Strona główna / Wywiady / Marta Owca, czyli poszukiwaczka przygód

Marta Owca, czyli poszukiwaczka przygód

Społeczniczka, organizatorka, podróżniczka, a przede wszystkim osoba, która poszukuje przygód – Marta Owca z Dzierżoniowa w rozmowie z Karoliną Osińską-Marcińczyk udowadnia, że wiele ról można połączyć i robić coś wyjątkowego.

Jesteś inicjatorką i organizatorką Festiwalu Podróżników ŁOwca Przygód w Dzierżoniowie. Mówisz, że to wydarzenie stworzyłaś z potrzeby serca. Jaka to była potrzeba?

Inspiracją do stworzenia Festiwalu Podróżników ŁOwca Przygód były wydarzenia podróżnicze, w których sama uczestniczyłam przez wiele lat. Wracałam z nich nie tylko z głową pełną historii, ale przede wszystkim z poczuciem niezwykłej atmosfery. To były miejsca, gdzie spotykali się ludzie z pasją, rozmawiali godzinami, wymieniali doświadczeniami i inspirowali się nawzajem do działania. Za każdym razem myślałam wtedy, że chciałabym kiedyś stworzyć coś podobnego w Dzierżoniowie.

Ten pomysł nie pojawił się jednak z dnia na dzień. Dojrzewał we mnie przez kilka lat. Wracał po kolejnych festiwalach, wyprawach i spotkaniach z ludźmi. Z czasem coraz mocniej czułam, że nasz region zasługuje na takie wydarzenie – miejsce, które będzie łączyć ludzi ciekawych świata, aktywnych, pełnych pasji i marzeń.

Chciałam również pokazać, że wartościowe i inspirujące wydarzenia nie muszą odbywać się wyłącznie w dużych miastach. Bardzo często słyszymy o festiwalach organizowanych we Wrocławiu, Krakowie czy Warszawie. Ja chciałam udowodnić, że równie ciekawe inicjatywy mogą powstawać tutaj, w Dzierżoniowie, i że mieszkańcy naszego powiatu również są gotowi na ambitne, wartościowe wydarzenia.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny powód. W pewnym momencie życia zrozumiałam, że największą inspiracją są dla mnie zwykli ludzie robiący niezwykłe rzeczy. Nie tylko celebryci i osoby znane z mediów, ale także ludzie tacy jak my – pracujący na etacie, wychowujący dzieci, mierzący się z codziennymi obowiązkami, a jednocześnie znajdujący odwagę, by realizować swoje marzenia, podejmować wyzwania i przekraczać własne granice.

To właśnie dla takich historii stworzyłam „ŁOwcę Przygód”. Chciałam dać im przestrzeń i pokazać, że przygoda nie jest zarezerwowana dla wybranych. Czasem zaczyna się od jednego kroku, jednej decyzji albo jednego marzenia, które wreszcie odważymy się spełnić.

Uważasz siebie za „podróżniczkę”? A może jakoś inaczej się definiujesz?

Chyba bliższe jest mi określenie „poszukiwaczka przygód”. Oczywiście podróże są ważną częścią mojego życia, ale przygoda nie zaczyna się dla mnie wyłącznie na lotnisku czy na górskim szlaku.

Przygodą było samotne przejście beskidzkiej pętli The Loop (222 km), trekking wokół Annapurny w Nepalu z nawyższym punktem na wysokości 5416 m czy przygotowanie się do maratonu, mimo że przez większość życia nie uważałam się za biegaczkę, i dalej nią nie jestem (śmiech – przyp. red.). Równie wielką przygodą okazała się organizacja od podstaw Festiwalu Podróżników ŁOwca Przygód a w ostatnich tygodniach założenie FUNDACJI CZARNA OWCA. To dla mnie kolejny etap w życiu – stworzenie przestrzeni do działania i rozwoju.

Myślę, że jestem przede wszystkim osobą bardzo ciekawą świata. I nie chodzi tylko o miejsca na mapie. Fascynują mnie ludzie, ich historie, marzenia i odwaga do działania.

Ta ciekawość sprawia, że ciągle szukam nowych doświadczeń i wyzwań. Uczę się też kierować w życiu jedną z moich ulubionych maksym: „Lepiej z błędem zacząć niż perfekcyjnie zwlekać”. Dzięki temu zamiast czekać na idealny moment, po prostu robię pierwszy krok. I to właśnie za tym pierwszym krokiem najczęściej zaczyna się prawdziwa przygoda.

Organizowałaś takie projekty jak „5416 m do Nieba dla Marysi” czy maraton „42 195 m biegiem po marzenia”. Opowiedz o nich.

Wszystkie te projekty łączy Marysia – dziewczynka z naszego regionu chorująca na zespół Retta. Pomagając jej, realizuję jednocześnie własne marzenia i podejmuję kolejne wyzwania, które pozwalają mi przekraczać własne granice.

Moja przygoda z akcjami charytatywnymi zaczęła się podczas przejścia szlaku The Loop w Beskidach. To wymagająca, 222-kilometrowa trasa, którą pokonałam samotnie. Pomyślałam wtedy, że skoro i tak podejmuję ogromny wysiłek, mogę nadać mu dodatkowy sens. Tak narodziła się moja pierwsza akcja charytatywna – „The Loop – 222 km dla Marysi”. Były to moje początki, więc sama zbiórka nie była jeszcze szeroko nagłośniona. Dopiero uczyłam się, jak łączyć pasję do gór z pomaganiem innym.

Kolejnym krokiem był projekt „5416 m do Nieba dla Marysi”. Tym razem wyjechałam w Himalaje, by przejść liczącą około 150 kilometrów trasę wokół Annapurny, której najwyższy punkt znajduje się na wysokości 5416 m n.p.m. To był mój pierwszy projekt połączony ze zbiórką internetową. Każdy dzień trekkingu i każdy zdobyty metr wysokości miały dla mnie podwójne znaczenie – były realizacją marzenia o Himalajach, ale również formą wsparcia dla Marysi. Właśnie wtedy przekonałam się, jak wielu ludzi chce angażować się w dobre inicjatywy. Efekt zbiórki przerósł moje oczekiwania i utwierdził mnie w przekonaniu, że warto działać dalej.

W ubiegłym roku zrealizowałam projekt „42 195 m biegiem po marzenia dla Marysi”. To chyba najbardziej przewrotna historia ze wszystkich, ponieważ ja naprawdę nie lubiłam biegać. I szczerze mówiąc – nadal góry kocham znacznie bardziej. Górskie wyzwania sprawiają mi ogromną przyjemność, natomiast bieganie od początku było dla mnie wychodzeniem poza strefę komfortu.

Właśnie dlatego maraton stał się dla mnie symbolem przekraczania własnych ograniczeń. Chciałam udowodnić przede wszystkim sobie, że nie musimy być stworzeni do czegoś od urodzenia, żeby to osiągnąć. Czasem wystarczy konsekwencja, cierpliwość i odwaga, by zrobić pierwszy krok. Jeśli osoba, która przez większość życia powtarzała, że nie lubi biegać, jest w stanie ukończyć maraton, to znaczy, że naprawdę jesteśmy zdolni do znacznie większych rzeczy, niż nam się wydaje.

Działasz też w Szlachetnej Paczce. Organizujesz pomoc materialną dla uboższych mieszkańców regionu. Pamiętasz rodzinę, która wzruszyła Cię najbardziej?

W Szlachetnej Paczce działam od 2018 roku, a od trzech lat pełnię rolę liderki Rejonu Dzierżoniów. Przez ten czas poznałam wiele rodzin i trudno byłoby mi wskazać jedną konkretną historię, która poruszyła mnie najbardziej. Każda z nich była inna, ale wiele z nich zostawiło we mnie ślad na długo.

Najbardziej wzruszały mnie sytuacje, w których ludzie pomimo ogromnych trudności nie tracili godności. Spotykałam osoby chore, samotne, zmagające się z biedą, niepełnosprawnością czy skutkami różnych życiowych tragedii. Często były to osoby, które przez lata radziły sobie same i bardzo trudno było im poprosić o pomoc. A mimo to nie oczekiwały cudów. Słyszałam raczej: „Chciałbym móc normalnie funkcjonować”, „Marzę o spokojnych świętach”, „Dobrze, że ktoś o nas pamięta”.

Pamiętam też ogromną wdzięczność, która często pojawiała się po drugiej stronie. Niejednokrotnie rodziny mówiły, że najważniejsze nie były paczki, sprzęt czy wyposażenie mieszkania. Największą wartość miało dla nich to, że ktoś poświęcił im czas, wysłuchał ich historii i potraktował ich z szacunkiem.

To właśnie Szlachetna Paczka nauczyła mnie, że pomoc nie polega wyłącznie na dawaniu rzeczy. Prawdziwa pomoc zaczyna się od spotkania z drugim człowiekiem. Od rozmowy, wysłuchania i pokazania mu, że jest ważny, że jego historia ma znaczenie i że nie jest sam ze swoimi problemami.

Myślę, że to jest jedna z najcenniejszych lekcji, jakie wyniosłam z tych ośmiu lat działalności. Bardzo często pomagając innym, sami dostajemy coś równie wartościowego – inną perspektywę, więcej wdzięczności za to, co mamy, i przypomnienie, jak ogromną siłę ma zwykła ludzka życzliwość.

W mediach najczęściej widzimy wielki, głośny finał Szlachetnej Paczki. Jak wygląda ta niewidoczna, codzienna rzeczywistość liderki rejonu przez resztę roku?

Finał Szlachetnej Paczki to zaledwie kilka dni, które widzą wszyscy. Tymczasem prawdziwa praca trwa przez wiele miesięcy. Rekrutacja do projektu rusza już w wakacje. To czas rozmów z kandydatami na wolontariuszy, budowania zespołu, organizacji szkoleń i przygotowań do kolejnej edycji.

Później przychodzi moment odwiedzania rodzin. To właśnie wtedy poznajemy ich historie, potrzeby i problemy. W tym czasie rola lidera nie ogranicza się do organizacji działań. To także wspieranie wolontariuszy, motywowanie ich, pomaganie w podejmowaniu trudnych decyzji, a czasem zwyczajnie „gaszenie pożarów”, gdy pojawiają się nieprzewidziane sytuacje.

Jako liderka odpowiadam nie tylko za rodziny objęte pomocą, ale również za kilkunastoosobowy zespół wolontariuszy. Każdy z nich wnosi do projektu własne doświadczenia, emocje i wrażliwość. Moją rolą jest stworzenie przestrzeni, w której mogą skutecznie pomagać, ale też sami czuć wsparcie.

To dla mnie ogromna szkoła zarządzania ludźmi, organizacji i odpowiedzialności. Przede wszystkim jednak jest to szkoła empatii, uważności i budowania relacji. Bo choć Paczka kojarzy się z pomocą materialną, tak naprawdę opiera się przede wszystkim na ludziach i wzajemnym zaufaniu.

Wróćmy na chwilę do festiwalu, którego druga edycja zaplanowana jest na październik. Wspomniałaś, że pierwsza edycja festiwalu „ŁOwca Przygód” pokazała, że Dzierżoniów stał się miejscem rozmów o przekraczaniu granic. A jakie osobiste lub mentalne granice udało się przekroczyć Tobie dzięki organizacji tego wydarzenia?

Myślę, że największą granicą, którą udało mi się przekroczyć, było przejście od pomysłu do działania. Przez kilka lat nosiłam w głowie wizję festiwalu podróżniczego w Dzierżoniowie. Wiedziałam, jak chciałabym, żeby wyglądał, jaką miał atmosferę i jakie wartości miał przekazywać. Przez długi czas był to jednak tylko pomysł.

Kiedy w końcu zdecydowałam się go zrealizować, okazało się, że w stosunkowo krótkim czasie trzeba stworzyć wydarzenie praktycznie od podstaw. Program, partnerzy, prelegenci, promocja, logistyka i dziesiątki innych elementów, o których uczestnicy często nawet nie myślą. Dla mnie największym zaskoczeniem było to, że wizję, która przez lata istniała tylko w mojej głowie, udało się przekuć w realne wydarzenie zorganizowane na wysokim poziomie, które spotkało się z bardzo dobrym odbiorem uczestników, prelegentów i partnerów.

To była ogromna lekcja odwagi, ale też zaufania do siebie. Zrozumiałam, że nie trzeba być ekspertem od wszystkiego, żeby zacząć działać. Często wystarczy mieć wizję, determinację i ludzi, którzy chcą ją współtworzyć.

Pierwsza edycja festiwalu pokazała mi również, jak wiele można osiągnąć dzięki współpracy. Choć jestem pomysłodawczynią wydarzenia, od początku wiedziałam, że takiego projektu nie da się stworzyć samodzielnie. To sukces wielu osób, które uwierzyły w ten pomysł i dołożyły do niego swoją cegiełkę.

Dziś wiem, że bardzo często największe ograniczenia istnieją tylko w naszej głowie. Gdy kilka lat temu po raz pierwszy pomyślałam o własnym festiwalu, wydawał mi się czymś bardzo odległym. Teraz przygotowujemy już drugą edycję i wiem, że warto odważyć się marzyć trochę odważniej, niż podpowiada rozsądek.

Skąd czerpiesz tę wewnętrzną siłę i odporność psychiczną w momentach, gdy masz przed sobą tylko czystą kartkę, wielki pomysł i brak funduszy czy struktur?

Myślę, że przede wszystkim napędza mnie działanie. Kiedy pojawia się pomysł, bardzo szybko zaczynam układać go sobie w głowie. Analizuję, obserwuję, zbieram inspiracje i doświadczenia. Często uczestnicząc w różnych wydarzeniach, podróżując czy spotykając ludzi, zastanawiam się, co działa dobrze, co można zrobić inaczej i jak wykorzystać to później we własnych projektach.

Mam też chyba naturalną zdolność do łączenia wielu wątków jednocześnie. Widzę cel, do którego chcę dojść, a później konsekwentnie krok po kroku buduję drogę prowadzącą do jego realizacji. Nie wszystko musi być gotowe od razu. Ważne, żeby zacząć.

Bardzo wierzę w ludzi i w dobrą energię. Przez lata przekonałam się, że wokół nas jest mnóstwo osób gotowych pomóc, wesprzeć czy zaangażować się w wartościowe inicjatywy. Trzeba tylko mieć odwagę, żeby zapytać, poprosić o pomoc i pokazać, dlaczego warto. Wielokrotnie doświadczałam tego przy Szlachetnej Paczce, akcjach dla Marysi czy ostatnio podczas organizacji festiwalu.

Nie jestem też osobą, która łatwo wpada w panikę, kiedy pojawiają się przeszkody. Oczywiście zdarzają się trudne momenty, ale zawsze zakładam, że skoro jedno rozwiązanie nie działa, to trzeba poszukać kolejnego. Jak nie drzwiami, to oknem (śmiech – przyp red.).

A czego najbardziej się obawiam? Chyba tylko tego, że nie spróbuję. Bo co właściwie może się stać? Najwyżej usłyszę „nie”. Ale jeśli nie zapytam, nie podejmę próby i nie wykonam pierwszego kroku, odpowiedź też będzie „nie”, tylko że z góry narzucona przez samą siebie.

Dlatego wolę działać. Być może nie wszystko się uda, ale każde doświadczenie czegoś uczy i przybliża do celu.

Próbowałaś swoich sił w polityce. Dlaczego? I czy będziesz próbować nadal?

Bo zależy mi na miejscu, w którym żyję.

Nigdy nie interesowała mnie polityka sama w sobie. Interesują mnie ludzie i sprawy, które mają wpływ na jakość życia mieszkańców. Od wielu lat angażuję się społecznie, realizuję różne inicjatywy i współpracuję z lokalnymi organizacjami. Dzięki temu widzę zarówno potrzeby naszej społeczności, jak i ogromny potencjał, który w niej drzemie.

Decyzja o starcie w wyborach samorządowych była dla mnie próbą wyjścia poza dotychczasowe działania społeczne i sprawdzenia, czy w ten sposób również mogłabym mieć wpływ na rozwój miasta. To była ciekawa i wartościowa przygoda, która pozwoliła mi spotkać wielu ludzi, wysłuchać ich potrzeb i jeszcze lepiej poznać lokalną społeczność.

Choć nie zdobyłam mandatu radnej, nie traktuję tego jako porażki. Wręcz przeciwnie. Było to doświadczenie, które wiele mnie nauczyło i utwierdziło w przekonaniu, że warto angażować się w sprawy, które są dla nas ważne.

Czy wrócę do polityki? Dzisiaj nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, nie zamykam sobie żadnych drzwi . Na ten moment największą satysfakcję dają mi działania społeczne, wolontariat, organizacja wydarzeń i projekty, które mogę realizować wspólnie z innymi ludźmi. To właśnie tam obecnie widzę największą przestrzeń do działania i realnego wpływu na otaczającą mnie rzeczywistość.

Współpracujesz z Dzierżoniowskim Ośrodkiem Wolontariatu. Co z Twojej perspektywy jest dziś największym wyzwaniem przy jednoczeniu ludzi na poziomie lokalnym i zachęcaniu ich do bezinteresownego działania?

Myślę, że największym wyzwaniem jest dziś znalezienie czasu i przestrzeni na zaangażowanie. Żyjemy bardzo szybko, mamy wiele obowiązków, a do tego jesteśmy bombardowani ogromną ilością informacji i bodźców. W takich warunkach coraz trudniej zatrzymać się i pomyśleć o działaniach na rzecz innych.

Jednocześnie zauważam, że ludzie coraz mniej wierzą w hasła i deklaracje, a coraz bardziej w konkretne działania i autentyczność. Chcą widzieć sens tego, co robią, i mieć poczucie, że ich zaangażowanie naprawdę coś zmienia.

Mimo tych wyzwań widzę ogromny potencjał w lokalnej społeczności. Wciąż spotykam osoby gotowe pomagać, angażować się i działać dla innych. Często potrzebują jedynie impulsu, zaproszenia do działania albo pokazania, że nawet niewielki wkład ma znaczenie.

Myślę, że rolą organizacji społecznych i wolontariackich jest właśnie tworzenie takiej przestrzeni. Miejsca, w którym ludzie mogą spotkać się, poznać, poczuć się potrzebni i zobaczyć, że wspólnie można osiągnąć znacznie więcej niż w pojedynkę.

A poza tymi działaniami społecznymi… Kim prywatnie jest Marta Owca? 

To trudne pytanie, bo szczerze mówiąc nie do końca wiem, gdzie kończy się u mnie działalność społeczna, a zaczyna życie prywatne. Wszystko trochę się przenika.

Na co dzień pracuję jako inżynier jakości, a po pracy prowadzę zajęcia fitness. Jestem też mamą dwójki dzieci i to właśnie one pomagają mi czasem złapać właściwą perspektywę, kiedy w głowie pojawia się kolejny pomysł, projekt albo wyzwanie. Rodzina i bliscy są dla mnie bardzo ważni, nawet jeśli przy moim tempie życia nie zawsze jest spokojnie i przewidywalnie.

Jestem raczej osobą, która nie potrafi długo siedzieć w miejscu. Mam głowę pełną pomysłów i czasami sama nie nadążam za wszystkimi. Na szczęście nie każdy z nich realizuję, bo wtedy doba zdecydowanie musiałaby być dłuższa, chociaż już teraz wiele osób twierdzi, że moja ma zdecydowanie więcej niż 24 godziny.

Uwielbiam góry, podróże i poznawanie nowych miejsc. Lubię rozmawiać, słuchać, obserwować i poznawać świat z różnych perspektyw. Dużo czytam i słucham audiobooków. Najczęściej wybieram reportaże, książki podróżnicze i rozwojowe, ale kiedy chcę odpocząć, bardzo chętnie sięgam po kryminały. To chyba mój sposób na podróżowanie bez wychodzenia z domu.

Lubię doświadczać nowych rzeczy. Nie dlatego, że szukam adrenaliny, ale dlatego, że zwyczajnie jestem ciekawa świata. Czasem prowadzi mnie to na górski szlak, czasem na drugi koniec świata, a czasem do pomysłu na festiwal, fundację albo kolejne przedsięwzięcie, które wydaje się odrobinę szalone.

A prywatnie? Myślę, że jestem po prostu pogodną, energiczną osobą, która lubi ludzi, wierzy w dobro i zdecydowanie częściej zastanawia się „dlaczego nie?”, niż „czy na pewno warto?”.

Dziękuję za rozmowę.

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *