Zbiera klucze, powołała do życia manipulatorów, kluczników i lalkarzy. Praga zafascynowała ją wystawami z marionetkami, ślepymi zaułkami i piwnicznymi lokalami. Uwielbia się bać, choć nie jest łatwo ją przestraszyć. Wychowała się na baśniach, Astrid Lindgren i Narnii. Agnieszka Góralczyk rozmawia z Anną Karnicką, która pisząc kolejną historię do codzienności dodaje szczyptę grozy, odrobinę melancholii, a później zamyka w świecie, z którego trudno się wyrwać, choć często ten świat bywa niebezpiecznym miejscem.
Jak narodził się cykl Paradoks Marionetki i powołanie do życia Praskiej Szkoły Lalkarzy?
AK: Paradoks Marionetki, czyli opowieść o magii manipulatorów i pasji do teatru to jedna z tych historii dojrzewających przez lata, by wreszcie zaowocować debiutem literackim. Złożyło się na nią tyle niedokończonych szkiców, że pewnie trudno byłoby wymienić wszystkie. Świat Obrzeży rozrastał się powoli o kolejne lokacje i postaci, i czekał na głównego bohatera, który będzie chętny w niego wkroczyć. Bohater pojawił mi się w głowie, kiedy sama byłam w dość przełomowym momencie życia – tuż po zakończeniu studiów, i okazał się na tyle zdeterminowany i nieoczywisty, że pasował do zwariowanego świata lalkarzy i kluczników idealnie. Pozostało tylko opisać to, co go tam czeka.
Dlaczego wybrała Pani Pragę – bo tam dzieje się ta historia.
AK: Praga pojawiła się dość niespodziewanie, w związku z wyjazdem na wymianę studencką. Spędziłam tam tylko tydzień – później pojechaliśmy do Ostravy, która była punktem docelowym – ale podczas spacerów po Pradze coś kliknęło i zrozumiałam, że to jest właściwa lokalizacja. Szkoła Manipulatorów ucząca magii poprzez teatr już funkcjonowała w mojej głowie jako koncept i mijając kolejną wystawę z marionetkami uznałam, że gdzie, jak nie tutaj. Warunki dla kogoś, kto chce niepostrzeżenie uczyć się posługiwać lalkami teatralnymi są idealne. Bardzo odpowiadał mi też klimat miasta. Ślepe zaułki i piwniczne lokale przechodzące w inne piwniczne lokale, było to jak najbardziej pasujące do świata Obrzeży. Nadal uważam, że był to świetny wybór, bo w czasach, gdy pisałam Marionetki, Praga nie była bardzo oczywistym kierunkiem, przynajmniej w Polskiej fantastyce.
Dlaczego dla swojej twórczości wybrała Pani fantastykę i grozę? Co poprzez te gatunki można wyrazić?
AK: Fantastyka zawsze była mi bardzo bliska, bo wychowałam się na baśniach, Astrid Lindgren i Narnii. Zawsze też wydawała mi się bardzo ciekawym sposobem na przekazanie tego, że może świat jest większy i bardziej dziwaczny niż nam się wydaje i może wszystkie nasze strachy, niepokoje i wyobrażenia mają w tym świecie miejsce, wszystkie pozornie niewytłumaczalne sytuacje mają jakieś wytłumaczenie, wszystko, co pozornie wytrąca nas z równowagi jest częścią jakiejś równoległej historii, która się dzieje. Uwielbiam wypatrywać niepasujących kawałków rzeczywistości i dawać im zupełnie oczywiste – choć fantastyczne – wyjaśnienia. Bardzo podoba mi się koncept takiej poszerzonej rzeczywistości, a do tego chyba fantastyka (szczególnie urban fantasy, albo właśnie opowieści z pogranicza weirdu i grozy), sprawdza się najlepiej.
Którzy autorzy lub dzieła kultury (książki, filmy, gry), ukształtowały Pani wyobraźnię i do których chętnie się wraca?
AK: Jak już zdążyłam wspomnieć, częściowo wychowała mnie Astrid Lindgren, szczególnie “Bracia lwie serce” i “Mio, mój Mio”, i nawet teraz zdarza mi się odwoływać do tych tekstów. Uwielbiam Tolkiena, bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie “Ziemiomorze” Le Guin, mam też dużą słabość do “Pieśni lodu i ognia”, chociaż tutaj już bardziej wybiórczo, niektóre elementy działały na mnie lepiej niż inne. Jeśli chodzi o literaturę mniej gatunkową, to najchętniej wracam chyba do “Stu lat samotności” Marqueza i zawsze znajduję tam coś dla siebie. Dobrze robi mi też czytanie o dziwacznych i wycofanych bohaterach Murakamiego. Bardzo dużym źródłem inspiracji był też David Lynch i serial “Twin Peaks”, zwłaszcza jeśli chodzi o taką codzienną dziwaczność. Za duży kawałek mojej wyobraźni i estetyki odpowiedzialne są też manga i anime. Do estetyki Paradoksu Marionetki bardzo przyczynił się na przykład taki tytuł jak “Monster” Naokiego Urasawy. Im dłużej o tym myślę, tym więcej przychodzi do głowy.
Groza często opiera się na tym, co niedopowiedziane. Jak buduje Pani atmosferę osaczenia w swoich historiach?
AK: Ciekawe pytanie. Tutaj chyba najbardziej staram się polegać na mojej fascynacji ludzką psychiką i dostępną dla laika wiedzą psychologiczną – sięgać po to, czego my, jako ludzie się boimy i co nas niepokoi albo obrzydza, mechanizmy, które sprawiają, że czujemy się niepewnie. Bardzo pomaga też koncepcja tej “rzeczywistości plus” i szansa na to, że nasze obawy staną się bardzo materialne, czekają już za zakrętem, zaraz będzie trzeba się z nimi skonfrontować.
Za co uwielbia Pani Tolkiena?
AK: Kiedy czytałam “Władcę Pierścieni” po raz pierwszy, zauroczyła mnie przede wszystkim atmosfera: postaci podróżujące przez bezdroża i wielkie góry, tajemniczy czarni jeźdźcy, przedwiośnie w Lothlorien – wszystko to robiło na mnie ogromne wrażenie i bardzo wpasowywało się w baśniowy klimat, który znałam już z wcześniejszych lektur. Dużo później zachwycił mnie rozmach i biblijna skala “Silmarillionu”, wszystkie te wielkie wojny i wielkie emocje. Wreszcie zaś trafiłam na “Liść, dzieło Niggle’a” i zrozumiałam, że w sumie mam bardzo podobne podejście do pisania; że wszystkie historie się ze sobą łączą i są częścią jednej, wielkiej i bardzo złożonej opowieści, która nigdy tak naprawdę nie zostanie ukończona. Nawet teraz lubię sobie czasem odpalić filmowego “Władcę Pierścieni”, którego uważam za naprawdę dobrą adaptację, albo posłuchać sobie wideoesejów na temat poszczególnych wątków. Nie mogę też doczekać się, aż moje dziecko będzie w wieku, żeby zacząć razem czytać Hobbita.
Ponoć lubi się też Pani bać?
AK: Tak naprawdę nie tak łatwo mnie przestraszyć. Ostatnio udało się chyba Orbitowskiemu w “Tracę ciepło”, ale warunki były sprzyjające, bo jechałam pociągiem w Halloween. Lubię czuć atmosferę niepokoju i niepewności i lubię budzące grozę lokacje typu opuszczone budynki i puste korytarze, głównie ze względu na wiążącą się z tym melancholię i poczucie osamotnienia. Lubię dostrzegać te wszystkie uczucia, które wypływają na powierzchnię wraz ze strachem, nie to, czego się boimy, tylko czemu przeraża nas ta konkretna rzecz.
Które z miejskich legend są Pani ulubionymi?
AK: Mam ogromną słabość do takich klasyków jak złodzieje nerek porzucający ludzi w wannie z lodem albo historia o człowieku chowającym się pod łóżkiem i kapiącej wodzie. Nasłuchałam się tego na różnego rodzaju koloniach i zielonych szkołach, pod wpływem takich opowieści założyłyśmy nawet z koleżankami w podstawówce “klub horrorów” i próbowałyśmy same wymyślać straszne historie. Bardzo doceniam też typowo polskie opowieści jak “Misja na Marsa”, czy wszelkie wariacje na temat uciekających z zoo zwierząt. W moim rodzinnym mieście jakiś czas temu ktoś podobno widział hienę.
A jakie straszne opowieści krążą po sieci, które Panią fascynują?
AK: Nie jestem już tak bardzo na bieżąco, jak byłam za czasów poszukiwania informacji do Marionetek, ale bardzo lubię wszelkie internetowe creepypasty oparte na instrukcjach i rytuałach i tym, że jeśli pójdzie się w konkretne miejsce i coś zrobi, to coś się wydarzy. Mam do nich słabość, chyba głownie dlatego, że zakładają pewną decyzyjność ze strony odbiorcy: to nie są historie o tym, że komuś przytrafiło się coś strasznego, bo był w złym miejscu i w złym czasie, raczej bardzo precyzyjne instrukcje jak się w złym miejscu i czasie znaleźć i szczegółowe ostrzeżenia o tym, co się stanie jeśli zaryzykujemy. Pamiętam na przykład serię o Strażnikach, gdzie chodziło o znalezienie jednego z 538 przedmiotów, które nigdy nie mogą się połączyć.
Ostatnimi czasy zaintrygował mnie bardzo koncept tak zwanych “zapleczy” (backrooms) – nie są to straszne historie jako takie, bardziej zbiór bardzo niepokojących lokacji typu puste korytarze albo ośnieżony las. Podoba mi się, że są to lokacje zawieszone pomiędzy, mają w sobie pewną nieokreśloność. Napisałam nawet o tym koncepcie opowiadanie, które trafiło do listopadowego numeru Nowej Fantastyki.
Kolekcjonuje Pani klucze? Dlaczego?
AK: Chociażby dlatego, że nigdy nie wiadomo jaki klucz otwiera jakie drzwi i można się miło zaskoczyć. A tak poważnie to chyba zaczęłam zbierać klucze mniej więcej wtedy, kiedy wymyśliłam koncept klucznika – bardzo podobał mi się pomysł na to, że jest ktoś, kto z pomocą odrobiny magii może otworzyć właściwie każde przejście i nigdy nie wiadomo, gdzie trafi. Poza tym stare klucze często są bardzo ładne i potrafią być ciekawą, nietypową pamiątką. Ich poszukiwanie zachęca do odwiedzania podczas dalszych wycieczek sklepów ze starociami, zamiast turystycznych pułapek i to samo w sobie jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Bardzo podobał mi się sklep ze starociami w małym miasteczku w Walii, gdzie klucze zwisały z sufitu.
Nad czym obecnie Pani pracuje?
AK: Od kilku lat szlifuję powieść pod tytułem “Wróciłaś”. Wróciłaś opowiada o skomplikowanej relacji bohaterki z byłą partnerką, która niespodziewanie powraca do jej życia. Jest to historia, która siedziała we mnie od bardzo dawna i wreszcie udało mi się znaleźć odpowiednie słowa i odpowiednie bohaterki. Tym razem zdobyłam się też na odwagę i umiejscowiłam akcję w Łodzi – mieście, w którym mieszkam na stałe od dłuższego czasu, a o którym długo nie czułam się dość pewnie, by pisać.
Dziękuję za rozmowę
Foto: użyczone












