkim sentymentem. Ponieważ założenia konkursowe były jednoznaczne, że w głównej mierze miała to być książka dla młodzieży, to gdzieś w tyle głowy zarysowała się wizja stworzenia takiego współczesnego Pana Samochodzika. Co prawda samego muzealnika ostatecznie zabrakło, ale piątka przyjaciół – jak Wilhelm Tell i jego harcerska ferajna – odgrywa tu znaczną rolę.
Z wykształcenia jest Pani tłumaczką. W jaki sposób praca z tekstami innych autorów wpływa na własny warsztat pisarski?
ES: Niestety, muszę tu wszystkich rozczarować – bo nigdy nie byłam tłumaczem literatury. Owszem, tłumaczyłam artykuły z różnych dziedzin, mniej lub bardziej literackie, jednak specjalizowałam się w tekstach technicznych. Natomiast własny warsztat literacki kształtowałam czytając – czy raczej pochłaniając książki.
Często wspomina Pani o miłości do urban fantasy, motywów słowiańskich i dawnych wierzeń. Czy te elementy znajdą odzwierciedlenie w najnowszej książce „Igrzyska Bogów”?
ES: Jak najbardziej! W „Igrzyskach bogów” mamy całą plejadę mitologicznych postaci, nie tylko słowiańskich, choć tych ostatnich jest oczywiście najwięcej. I muszę przyznać, że bardzo dobrze bawiłam się wymyślając, jak wyglądałoby zderzenie mitologii ze współczesnym światem. I odwrotnie – jak współczesny człowiek reagowałby na słowiańskiego boga. Paradoksalnie ludziom byłoby łatwiej, biorąc pod uwagę renesans, jaki przeżywa aktualnie rodzimowierstwo.
Co czytelnik dostanie wraz z „Igrzyskami Bogów”?
ES: Na pewno dużą dawkę sarkazmu, chaosu i humoru. Mamy tu bohaterkę, która wcale nie chce nią być – ale finalnie musi się nią stać, a przy okazji odkryje ciekawe historie rodzinne. Mamy Warszawę z kilkoma kultowymi miejscówkami – i tu ciekawostka – jedna z miejscówek za chwilę może przestać istnieć, niestety. Chodzi o pub „W Oparach Absurdu” na warszawskiej Pradze.
Dolny Śląsk uchodzi za najbardziej tajemniczy region Polski. Co takiego ma w sobie tutejsza ziemia, że rodzi tyle niesamowitych opowieści?
ES: Przede wszystkim ultra bogatą historię – tutaj od zawsze był tygiel różnych narodowości: niemieckiej, czeskiej, austriackiej, polskiej, żydowskiej, a patrząc jeszcze dalej wstecz – żyły tu plemiona słowiańskie i germańskie, Celtowie, potem pierwsi Piastowie. Przewinęli się także Templariusze, zostawiając po sobie wiele nierozwiązanych zagadek. Zielona Góra miała swoje procesy o czary i palenia na stosie. Ząbkowice Śląskie mają Frankensteina, Złoty Stok ma kopalnię złota, Kletno ma kopalnię Uranu, a Pogórze Kaczawskie – wygasłe wulkany. Nie wspominając już o czasach drugiej wojny światowej i działaniach nazistów.
Gdyby miała Pani stworzyć mapę skarbów dla czytelników na Dolnym Śląsku, jakie trzy miejsca (poza Świnami) musiałyby się na niej znaleźć?
ES: Zdecydowanie Ślęża, podziemne miasto Osówka i… Mokrzeszów. Ślęża jest nazywana polskim Olimpem, dawnym miejscem kultu i jednym z najbardziej tajemniczych miejsc Dolnego Śląska. Osówka – czyli dawny obiekt Riese. Do dziś nie wiadomo, czemu miał służyć i budzi więcej pytań, niż oferuje odpowiedzi. I najmniej oczywisty punkt na tej liście – czyli Szpital Zakonu Kawalerów Maltańskich w Mokrzeszowie. A raczej to, co z niego zostało i wokół którego mnożą się teorie spiskowe.
LARP-y to unikalna subkultura. Jak środowisko graczy RPG i larpowców reaguje na literaturę poruszającą ich pasję?
ES: A na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć – nikt od nich się do mnie nie zgłosił z zażaleniami, czy też pochwałami. Trzeba się ich zapytać.
Dziękuję za rozmowę












