„Chyba przygotowywałam się do tego całe życie. Tylko przez lata myślałam, że te wszystkie moje akcje z dzieciństwa to po prostu dziwactwa, a nie szkolenie biznesowe w wersji mini. Wychowałam się w lumpeksach. Moja mama miała jeden z pierwszych second handów w Warszawie, więc zamiast typowego dzieciństwa z bajkami, ja miałam fikołki między wielkimi workami z ubraniami, kartony i wieszaki. Od małego miałam też totalną zajawkę na sprzedaż, kasy fiskalne no i skanery!” – wspomina Aleksandra Sujak, założycielka i właścicielka internetowego butiku z odzieżą używaną Afilia, która w rozmowie z Agnieszką Góralczyk udowadnia, że moda z drugiego obiegu stała się synonimem unikalnego stylu i świadomej konsumpcji.
Jak i kiedy narodził się butik internetowy Afilia?
AS: Oficjalnie w 2017 r., ale tak naprawdę? Chyba przygotowywałam się do tego całe życie. Tylko przez lata myślałam, że te wszystkie moje akcje z dzieciństwa to po prostu dziwactwa, a nie szkolenie biznesowe w wersji mini. Wychowałam się w lumpeksach. Moja mama miała jeden z pierwszych second handów w Warszawie, więc zamiast typowego dzieciństwa z bajkami, ja miałam fikołki między wielkimi workami z ubraniami, kartony i wieszaki. Od małego miałam też totalną zajawkę na sprzedaż, kasy fiskalne no i skanery! Jak mama wracała ze zwykłych zakupów do domu, masło mogło sobie mięknąć, a jogurt grzać – nie było opcji, najpierw musiałam wszystko zeskanować moim zabawkowym skanerem. Pod choinkę dostałam grę “Poczta” gdzie szykowało się paczki, etykiety i naklejki. Miałam też zabawkowy sklep więc jakby nie patrzeć – już wtedy robiłam to co dzisiaj tylko w wersji zabawkowej. Afilia od początku miała być tylko online. Też z czysto praktycznych powodów. W przeszłości przeszłam bardzo ciężką chorobę i wiedziałam, że klasyczny etat u kogoś i siedzenie w biurze od 8 do 16 zupełnie nie są dla mnie możliwe. Potrzebowałam niezależności i działania na własnych zasadach. I właśnie ta firma dała mi gigantyczną siłę i poczucie sprawczości. Dzisiaj moje dziecięce marzenie spełniło się jeden do jednego – mam prawdziwy skaner, wysyłam masę paczek, mam 5-osobowy zespół i prawie 3000 produktów w sklepie!
Dlaczego zdecydowała się Pani akurat na asortyment ubrań damskich z drugiego obiegu?
AS: Bo to świat, z którego najpierw z hukiem uciekłam, żeby potem wrócić do niego na własnych warunkach. Od dziecka miałam ciężki charakter. Mama ze sklepu przynosiła mi mnóstwo ubrań, mogłam codziennie nosić coś innego, a ja, uparta kilkulatka potrafiłam całe lato przechodzić w jednej sukience i tych samych chodakach. Bo tak. Koszul nie znosiłam, mówiłam na nie „szeleszczące bluzki” i nikt mnie w to nie wcisnął. Jako nastolatka miałam więc totalny bunt na second handy. Chciałam chodzić do galerii, kupować nowe rzeczy, tak „normalnie”, jak rówieśnicy. No i musiałam zatoczyć koło, żeby zmądrzeć. Zobaczyłam, że nowe wcale nie znaczy lepsze, metka to bzdura, a unikalne fasony i super jakość są właśnie w drugim obiegu. A odzież damska? To jest po prostu genialna zabawa stylem. Uwielbiam ten moment, kiedy ubranie zaczyna żyć na nowo i staje się częścią czyjejś historii.
Jak definiuje Pani pojęcie mody zrównoważonej (slow fashion) w kontekście swojej działalności?
AS: Dla mnie slow fashion to nie jest modne hasło, które fajnie wygląda w bio na Instagramie albo napis na lnianej torbie. To jest po prostu logiczne myślenie. Nie chodzi o to, żeby kupować mniej, tylko mądrzej. Wybierać rzeczy, które naprawdę na nas leżą, pasują do naszego życia, a nie wiszą w szafie jako wyrzut sumienia z metką. W Afilii ekologia to decyzje, które podejmuję wtedy, kiedy nikt nie patrzy. Pakujemy paczki w kartony z drugiego obiegu, używamy papierowej taśmy. Dla mnie kupowanie nowych, idealnych pudełek, żeby sprzedawać rzeczy z drugiej ręki, byłoby totalną hipokryzją. Sama mam w szafie kompletny minimalizm. Nie znoszę dresów, luźnych ubrań i przypadku. Latem mam kilka ukochanych sukienek, a zimą niemal mam swój stały mundurek: czarny golf, skórzana plisowana spódnica i wysokie kozaki. Mam dostęp do tysięcy ubrań, a sama wybieram skrajnie konkretnie i monotematycznie. I to jest dla mnie slow fashion – zero przypadku, pełna świadomość.
W Państwa social mediach widać silny nacisk na minimalizm i styl quiet luxury. Jakimi kryteriami kierują się Państwo podczas poszukiwania ubrań?
AS: Liczy się krój, materiał i to, jak rzecz leży na sylwetce. Znana metka? Może dla mnie nie istnieć, totalnie mnie to nie rusza. Przejdę obojętnie obok wielkiego logo, a zachwycę się rzeczą noname, która wygląda szlachetnie i ma świetny skład. Dobre ubranie nie musi krzyczeć. Po tylu latach mam już w oczach regularny rentgen. Ciuch może wisieć pognieciony, krzywo, zaplątany w trzy inne rzeczy, a ja i tak wiem, czy coś z tego będzie. W pandemii potrafiłam bezbłędnie rozpoznać skład materiału przez jednorazowe rękawiczki! Żadna magia, po prostu całe życie spędziłam wśród tkanin. Quiet luxury rozumiem właśnie jako taką spokojną jakość – rzecz ma robić wrażenie krojem, a nie świecić logotypem z kilometra.
Jak wygląda proces przygotowania odzieży z drugiego obiegu (pranie, prasowanie, naprawy) przed wystawieniem jej na sprzedaż?
AS: Gdyby ktoś stworzył maszynę, która sama segreguje, pierze, prasuje, mierzy, opisuje, wrzuca na sklep i jeszcze robi mi herbatę – błagam, kupuję od razu dwie! Ale nie ma lekko, musimy to robić sami. U nas to cała machina. Najpierw sortowanie na kategorie i ocena stanu. Odświeżanie, pranie (część rzeczy jest nowa z metkami, więc tego nie wymaga), prasowanie. Później zdjęcia, wymiary, opisy, połączenie w odpowiednie pliki, odpowiednie nazwanie zdjęć i dodanie na wirtualny dysk który jest bazą. Do tego dochodzi przygotowanie metek do konkretnej partii odzieży. Reszta pracy to już dodanie produktów do sklepu. Przygotowanie partii stu ubrań zajmuje nam kilka dni. To jest naprawdę masa roboty.
Każda rzecz to zazwyczaj pojedynczy egzemplarz, jak zatem wymagające jest codzienne uzupełnianie oferty o nowe nowości?
AS: To jest jak karmienie mega głodnego smoka. Ten smok to nasz sklep, który codziennie rano budzi się i krzyczy: „dawać mi nowości!”. W normalnym sklepie zamawiasz jeden model sukienki w pięciu rozmiarach i masz spokój. U nas? Jedna rzecz to jeden egzemplarz. Sprzeda się i koniec, nie domówię kolejnej takiej samej. Dlatego co tydzień wrzucamy od 100 do nawet 400 nowych rzeczy! Pracujemy w 5 osób i to zupełnie asynchronicznie, nie ma u nas sztywnych biurowych godzin. Rano wstaję i mam już na mailu raport od dziewczyny z zespołu: „nowości dodane”. Inna osoba idzie spać, a ja jeszcze kończę obróbkę zdjęć. Ten biznes żyje całą dobę. Mam ADHD, moja głowa nigdy nie odpoczywa. Przed śniadaniem mam trzy pomysły, z których zaraz robi się dziesięć kolejnych, głowa paruje, czasem mówię tak szybko, że aż zjadam końcówki wyrazów, bo usta nie nadążają za myślami! Ale to nie jest chaos, z którego nic nie wynika. Moje dwa absolutnie pierwsze, dominujące talenty z testu Gallupa to Achiever (Osiąganie) i Discipline (Dyscyplina). Ten miks z ADHD daje mi wręcz obsesyjną potrzebę działania, porządkowania i dowożenia tematów do końca. Nie wystarczy mi coś wymyślić – ja to muszę rozpisać, przetestować, wdrożyć i sprawdzić, czy nie da się jeszcze szybciej i mądrzej. Kocham automatyzacje i AI, to moja prywatna pasja, którą non stop pompuję w rozwój firmy. Jak słyszę, że „się nie da”, to dla mnie znak, że po prostu jeszcze nie znaleźliśmy sposobu. Myślę, że to jest właśnie też odpowiedź na pytanie jak to możliwe, że robimy tak dużo i ciągle się rozwijamy.
Największym wyzwaniem dla klientów internetowych second-handów bywa trafienie z rozmiarem. W jaki sposób pomagają Państwo klientkom dokonać dobrego wyboru?
AS: Rozmiar na metce to jest luźna sugestia, a nie wyrocznia. Przecież każda kobieta wie, że sieciówkowe M w jednej marce to w drugiej małe S, a czasem człowiek patrzy na metkę i zastanawia się, czy projektant w ogóle widział kiedyś żywego człowieka. Dlatego każdą jedną rzecz mierzymy ręcznie, co do centymetra. Klientka bierze swój ulubiony ciuch z szafy, porównuje centymetry z naszymi i nie ma opcji, żeby nie trafiła. W opisach dokładnie zaznaczamy fason: czy materiał się naciąga, czy to oversize, czy może krój, którybezlitośnie zapowiada: „pokonam cię i pokażę wszystko”. Zakupy u nas to ma być pewniak, a nie loteria.
Jak wygląda proces rzetelnej oceny stanu ubrań i opisywania ewentualnych wad, aby budować zaufanie kupujących?
AS: Bardzo prosto: zero wciskania kitu. W e-commerce zaufanie to jedyna waluta. Klientka nie weźmie ubrania pod światło przed zakupem, musi w stu procentach wierzyć moim oczom. Oglądamy wszystko: szwy, guziki, suwaki, jakieś mikro-plamki czy zaciągnięcia. Jeśli wada jest i nie da się jej naprawić – robimy jej zdjęcie i piszemy o tym wprost w opisie. Wolę napisać o mankamencie, niż liczyć, że dziewczyna nie zauważy. Zauważy. I już nigdy nie wróci, a zaufanie traci się w pięć sekund. Dobra sprzedaż to taka, po której klientka wraca i pisze: „Dostałam dokładnie to, na co czekałam”.
Czy samodzielne tworzenie realnych zdjęć i zdejmowanie wymiarów z każdego produktu z osobna stanowi dużą barierę logistyczną?
AS: To jest regularna misja bojowa każdego dnia! Z zewnątrz wygląda to lajtowo – no, wrzucasz ciuch do neta. W środku? Kody, systemy, segregacja, pilnowanie, żeby czarna sukienka X nie pomyliła się z czarną sukienką Y. Niezła gimnastyka. Do tego pakowanie. Przez lata każda paczka przechodziła przez moje ręce. Dzisiaj robi to osoba z zespołu, która pakuje tak genialnie, że moim cichym powodem do dumy jest fakt, że nigdy – serio, nigdy! – żadna nasza paczka nie rozpadła się w transporcie. Przetrwamy logistycznie wszystko. W marcu 2021 r., przeżyliśmy potężny kryzys, jak spłonęła serwerownia w Strasburgu i padł nam cały system do obsługi zamówień. Brak danych, brak powiadomień, totalny paraliż. Przez kilka dni robiliśmy wszystko ręcznie w mega stresie. Daliśmy radę! Od tamtej pory mam gigantyczny szacunek do technologii, którą na co dzień bierzemy za oczywistość.
Jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się podejście Polek do kupowania ubrań z drugiej ręki?
AS: To jest totalna rewolucja. Kiedyś lumpeks kojarzył się z oszczędzaniem i kupowaniem z przymusu, o czym mówiło się raczej po cichu. Dzisiaj to jest synonim sprytu, stylu i świadomości. Kobiety mają dość wyglądania jak klony z sieciówek. Nasze klientki to najczęściej dziewczyny 30+ i 40+. Lubią ten klimat, ale nie mają czasu ani cierpliwości, żeby godzinami przerzucać wieszaki. Albo mówią wprost: “Ja nie mam oka do perełek”. Moją absolutną idolką jest klientka, która ma ponad 80 lat – bez problemu klika zamówienia na stronie, płaci online i śmiga do Paczkomatu. Ta historia idealnie pokazuje, że styl i miłość do drugiego obiegu nie mają wieku!
Zauważyła Pani trend odchodzenia od ubrań z sieciówek na rzecz poszukiwania marek premium w second handach?
AS: Dziewczyny szukają lepszej jakości, ale ja osobiście nie mam jakiejś napinki na marki premium. Umówmy się: w wielu przypadkach płaci się tylko za logo, a jakość wykonania bywa taka sama jak w tańszych rzeczach. Logo jeszcze nigdy nie uratowało złego fasonu – a wierzcie mi, próbowało wiele razy i poległo! Dlatego dla mnie liczy się krój, materiał i to, czy rzecz ma „to coś” – nieważne, czy na metce jest napis premium, czy marka no-name. Cieszy mnie po prostu trend szukania ubrań bardziej przemyślanych.
Dzisiaj nie wstydzimy się już kupować ubrań z drugiego obiegu?
AS: Wstyd odszedł do lamusa i całe szczęście! Second hand to jest super przygoda. Szukanie skarbu, tylko zamiast mapy masz wieszak, a zamiast piratów – inne dziewczyny, które też polują na tę samą marynarkę. Afilia przenosi to doświadczenie do internetu, ale odsiewa z niego całą irytację. Dajemy samą esencję: wyselekcjonowane perełki, dokładne wymiary, czyste rzeczy i wygodną dostawę. Omijamy etap pod tytułem: „wyszłam na godzinę, wróciłam po trzech, bolą mnie plecy i nic nie znalazłam”. Dzisiaj hasło „upolowałam to z drugiej ręki” mówi się z dumą!
Prawdą jest, że gwiazdy też ubierają się second handach?
AS: Jasne, i to od lat! Stylistki, gwiazdy, influencerki – wszyscy szukają unikatów. Każdy w branży wie, że ubranie się od stóp do głów w najnowszą kolekcję z sieciówki bywa po prostu nudne. Second hand daje ten upragniony w modzie efekt: „Wow, skąd to masz?”. A odpowiedź: „Upolowałam w Afilii” brzmi przecież genialnie!
Ma Pani w planach otwarcie również stacjonarnego second handu?
AS: W Polsce? Nigdy w życiu! Od początku budowałam Afilię tylko online i uwielbiam ten kierunek. Internet daje mi skalę, automatyzację i pozwala docierać do kobiet w całym kraju. Poza tym, ja już swoje dzieciństwo między fizycznymi wieszakami przeżyłam. Teraz wolę aplikacje, kody i systemy wysyłkowe. Kiedy jestem zmęczona, obiecuję sobie dzień wolnego, ale w praktyce wytrzymuję pół dnia – potem bateria się ładuje, głowa znowu paruje od pomysłów i muszę działać. Taka już jestem, nie potrafię stać w miejscu! Gdzieś w sferze bardzo odległych marzeń miga mi mały butik stacjonarny, ale wyłącznie za granicą – w kraju, gdzie ten rynek wygląda zupełnie inaczej. Nie zdradzę gdzie, bo konkurencja nie śpi! Na ten moment kręci mnie jednak rozwój e-commerce i wyciskanie maksimum z AI. Jestem dokładnie tą samą upartą dziewczynką, która potrafiła całe lato chodzić w jednej sukience, nie znosiła „szeleszczących bluzek” i skanowała mamie zakupy. Tylko dzisiaj zamiast zabawkowej kasy mam prężnie działającą firmę, zgrany zespół, tysiąc otwartych kart w głowie i biznes, który codziennie pyta: „Dobra, to jak możemy zrobić to jeszcze lepiej?”. Dlatego nie zatrzymujemy się w rozwoju, zmieniamy cały czas tak aby doświadczenie zakupowe dla klientek było coraz lepsze.
Dziękuję za rozmowę
Zachęcamy do odwiedzenia strony butiku: https://afilia.com.pl/
a także śledzenia jego profilu na Facebooku












Jeden komentarz
Przypomina mi to, dlaczego kiedyś zaczynałem czytać blogi.Tekst był wyjątkowo przystępny. To podejście do tematu było rzadko spotykane – i dobrze. Są miejsca w sieci, gdzie się wraca – myślę, że właśnie tu znalazłem kolejne.