Historyk, nauczyciel i pisarz. Stworzył barwną postać profesora Abakanowicza, którą pokochali nie tylko polscy czytelnicy, ale też jego uczniowie. O literaturze dziecięcej i polskiej szkole Agnieszka Góralczyk rozmawia z Radosławem Gryczką.
Jest Pan nauczycielem i pisarzem – uczniowie czytają Pana książki?
RG: Tak, nawet całkiem wielu z nich. To bardzo miłe, kiedy przychodzą po lekcji i proszą o podpis, oczywiście ci z podstawówki, ponieważ licealiści są już na pana Abakanowicza zdecydowanie zbyt duzi. Na szczęście na razie wszystkim się podobały.
RG: Zadebiutował Pan w literaturze dziecięcej przygodami Pana Abakanowicza. Dlaczego wybrał Pan właśnie ten gatunek?
Przede wszystkim kiedy piszę zawsze zastanawiam się jakiego bohatera chcę zaprezentować, co chcę przez niego powiedzieć, dopiero potem myślę o konwencji i gatunku. Abakanowicz miał pokazać właśnie dzieciom (chociaż nie tylko), że kreatywność i wyobraźnia we współczesnym świecie jeszcze nie umarła.
Jak narodził się Pan Abakanowicz?
RG: Chciałem stworzyć takiego Kleksa, ale na współczesne czasy. W późniejszym czasie, ten pierwotny pomysł mocno ewoluował. Przede wszystkim jest to miks wielu czarowników-nauczycieli, Gandalfa, Kleksa czy Dumbledora, chociaż oczywiście to jedynie inspiracje. Przede wszystkim miała to być postać maksymalnie altruistyczna, dobra i empatyczna. Dobry nauczyciel, którego każdy chciałby poznać.
Niektórzy porównują go do Pana Kleksa – jak Pan na to reaguje?
RG: Mam mieszane uczucia. Oczywiście podobieństwo jest oczywiste, a sam Kleks był jedną z inspiracji doktora Abakanowicza. Pan Kleks jest już kultową postacią polskiej popkultury, dlatego z jednej strony, jak być porównanym to do najlepszych. Jednak podobieństwa są jedynie powierzchowne. Abakanowicz to przede wszystkim czarownik-wędrowiec, osoba maksymalnie pozytywna, która podróżuje by pomagać innym. Jest też dużo bardziej energiczny niż Kleks. Oczywiście są podobieństwa, ale jak wspomniałem, powierzchowne.
Pójdzie Pan dalej w literaturę dziecięcą? Są nowe pomysły?
RG: Więcej niż miałbym czas zrealizować (śmiech). Generalnie mam w głowie wiele pomysłów, chociaż nie wszystkie w pełni ukształtowane. Na pewno chciałbym by światło dzienne ujrzało więcej przygód doktora Abakanowicza. Tutaj pomysłów mam naprawdę wiele. Jest też kilka konceptów na zupełnie inne historie, ale nie tylko w literaturze dziecięcej. Najbliższa zbliżająca się książka mojego autorstwa będzie w zupełnie innych klimatach.
Jaki jest dziś Pana zdaniem polski rynek wydawniczy?
RG: Od razu zaznaczę, że nie jestem w tej kwestii ekspertem. W zasadzie można powiedzieć, że dopiero na niego wszedłem. Uważam, że paradoksalnie brakuje nam tanich książek. W latach 20. XX wieku, w USA wydawane były tzw. pulp books. Były to tanie, drukowane na słabej jakości papierze książki, które krążyły po ludziach. Czasem były nawet zostawiane na ławce w parku. To sprawiało, że kultura czytania była żywa. Myślę, że dobrze by było wrócić do tego modelu.
Z zawodu jest Pan nauczycielem – faktycznie polska oświata przeżywa zapaść?
RG: Myślę, że nie jest to do końca dobre określenie. Z jednej strony prawdą jest to, że polski system edukacji wymaga reform, jednak mam wrażenie, że proponowane rozwiązania nie spełniają tych oczekiwań i raczej powodują odwrotny efekt. Problemem jest więc system, a nie sami nauczyciele. Oczywiście, nie będę czarował, że wszyscy nauczyciele są wspaniali, ale nie ma zawodu, w którym każdy przedstawiciel wykonuje swoją pracę na 200%. Często mówię, że jest hydraulik-partacz i prawdziwy majster. Podobnie jest w zawodzie nauczycielskim. Widzę jednak wielu pedagogów, którzy oddolnie działają. Mają świetne metody, kontakt z młodzieżą i mogą być spokojnie nazywani autorytetami. Pod tym względem słowo „zapaść” byłoby krzywdzące. Jeszcze inną sprawą jest częste niedofinansowanie i kryzys demograficzny w Polsce, który, nie bójmy się tego powiedzieć, może okazać się gwoździem do trumny naszej ojczyzny. Polacy to wspaniały naród i warto o niego walczyć, a każdy wspaniały naród potrzebuje równie wspaniałych pedagogów.
Jakie jest dziś podejście uczniów do szkoły i nauczyciela?
RG: Niestety niezbyt dobre. Generalnie mam wrażenie, że dzisiejsi uczniowie nie dostrzegają wartości w wiedzy i umiejętnościach, jakich mogą się nauczyć w szkole. Ulegają błędnemu wrażeniu, że „wszystko jest w internecie”, lub „to mi się w życiu nie przyda”. Oczywiście, są takie rzeczy i jak wszyscy wiemy, nie każda wiedza szkolna była nam potrzebna. Nie każdy nauczyciel potrafił też ją dobrze przekazać, jednak w dzisiejszych czasach mam wrażenie, że to uczniowie nie chcą tej wiedzy przyjmować. Nie jest to do końca ich wina. Uważam, że zostali skrzywdzeni przez nasze czasy. Tiktokizacja uwagi, przeliczanie wszystkiego na pieniądze, ograniczanie kreatywności, brak empatii i przesadne chronienie przed popełnianiem błędów – to wymieniłbym jako główne przyczyny takiego stanu rzeczy. Na szczęście nie tyczy się to wszystkich. Młodzież potrafi być naprawdę wspaniała. Są uzdolnieni, potrafią pożartować, a do tego mają swoje zainteresowania. Nawet jeżeli obgadają nauczyciela między sobą to, umówmy się, jest prawo ich wieku i chyba my wszyscy w czasach szkolnych robiliśmy dokładnie to samo. Cóż, to ostatecznie właśnie dlatego kocham ten zawód.
Co Pana zdaniem musiałoby się zmienić w polskim szkolnictwie na już?
RG: Nie będę obiektywny pod tym względem, ale zdecydowanie podejście do nauczyciela. Osobiście widziałbym większą autonomię w uczeniu, oddanie narzędzi, które sprawiłyby, że nauczyciel poczułby, że ma realny wpływ na dzieci. Często niestety jest tak, że nauczyciel, szczególnie młody, może poczuć pewną bezsilność. To właśnie na tym problemie bym się skupił. Uważam, że oddanie większej autonomii nauczycielom i szkołom, zdecentralizowanie systemu, mogłoby wyjść na dobre.
Dziękuję za rozmowę












