Strona główna / Wywiady / Szczerością i autentycznością podbiła serca widzów

Szczerością i autentycznością podbiła serca widzów

W sieci znają ją setki tysięcy Polaków, a jej krótkie, trafiające w punkt filmiki komediowe regularnie podbijają TikToka i Instagrama. Pierwszy raz stanęła na scenie już jako sześciolatka. W przedszkolu zagrała… kurę. Dziś wspomina to z przymrużeniem oka, ale właśnie wtedy poczuła, że scena jest miejscem, w którym czuje się najlepiej. Komedia była zaś tym, co najmocniej popchnęło ją w stronę aktorstwa. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Marta Zgutczyńska opowiada o chęci i potrzebie rozśmieszania ludzi, serialu 1670, hejcie i filmikach, które internauci wręcz uwielbiają.

Co sprawiło, że wybrała Pani aktorstwo na swoją życiową drogę zawodową?

MZ: Pierwszy raz stanęłam na scenie już jako sześciolatka – w przedszkolu zagrałam… kurę. Wspominam to z przymrużeniem oka, ale właśnie wtedy poczułam, że scena jest miejscem, w którym czuję się najlepiej. Od zawsze miałam w sobie potrzebę rozśmieszania ludzi i wywoływania emocji. W mojej rodzinie często słyszałam: „Ty to jesteś aktoreczka!”. Nie wynikało to jednak z zamiłowania do bycia w centrum uwagi, ale raczej z tego, że uwielbiałam bawić innych, obserwować reakcje ludzi i sprawiać, że choć na chwilę zapominają o codziennych problemach. To właśnie komedia była tym, co najmocniej popchnęło mnie w stronę aktorstwa. Z czasem odkryłam oczywiście także inne oblicza aktorstwa, ale to właśnie chęć rozśmieszania ludzi była początkiem tej drogi.

Każdy może zostać aktorem? Tego można się nauczyć w szkole aktorskiej czy trzeba mieć w sobie do tego dryg?

MZ: Aktorstwo jest przede wszystkim rzemiosłem, którego można się nauczyć. Oczywiście są pewne cechy i predyspozycje, które mogą ten proces ułatwiać – na przykład otwartość na ludzi, empatia, wrażliwość, umiejętność obserwacji, ciekawość świata czy gotowość do pracy nad sobą. Jednak nawet największy talent wymaga rozwijania. W szkole aktorskiej i podczas późniejszej pracy aktor uczy się wielu konkretnych umiejętności: pracy z głosem, dykcji, interpretacji tekstu, pracy z ciałem, świadomości ruchu scenicznego, pracy z emocjami, koncentracji czy analizy postaci. To wszystko są elementy, które można ćwiczyć i doskonalić. Dlatego wychodzę z założenia, że jeśli ktoś jest gotowy na systematyczną pracę, rozwijanie swoich umiejętności i otwieranie się na nowe doświadczenia, to może nauczyć się tego zawodu. Aktorstwo nie jest wyłącznie kwestią wrodzonego talentu – to przede wszystkim efekt zaangażowania, praktyki i ciągłego rozwoju.

Polskie kino i teatr miały i mają wybitnych aktorów. Kto jest, był i zawsze będzie dla Pani mistrzem polskiej sceny filmowej i teatralnej?

MZ: Mam kilku takich mistrzów. Chyba największym jest dla mnie Janusz Gajos, którego od lat podziwiam za prawdę, jaką wnosi do każdej roli. Bardzo cenię również Mariusza Bonaszewskiego za niezwykłą wrażliwość i warsztat aktorski. Jeśli chodzi o aktorki, ogromne wrażenie od wielu lat robi na mnie Jowita Budnik. To, co stworzyła w filmie Plac Zbawiciela, pozostaje dla mnie jedną z najwybitniejszych kobiecych kreacji filmowych ostatnich dekad. Jest niezwykle autentyczna, poruszająca i zawsze oglądam ją z ogromnym zainteresowaniem. To są artyści, których bardzo cenię i których pracę chętnie obserwuję. Na spektakle z udziałem Jowity Budnik chodzę regularnie i za każdym razem odkrywam w jej grze coś nowego. Polska scena filmowa i teatralna miała i nadal ma wielu wybitnych artystów. To ogromne szczęście móc czerpać inspirację z ich dorobku, ale jednocześnie szukać własnej artystycznej tożsamości i rozwijać się zgodnie z własną wrażliwością.

Którą produkcję telewizyjną najmilej Pani wspomina i dlaczego?

MZ: Oczywiście są produkcje, do których mam większy lub mniejszy sentyment, ale bardzo trudno byłoby mi wskazać jedną konkretną. Najmilej wspominam przede wszystkim te projekty, przy których spotykałam życzliwych, wspierających ludzi i pracowałam w atmosferze wzajemnego zaufania. Szczególnie cenię sobie sytuacje, kiedy reżyser daje aktorowi przestrzeń do wniesienia czegoś od siebie, do współtworzenia postaci, a nie tylko odtwarzania zapisanych wcześniej założeń. Właśnie wtedy czuję, że mogę rozwijać się najpełniej i dać projektowi coś autentycznego.

Serial 1670 okazał się hitem. Co Pani zdaniem tak bardzo przekonało do niego widzów?

MZ: Od początku czułam, że uczestniczę w czymś wyjątkowym. Każda postać napisana przez scenarzystów była wyrazista, autentyczna i miała w sobie coś, co przyciągało uwagę widza. Ten serial wyróżniał się na tle innych produkcji — był odważny, nieoczywisty i zrywał z utartymi schematami. Pamiętam, że kiedy jeszcze przed premierą mogliśmy obejrzeć trzy zmontowane odcinki, od razu wiedzieliśmy, że wywołają emocje. Miałam poczucie, że widzowie albo ten serial pokochają, albo podejdą do niego bardzo sceptycznie, ale na pewno nie przejdą obok niego obojętnie. I właśnie to, moim zdaniem, było jego największą siłą. Serial stworzyli fantastyczni ludzie, pełni pasji i zaangażowania, co było odczuwalne na każdym etapie pracy. Myślę, że sukces 1670 wynikał z połączenia świetnie napisanych bohaterów, świeżego spojrzenia na opowiadaną historię i odwagi twórców, by zrobić coś innego niż wszyscy. To serial, który miał własny charakter i dlatego tak mocno trafił do widzów.

Jako @zguta zgromadziła Pani gigantyczną społeczność liczącą ponad 600 tysięcy obserwujących, a Pani filmy zdobyły kilkanaście milionów polubień. Komediowe i lifestylowe filmiki, m.in. z serii o „Pani z Biedronki”, oglądają miliony widzów. Skąd czerpie Pani inspiracje do tak trafnego, codziennego humoru?

MZ: Od 2022 r. tworzyłam serię Pani z dyskontu. To był jednak bardzo ciekawy etap, bo przez kilka lat tworzyłam te materiały właściwie z pasji, bez korzyści finansowych. Paradoksalnie właśnie ta konsekwencja i autentyczność sprawiły, że zwróciła na mnie uwagę firma Lidl, która zaproponowała mi współpracę ambasadorską. Był to wręcz marketingowy „transfer”, bo wcześniej byłam kojarzona z zupełnie innym dyskontem. Dziś mogę powiedzieć, że była to jedna z najważniejszych zawodowych decyzji w mojej karierze. Ta współpraca daje mi przede wszystkim możliwość dalszego rozwoju i poczucie stabilizacji, które w zawodzie twórcy czy aktora są niezwykle cenne. Stała, długofalowa współpraca to w naszej branży prawdziwa rzadkość. Jestem wdzięczna, że mogę realizować kreatywne projekty z marką, którą tworzą profesjonalni i otwarci ludzie. Choć dziś nie tworzę już prywatnie materiałów w formule, z której byłam kiedyś znana, zyskałam coś równie ważnego — komfort pracy, bezpieczeństwo finansowe i przestrzeń do rozwijania kolejnych pomysłów.

Czego o psychologii ludzi i o samej sobie nauczyła Panią bezpośrednia, codzienna interakcja z setkami tysięcy obserwatorów w sekcji komentarzy?

MZ: Ogólnie bardzo interesuje mnie ludzki umysł. W zawodzie aktora poznawanie ludzi, tego, jacy są i jakie kierują nimi motywacje, jest niezwykle ważne. To zresztą coś, co fascynuje mnie nie tylko zawodowo. Po prostu bardzo lubię ludzi i lubię obserwować ich zachowania — nie tylko dlatego, że pomaga mi to w pracy, ale również dlatego, że staram się ich lepiej zrozumieć. Oczywiście obecność w internecie i kontakt z dużą społecznością dają możliwość obserwowania bardzo różnych postaw, emocji i sposobów myślenia. Mam szczęście do naprawdę dobrej, zaufanej społeczności i bardzo cenię relację, którą udało nam się przez lata zbudować z widzami. To dla mnie ważne doświadczenie i źródło wielu ciekawych obserwacji.

Jednocześnie ze względu na swoje zdrowie psychiczne staram się nie czytać zbyt wielu komentarzy. Uważam, że w moim przypadku jest to po prostu zdrowa granica, która pozwala zachować równowagę i skupić się na pracy oraz życiu poza internetem.

W sieci zaraża Pani energią i uśmiechem, ale każdy ma gorsze dni. Czy nakładanie maski „tej zabawnej Zguty”, gdy prywatnie trafia się trudniejszy moment, bywa trudne?

MZ: To pytanie jest właściwie strzałem w dziesiątkę. Mam poczucie, że osoby, które na co dzień wszystko obracają w żart i zarażają innych humorem, bardzo często są też niezwykle wrażliwe. Widzę to zarówno u siebie, jak i u ludzi, których mam wokół. Czasem im więcej ktoś żartuje, tym bardziej mam wrażenie, że pod powierzchnią kryje się coś głębszego. Ja sama jestem osobą bardzo wrażliwą i od zawsze humor był dla mnie sposobem radzenia sobie z trudnymi emocjami. Potrafił rozładować napięcie, dodać lekkości i pomóc przetrwać gorsze momenty. Z biegiem czasu nauczyłam się jednak uważniej obserwować siebie i dostrzegać momenty, w których humor przestaje być czymś naturalnym, a staje się pewnego rodzaju zasłoną dymną. Nie nazwałabym tego zakładaniem maski. Bardziej próbą ucieczki od własnych emocji i od tego, co naprawdę dzieje się w środku. Dziś staram się już tego nie robić. Lepiej znam siebie, bardziej sobie ufam i potrafię rozpoznać, kiedy żart jest formą unikania trudnych tematów, a kiedy po prostu sposobem na dzielenie się radością — z innymi i z samą sobą. Bo prawda jest też taka, że bardzo lubię się śmiać i rozśmieszać innych. Najważniejsze jest jednak dla mnie to, by ten śmiech wynikał z autentyczności, a nie z potrzeby ukrywania tego, co naprawdę czuję.

Wystartowała Pani  z autorskim podcastem „Zguta wjeżdża” na YouTube, gdzie rozmawia Pani m.in. ze znanymi postaciami komediowymi. Skąd pomysł na taką produkcję?

MZ: Powiem krótko: mam fajny samochód i po prostu lubię rozmawiać z ludźmi. A tak naprawdę pomysł wziął się stąd, że wokół mnie są wspaniałe osoby publiczne, które są też moimi dobrymi znajomymi. Rozmawiam głównie z ludźmi, których znam ze świata internetu czy aktorstwa. Nie zapraszam obcych osób — to są po prostu bliscy mi ludzie, z którymi chcę pogadać, a przy okazji jest włączona kamera. Nie mam żadnych ambicji zasięgowych. Nagrywam wtedy, kiedy mam na to ochotę i kiedy osoba, z którą chcę porozmawiać, akurat ma czas. To są rozmowy absolutnie na luzie, bez presji wyników czy statystyk. Po prostu lubię rozmawiać z ludźmi, a przy okazji robimy to podczas przejażdżki po Warszawie albo po mieście, w którym mieszka mój gość. Wszystko odbywa się bardzo naturalnie, bez spiny i bez wielkich założeń.

Angażuje się Pani w akcje edukacyjne, takie jak DOBRY hasztag w ramach kampanii HejTY Reaguj!, gdzie uczycie młodzież walki z mową nienawiści. Jakie są Pani osobiste doświadczenia z hejtem i co Pani zdaniem jest najskuteczniejszą bronią w walce z nim?

MZ: Jak najmniej dać pożytku hejterowi, czyli nie podsycać go i nie odpowiadać na jego komentarze. To jest moja podstawowa zasada. Mój profil automatycznie ukrywa komentarze, które są wulgarne. Czasami, jeśli ktoś jest mniej złośliwy, potrafię odpowiedzieć z humorem, ale absolutnie najważniejsze jest dla mnie własne zdrowie psychiczne i nie pozwalam, żeby hejt mnie karmił. Młodzi ludzie są na pewno bardziej podatni na takie sytuacje. Ja też wieloma rzeczami się przejmowałam, ale dorastałam w czasach, kiedy internet wyglądał zupełnie inaczej. Nie spędzało się w nim tyle czasu, nie było mediów społecznościowych, więc człowiek nie był nieustannie wystawiony na ocenę innych. Dzisiaj dzieci i młodzież mają znacznie trudniej. Zawsze powtarzam, że wszystko, co ktoś kieruje do ciebie więcej mówi o tej osobie niż o tobie. Dlatego tak ważna jest edukacja i rozmowa na temat mowy nienawiści. Uważam, że akcje takie jak  „HejTY Reaguj” są fantastyczne, bo uczą młodych ludzi, jak reagować na hejt i jak sobie z nim radzić. Im więcej będziemy o tym mówić, tym większa szansa, że internet stanie się bezpieczniejszym miejscem.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *