Pokochała kryminologię, została też artystką. O programach typu Talent-shows mówi, że to szkoła przetrwania. Marzy o Broadwayu, ale kocha nasze polskie sceny. Musical Metro to dla niej legenda i kamień milowy w polskiej kulturze, a Zakopane to nie Krupówki i komercja, a cisza w dolinach i zapach lasu po deszczu. Agnieszka Góralczyk na łamach portalu dobre.info.pl rozmawia z Basią Gąsienicą-Giewont, polską piosenkarką, kompozytorką, aktorką teatralną i musicalową, a także kryminologiem.
Od artystki po kryminologa – co skłoniło Panią do studiowania kryminologii?
BG: Zawsze fascynowała mnie natura ludzka, a kryminologia to przecież nic innego jak szukanie prawdy o człowieku, tylko z tej nieco mroczniejszej strony. Jako artystka operuję emocjami, a studia te pozwoliły mi spojrzeć na psychikę z perspektywy analitycznej. To niesamowicie rozwija wyobraźnię i uczy empatii, co paradoksalnie pomaga mi później w pisaniu tekstów i budowaniu scenicznych opowieści. Nie mogę ukrywać, że samo marzenie o studiach kryminologicznych przywędrowało do mnie kiedy jechałam do Krakowa do Liceum i przeprowadzałam do bursy wszystkie swoje graty. Siedziałam w aucie z Tatą i mu powiedziałam „wiesz Tato będę kiedyś kryminologiem”. Nigdy nie rzucam słów na wiatr.
Talent-shows: Pomoc w drodze na szczyt?
BG: Programy takie jak The Voice of Poland czy Bitwa na głosy to przede wszystkim ogromna szkoła przetrwania i pracy pod presją kamer. Czy pomagają w drodze na szczyt? Na pewno dają rozpoznawalność „na start”, ale to tylko narzędzie. Prawdziwa praca zaczyna się po wyłączeniu kamer. Wtedy musisz udowodnić, że masz coś własnego do powiedzenia, poza śpiewaniem cudzych hitów. To tak naprawdę świetne poligony doświadczalne.
Musical vs. koncert wokalny?
BG: Różnica jest diametralna! W musicalu, jako Aida i główna rola mimo wszystko byłam trybikiem w wielkiej, precyzyjnej maszynie. Tam musisz dbać o postać, choreografię i interakcję z partnerami – nie ma miejsca na improwizację. Występ solowy na scenie to z kolei czysta wolność i intymność z publicznością. Tam jestem w 100% Basią, która może zmienić frazę czy tempo pod wpływem chwili. Mimo, że w swoim show łącze aktorstwo i taniec to pozwalam na bardzo wiele swobody i sobie i tancerzom. Wtedy dzieje się magia!
Broadway – marzenie czy plan?
BG: Broadway to mekka dla każdego, kto choć raz stanął na deskach teatru muzycznego. Czy chciałabym tam wystąpić? Oczywiście! To byłoby niesamowite wyzwanie i zapewne potwierdzenie warsztatu. Ale staram się twardo stąpać po ziemi, kocham nasze polskie sceny i to tutaj buduję swój świat.
O musicalu „Metro”
BG: „Metro” to legenda, kamień milowy w polskiej kulturze. Można o nim dyskutować, ale nie da się przecenić faktu, ile pokoleń artystów wychowało. To spektakl z niesamowitą energią, który mimo upływu lat wciąż ma w sobie ten magiczny bunt i nadzieję. Prawie zagrałam w tym spektaklu co sprawia, że mam jeszcze większy sentyment ale ostatecznie Teatr Studio Buffo ma bardzo wiele terminów i nie udało mi się tego pogodzić. Ja już jasno określiłam swoje priorytety i nie popełnię nigdy takiego błędu jak poświęcenie stu procentowe dla jednej placówki artystycznej.
Marzenie dubbingowe
BG: Rola Rayi była wspaniałą przygodą, bo to silna, charakterna postać. Moim marzeniem jest teraz użyczenie głosu w jakiejś mrocznej, złożonej produkcji aktorskiej lub w wielkim widowisku muzycznym, gdzie mogłabym połączyć dubbing z rozbudowanymi partiami wokalnymi. Może jakaś klasyczna antagonistka Disneya? To byłoby coś!
Dlaczego folktronica?
BG: Bo w moich żyłach płynie krew z Podhala, a w sercu grają nowoczesne bity. Nie chcę zamykać folku w skansenie. I od początku czyli od utworu „Nie będę” moją misją było nadanie szlachetności mimo nowoczesnemu podejściu. Ludowość jest żywa, pulsuje i świetnie dogaduje się z elektroniką. To połączenie pozwala mi być nowoczesną kobietą, która nie zapomina, skąd przyszła. Mam wspaniałe wsparcie bo Korneliusz Flisiak który tworzy ze mną te muzykę totalnie rozumie co chce osiągnąć, więc ramię w ramię idziemy z naszą misją!
O czym opowiada album „Szeptucha”?
BG: To powrót do natury, do pierwotnej kobiecej siły i intuicji. „Szeptucha” to opowieść o uzdrawianiu muzyką, słowem, rytuałem, bliskością. To płyta o poszukiwaniu spokoju w świecie, który pędzi zbyt szybko, i o mądrości, którą przekazały nam nasze babki. To lekko mistyczna historia o magii, czarach i legendach z Podhala.
Jak zdefiniować Pani muzykę?
BG: Najbliżej mi do określenia Alternative Folk/Ethno-Pop, electronica. Nie lubię sztywnych szufladek, ale te trzy słowa najlepiej oddają to, że fundamentem jest korzeń, a nadbudową nowoczesne, przystępne brzmienie.
Dzisiejsza Eurowizja
BG: Eurowizja bardzo się zmieniła – dziś to wielkie, multimedialne show, w którym czasem wizualia przyćmiewają piosenkę. Czy jest prestiżowa? Na pewno jest ogromnym oknem na świat i daje szansę na dotarcie do milionów ludzi w jedną noc. To dziś bardziej festiwal różnorodności i technologii niż czystej kompozycji, ale wciąż ma w sobie tę unikalną siłę jednoczenia Europy i oby tego nie traciła.
Jak Zakopane widzi Basia Giewont?
BG: Dla mnie Zakopane to nie Krupówki, ale cisza w dolinach i zapach lasu po deszczu. Widzę je jako miejsce z ogromnym potencjałem kulturalnym, które czasem gubi się w komercji, ale pod tą warstwą wciąż bije jego prawdziwe, góralskie serce. To mój dom, do którego zawsze wracam, by odetchnąć.
Kiedy ostatni raz na Giewoncie?
BG: Giewont mam w nazwisku i w sercu, więc jestem tam mentalnie niemal codziennie! A fizycznie? Staram się odwiedzać moje tatrzańskie szlaki regularnie, bo góry uczą mnie pokory i dają najlepszy dystans do show-biznesu. Stricte na Giewoncie ostatni raz byłam 14 listopada 2021 roku.
Dziękuję za rozmowę
Foto: użyczone











