„Nie ma złotego pociągu, nie było złota Wrocławia, ale wierzę w wielką ideę poszukiwań skarbów i sam koncept złotego pociągu. To są te wszystkie skarby, opowieści, które związane są z poszukiwaniami. Tu nie chodzi tylko o II wojnę światową czy tereny poniemieckie, bo mamy również polskie zabytki, które przepadły jak kamień w wodę” – mówi w rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Joanna Lamparska, polska pisarka, podróżniczka i dziennikarka, która uważa, że dolnośląska ziemia jeszcze nie raz odda nam ukryte w niej cenne rzeczy, a skarby mówiąc krótko – same wybierają tego, kto ma je znaleźć.
Skąd wzięła się Pani pasja do zapomnianych i tajemniczych miejsc?
JL: Z dzieciństwa, o czym pisałam w jednej z książek. Mieszkałam w kamienicy, w której sąsiedzi spotykali się zawsze w lecie pod oknem naszego mieszkania, a ja ich podsłuchiwałam. Pewnego dnia usłyszałam, że nasza sąsiadka jest w „szybkiej ciąży”, wyszła za mąż i po trzech miesiącach urodziła dziecko. Sąsiedzi mówili na to szybka ciąża. Dziecko nie wie co to znaczy, ale zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem ja nie jestem dzieckiem z takiej szybkiej ciąży. Jak rodziców nie było w domu przejrzałam wszystkie dokumenty, żeby sprawdzić, czy przypadkiem też się za wcześnie nie urodziłam. Wówczas zaczęłam odkrywać, że rodzice mają w tych swoich szpargałach w szafie bardzo ciekawe zdjęcia i tak zaczęła się moja potrzeba poszukiwań w dokumentach, sprawdzania, chodzenia po piwnicach. Zawsze lubiłam to, co było tajemnicze, a w momencie kiedy poszłam na studia, a później do pierwszej pracy jako dziennikarka, to nigdy nie robiłam tego co koledzy z redakcji. Nigdy nie wysyłano mnie na konferencje prasowe, nigdy nie zajmowałam się polityką, czy bieżącymi sprawami. Od razu zostałam rzucona na dział poszukiwania skarbów, tajemnic itp. Dlatego w zasadzie przez całe życie nie pracuję, a robię to, co lubię.
Jak to jest być kobietą w świecie zdominowanym przez poszukiwaczy skarbów?
JL: Jak się jest jedną z nielicznych kobiet wyłącznie w męskim towarzystwie to się ma niesamowite fory. W ogóle to środowisko ewoluowało. Kiedyś to była taka bardziej pasja, a dziś zamieniło się to w zawód. Bardzo się cieszę, że w tym środowisku jestem kobietą, a co za tym idzie i reporterką. Dlatego, że mogę sobie patrzeć trochę z boku, a z drugiej strony mogę też zachować możliwość spojrzenia trzeźwym okiem na te różne szaleństwa. Poza tym jak się jest kobietą, to łatwiej jest na poszukiwaniach, bo nie muszę łopatą robić, tylko mogę sobie patrzeć z boku i ładnie pachnieć (śmiech). Mężczyźni patrzą bardziej analitycznie na niektóre tematy, więc bardzo często korzystam z ich pomocy, natomiast jest kilka kobiet, które sobie świetnie w tym środowisku radziły. A pasja nie ma płci. Jest i już.



Które z opuszczonych miejsc, które Pani odwiedziła, wywarło na Pani największe, najbardziej emocjonalne wrażenie?
JL: Dla mnie zawsze najbardziej niezwykłym miejscem, jakie znam był Park w Bukowcu. Bukowiec to piękne miejsce na Dolnym Śląsku w Dolinie Pałaców i Ogrodów stworzone w XIX w. przez ministra ówczesnego Friedricha von Redena i jego żonę Fryderykę, młodszą od niego o kilkadziesiąt lat. To takie dość specyficzne, ale bardzo udane małżeństwo. Oni wymyślili sobie, że stworzą park, w którym pokażą ideę różnych etapów rozwoju ludzkości. Zbudowali tam średniowieczną wieżę i mauzoleum gotyckie, gdzie potem zostali pochowani. Wznieśli również Świątynię Ateny, Krąg Druidów czy romantyczne domeczki nad stawami. Te obiekty po wojnie popadły w ruinę. Bardzo lubiłam to miejsce, kiedy jeszcze nie było tam turystów, kiedy trzeba było się przedzierać przez krzaki i to wszystko było wówczas takie niesamowicie tajemnicze i działające na wyobraźnię. Teraz park został zrewitalizowany. Jest tam już kawiarnia, centrum kultury, galeria i i każdy może sobie przejść ładną ścieżką. Dalej lubię tam chodzić, ale bardzo sobie cenię takie trochę mroczne, trochę niejasne miejsca. Zawsze jak podróżuję sama, bo mój mąż się wścieka, że wchodzę w takie różne dziury, to bardzo lubię postawić gdzieś auto i zajrzeć do ruin samotnych obiektów, w których zostało coś z tych dawnych czasów. Jest taki cudny Pałac Brzezinka. Całkowicie zrujnowany, ale na ścianach ciągle jeszcze widać róże, błękity, kolory farby. To też mi zawsze przypomina o tym, jaki on musiał być piękny. Uwielbiam jak wyobraźnia szaleje mi w takich miejscach.
Czy miała Pani kiedyś poczucie, że historia, którą Pani odkrywa, jest zbyt niebezpieczna lub zbyt osobista, by ją opisać?
JL: Niebezpieczna to może nie. Wiadomo, że jak się samemu chodzi po różnych miejscach to te niebezpieczeństwa są bardzo prozaiczne. Pojawi się jakiś miejscowy szlachcic, który za bardzo przyswoił miejscowy bimber i tu mogą się różne rzeczy zdarzyć. Zdarzają się takie dość zabawne sytuacje. Na przykład w starych pałacach stoją czasami stare meble. Ja sobie gdzieś usiądę, a potem się okazuje, że one są pełne pcheł. Natomiast są takie osobiste historie, które wiążą się szczególnie z takimi miejscami, które zostały dotknięte w jakiś sposób przez II wojnę światową i przez ten pierwiastek kobiecy. Jest takie miejsce – Sieniawka – tam Józef Mengele tworzył ostatnią izbę porodową dla kobiet. Jest marzec 1945 r., wojna jest pozamiatana, a on tworzy izbę porodową, gdzie rodzą się ostatnie dzieci w obozie. To jest taka niesamowita iskierka nadziei w tym straszliwym świecie. Usiłowałam do tych dzieci dotrzeć i okazało się, że to są sprawy tak bolesne i osobiste, że nie wszyscy chcą o tym mówić. Tak samo jest z historiami rodzinnymi i domami, w których zdarzyło się coś trudnego. Często ludzie mówią, że nie czują się w nich dobrze, że mają jakieś dziwne odczucia i wówczas ta historia się zamyka. Oni mówią, że więcej nie chcą o tym rozmawiać, powiedzieć i wówczas po prostu odpuszczam. Uważam, że nie wszystko trzeba tak wywlekać. Niech coś zostanie niedopowiedziane.
Wierzy Pani w Złoty Pociąg? A przede wszystkim w to, że złoto Wrocławia dalej w nim jest?
JL: Trudne pytanie. Nie ma złotego pociągu, nie było złota Wrocławia, ale wierzę w wielką ideę poszukiwań skarbów i koncept złotego pociągu. To są te wszystkie skarby, opowieści, które związane są z poszukiwaniami. Tu nie chodzi tylko o II wojnę światową czy tereny poniemieckie, ale mamy również polskie skarby, które przepadły jak kamień w wodę. Izabela Czartoryska miała szkatułę, w której trzymała i gromadziła pamiątki po polskich królach. Zdobywała je w różny sposób, miała mnóstwo kochanków, a jednym z nich był król, więc też dawał jej pamiątki po sobie. Ta szkatuła ginie na początku II wojny światowej rozkradziona przez niemieckich żołnierzy. Odszukanie jej też jest częścią konceptu złotego pociągu, czyli szukania rzeczy, które nam zaginęły, po których nie mamy żadnego śladu, a które byśmy chcieli kiedyś odkryć. Złoty pociąg sam w sobie nie istnieje, ale jest mnóstwo zabytków, które powinny znowu znaleźć się w miejscach z których pochodzą, albo w polskich muzeach.
Jak wygląda Pani proces badawczy? Jak długo trwa poszukiwanie informacji do jednej historii?
JL: To proces dwutorowy. Najpierw jadę w takie miejsca i szukam ludzi. Bo ludzie bardzo dużo opowiadają i snują wiele legend, które potem weryfikuję. To jest bardzo ciekawe, jeżeli chodzi o te czasy powojenne. Bardzo często mówimy o strażnikach skarbów, Niemcach, którzy zostali tu po wojnie, żeby ich strzec. Jednak tak naprawdę ci strażnicy to są Polacy, głównie służby komunistyczne, urząd bezpieczeństwa, różne instytucje powojenne, które miały dostęp do magazynów, skarbów i ludzi, którzy gromadzili mieli zabytki. Po prostu im je zabierali często w sposób bardzo nieetyczny. Często były to sprawy kryminalne więc jeżeli szukam takich relacji to bardzo dużo rozmawiam z ludźmi. Pozostają listy i wspomnienia. Bardzo lubię też przeglądać dokumenty, natomiast nie mam cierpliwości do siedzenia w archiwach, dlatego wolę je sobie zamówić i w domu przy kawie rozłożyć wszystkie. Wówczas czuję się jakbym grała w filmie przygodowym, bo te historie po prostu się układają. Ale też nauczyłam się przez lata, że jeżeli czegoś nie wiem to zawsze dzwonię do najlepszego fachowca w swojej dziedzinie.
Jakie jest Pani największe, jeszcze nie spełnione „poszukiwawcze” marzenie?
JL: Bardzo bym chciała pojechać na wyprawę do Mongolii śladami barona Ungerna. Wziąć udział w wyprawie badawczej związanej z tym słynnym baronem, który miał ukryć gdzieś na stepach mongolskich (wielu Polaków szukało tego skarbu) potężny depozyt srebra, złota i szmaragdów, a także niezwykle ciekawe archiwum. Nie wiem, czy mi się to kiedykolwiek uda, ale myślę, że byłoby to niezwykłe i fajne zwieńczenie tego co robię.



A co myśli Pani o Bursztynowej Komnacie?
JL: Myślę, że ona spłonęła, natomiast Rosjanie wiedząc jak ważne ma znaczenie propagandowe w rozgrywce politycznej, nigdy się do tego oficjalnie nie przyznali.
Która z Pani książek jest Pani najbardziej bliska?
JL: Zawsze ostatnia, chociaż mam takie trzy książki, które bardzo lubię. Jedna to trudna, ciężka książka „Lekarze od zabijania” i jest to książka o lekarzach SS, ale też pokazuję w niej niezwykle odważnych, dzielnych, bohaterskich lekarzy, którzy na najgorszych warunkach byli w stanie pomagać innym. To jest bardzo dojrzała i napuchnięta emocjonalnie książka. Lubię też „Ostatniego świadka”, książkę o poszukiwaniach i historię strażników hitlerowskich skarbów. To opowieść o pewnym liście, który dostałam od niemieckiego sapera, który wiódł mnie śladem ukrycia skrzyń z tajemniczym depozytem. Bardzo tę historię lubię, chociażby dlatego, że musiałam przebić się przez setki skarbowych historii i rozliczyć się też trochę z moją przeszłością dotyczącą marzeń, legend o skarbach. Ale gdy skończyłam pisać tę książkę to 97% opowieści z niej wydające się nieprawdopodobnymi to opowieści prawdziwe więc prawda jest czasem o wiele ciekawsza niż poszukiwania złotego pociągu.
Nad czym Pani obecnie pracuje?
JL: Skończyłam właściwie już książkę o najbardziej niezwykłym magazynie z czasów II wojny światowej. O wielkiej skrytce z zabytkami ukrytej pod pałacem w Kamieńcu Ząbkowickim, w której były światowej klasy dzieła, które już po wojnie tajemnicza ręka wywozi i zostają rozproszone po całym świecie, m.in. po domach znanych aktorów i arystokratów i kryje się za tym nieprawdopodobna historia, ale nie chcę na razie więcej zdradzać.
Jak Pani myśli, czym jeszcze zaskoczy nas Dolny Śląsk? Jaką tajemnicą?
JL: Cały czas nas zaskakuje. Dolny Śląsk i w ogóle polskie odkrycia cały czas nas zaskakują, bo co chwilę okazuje się, że ziemia coś oddaje. Mam taką swoją teorię, że skarby wybierają sobie tych, którzy je mają znajdować. Są tacy, którzy całe życie szukają i nic. A potem ktoś idzie do lasu, gubi się gdzieś i nagle trafia na coś ciekawego. Myślę, że jeszcze powinny się pokazać nam ciekawe archiwa i wciąż czekamy na jakikolwiek ślad słynnego archiwum niemieckiej 17 armii, które podobno ma być cenniejsze niż Bursztynowa Komnata, bo jednak wiadomości i informacje są o wiele ważniejsze niż skarby i złoto.
Dziękuję za rozmowę
Foto: FB Joanna Lamparska












