Strona główna / Wywiady / Michał „Szczupson” Leśniak: Światowe ringi i walka o marzenia

Michał „Szczupson” Leśniak: Światowe ringi i walka o marzenia

Z ringu bokserskiego wprost do walk na gołe pięści. Michał „Szczupson” Leśniak, wieloletni filar grupy Tymex Boxing Promotion i były pretendent do pasa mistrza Europy, postawił wszystko na jedną kartę. Tego niezwykłego wojownika świat bare-knuckle ekscytuje bardziej niż klasyczne pięściarstwo. Po ponad dekadzie w ringu klasycznym przyszedł czas na spełnianie największego marzenia i radykalny krok w karierze. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Michał „Szczupson” Leśniak opowiada m.in. o swojej drodze na szczyt, miłości do boksu i rodzinnej tradycji, którą kontynuuje.

Jak i kiedy narodziła się miłość do boksu?

ML: Miłość do boksu narodziła się u mnie w domu. Mój tata Andrzej kiedyś boksował w Victorii Wałbrzych, a wcześniej również mój dziadek boksował w Kolejarzu Opole. Rękawice bokserskie były więc obecne w moim życiu od najmłodszych lat. Pamiętam też, że jako kilkuletni chłopak byłem zafascynowany filmami z serii „Rocky” – mogłem oglądać je bez końca. Od dziecka ciągnęło mnie do rywalizacji i sportów walki. Nie ukrywam też, że w szkole często wdawałem się w bójki i wychodziłem na „solówki”, więc tę potrzebę walki miałem we krwi. Boks od początku był dla mnie czymś naturalnym. Pierwszą oficjalną walkę stoczyłem już jako 11-latek. W tamtych czasach zawodnicy w moim wieku nie mogli jeszcze oficjalnie startować, dlatego pamiętam, że miałem nawet zmienioną datę urodzenia w książeczce zawodniczej, żeby móc wychodzić do walk. Zawsze ciągnęło mnie do rywalizacji ze starszymi i bardziej doświadczonymi zawodnikami. Patrząc z perspektywy czasu, można powiedzieć, że boks był mi pisany od samego początku.

Od boksu zawodowego do walk na gołe pięści – co stało za tą decyzją?

ML: Zawsze lubiłem wyzwania. W boksie zawodowym doszedłem do momentu, w którym zawalczyłem o mistrzostwo Europy EBU na dystansie dwunastu rund. Po takiej walce wydawało mi się, że moja kariera powinna mocno ruszyć do przodu. Byłem wysoko w rankingach, zrobiłem swoje, a mimo to niewiele się działo. Trzeba też pamiętać, że od samego początku byłem związany z projektem GROMDA i można powiedzieć, że byłem twarzą tej organizacji. Walki na gołe pięści od dawna siedziały mi w głowie i zawsze chciałem spróbować swoich sił w takiej formule. Był jednak jeden problem – moja żona nie była zwolenniczką tego pomysłu i nie zgadzała się na moje starty w walkach na gołe pięści. Do tego dochodziły kwestie organizacyjne i finansowe, przez które nigdy nie udało się dojść do porozumienia. Później stoczyłem ostatnią walkę zawodową, w marcu 2025 r. z niepokonanym Uzbekiem  Mashkhurbekiem Kambarovem. Wygrałem po dziesięciu rundach i liczyłem na kolejne wyzwania. Tymczasem zapadła cisza. Nie było konkretnych propozycji walk, a w moim życiu prywatnym również wiele się zmieniło. Przeszedłem rozwód i doszedłem do wniosku, że skoro zaczynam nowy rozdział, to zmieniam wszystko. Wtedy podjąłem decyzję, żeby pójść drogą, o której myślałem od lat. Dziś jestem zawodnikiem BKFC, największej organizacji walk na gołe pięści na świecie. Jednym z jej właścicieli jest Conor McGregor, a za całą organizacją stoi David Feldman. Dla mnie to nie tylko nowy etap kariery, ale także realizacja marzenia, które przez wiele lat odkładałem na później. Teraz chcę w pełni wykorzystać tę szansę i sprawdzić, jak daleko mogę zajść w formule, która od dawna mnie fascynowała.

Pana niedawny, głośny debiut i efektowny nokaut w walkach na gołe pięści na gali BKFC 90 w Birmingham był widowiskowy. Jakie to uczucie wygrać w tak brutalnej formule na wyjeździe w Anglii?

ML: Szczerze mówiąc, nie czułem się tam jak zawodnik walczący na wyjeździe. W Birmingham razem z raperem Pawkiem prowadzę Projekt Sportowe Birmingham. Jest to projekt skierowany do Polaków mieszkających na Wyspach, który ma zrzeszać ich wokół sportów walki i zachęcać do trenowania. Dlatego bardziej czułem się tam jak miejscowy zawodnik niż ktoś przyjezdny. Do walki wychodziłem reprezentując dwa kluby – Global Boxing w Dzierżoniowie oraz Fitness Factory w Birmingham. W moim narożniku byli trener Piotr Wilczewski oraz Simon Haycock. Simon ma osiemnastu zawodników walczących na gołe pięści. Sama gala zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Walczyliśmy w Utility Arena w Birmingham. Z tego, co pamiętam, na hali było około 20 tysięcy kibiców. Atmosfera była niesamowita. Po tej walce wreszcie odżyłem. Poczułem to coś, czego od dawna brakowało mi w boksie zawodowym – ogień. Wygrałem efektownie przez nokaut, ale najważniejsze było dla mnie to, że znowu poczułem ogromną radość z walki i emocje, dla których przez całe życie uprawiam sporty walki.

Po tej walce głośno Pan zadeklarował, że kończy z tradycyjnym boksem i chce bić się już tylko na gołe pięści. Skąd tak radykalna i pewna decyzja?

ML: Po debiucie w BKFC rzeczywiście powiedziałem, że chcę skupić się wyłącznie na walkach na gołe pięści. Wynika to przede wszystkim z faktu, że podpisałem kontrakt z Davidem Feldmanem i przez najbliższy rok zamierzam w pełni poświęcić się tej formule. Poza tym po prostu bardzo spodobały mi się walki na gołe pięści. To jest surowa, bezpośrednia forma rywalizacji, która daje mi ogromne emocje. Mam wrażenie, że przez całe życie przygotowywałem się właśnie do czegoś takiego. Rękawice zakładamy na treningach, ale prawdziwy charakter zawodnika widać wtedy, gdy zostaje sam ze swoimi umiejętnościami i odpornością psychiczną. Nie bez znaczenia jest też fakt, że od lat byłem związany ze środowiskiem walk na gołe pięści. Trenowałem wielu zawodników GROMDY, między innymi Rafała „Łazara” Łazarka, pomagałem innym zawodnikom przygotowywać się do takich pojedynków i zawsze byłem blisko tej formuły. Można powiedzieć, że wcześniej czy później i tak musiałem tam trafić. Mam też świadomość, że w tym roku kończę 35 lat. To nie jest wiek, w którym zawodnik zaczyna karierę od nowa. Dlatego chcę wykorzystać doświadczenie, które zebrałem przez całe życie, i realizować się właśnie w BKFC. Oczywiście w sportach walki nigdy nie mówi się „nigdy”. Gdyby pojawiła się wyjątkowa oferta walki o znaczący tytuł w boksie zawodowym, na pewno bym ją rozważył. Na dziś jednak cała moja uwaga skupiona jest na walkach na gołe pięści. 

W ringu BKFC doznał Pan złamania ręki, a mimo to tuż po walce pokazał Pan ogromny dystans i poszedł świętować z ekipą na miasto. Gdzie leży granica bólu u zawodnika bare-knuckle?

ML: Okazało się, że ręka nie jest złamana, tylko jest pęknięta kość śródręcza. To było praktycznie w boksie zawodowym w ośmiouncowych rękawicach bez wypełnienia, bo takie rękawice mamy w boksie zawodowym – ośmiouncowe, które nie mają praktycznie wypełnienia w strefie uderzenia. Bijemy samą skórą, a jedyne co chroni to tejpy bokserskie, jak trenerzy oklejają ręce. Co walkę w boksie zawodowym łamałem ręce, pękały mi, odnosiłem kontuzje obu rąk, boksując 10 rund i uderzając bardzo mocno. W rękawicy uderzamy nawet mocniej niż na gołe pięści, bo na gołe pięści ręce nie są tak „usztywnione”, a tutaj pod rękawicą mamy tejpy i jak zaciśniemy rękę, to można naprawdę solidnie przyłożyć. Efektem tego później wychodzą kontuzje rąk. Na gołe pięści, prócz blizny na czole i tej pękniętej ręki, nie miałem żadnych większych urazów. Jeżeli chodzi o granicę bólu, to każdy człowiek ma inny próg bólowy. Osoba, która nigdy nie trenowała sportów walki, będzie go miała zupełnie gdzie indziej niż zawodnik, który od lat regularnie wychodzi do ringu. Ja jestem związany ze sportami walki od 2002 r, i przez ten czas nauczyłem się funkcjonować z bólem. Nie chcę powiedzieć, że go nie odczuwam, bo każdy go odczuwa, ale nauczyłem się na niego nie reagować i nie pozwalać, żeby wpływał na moje decyzje. Myślę, że po tylu latach treningów i walk człowiek po prostu się na ból uodparnia. Mój dentysta śmieje się, że jestem wariatem, bo nawet przy leczeniu kanałowym nie chciałem znieczulenia. Jest w tym chyba trochę masochizmu, choć mówię to pół żartem, pół serio. A świętowanie po walce było dla mnie czymś naturalnym. Do Birmingham przyjechało mnóstwo moich kibiców. Miałem za sobą cały sektor ludzi, którzy wspierali mnie przez cały wieczór. Po takim zwycięstwie i przy takim dopingu byłoby wręcz nie w porządku, gdybym nie poszedł razem z nimi celebrować tego sukcesu. Sport to nie tylko walka, ale też ludzie, którzy są z tobą w najważniejszych momentach.

Przez lata był Pan mocnym punktem grupy Tymex Boxing Promotion. Jak z perspektywy czasu ocenia Pan swoją bokserską karierę zawodową i ponad 20 stoczonych pojedynków?

ML: Jeżeli chodzi o to, to w boksie zawodowym mam 24 walki, 142 walki w boksie amatorskim, trzy walki w K-1, dwie w MMA i teraz jedną w bare knuckle. Jeżeli chodzi o ocenę mojej kariery bokserskiej z perspektywy czasu, to na pewno zapisałem się w kartach historii tym, że walczyłem o mistrzostwo Europy EBU i stoczyłem walkę na 12 rund. To jest na pewno coś, co zostaje. Ogólnie moja kariera mogła wyglądać zupełnie inaczej. Przed podpisaniem kontraktu z Tymexem miałem jechać do Floyda Mayweathera z Izu Ugonohem. Tam miała się rozwijać moja kariera w Stanach. Niestety młodość i różne rzeczy w życiu spowodowały, że miałem problemy prawne i dostałem zakaz opuszczania kraju, więc nie poleciałem do Stanów. Wtedy decyzja była taka, żeby podpisać kontrakt zawodowy w Polsce, żeby nie tracić czasu. Z perspektywy czasu ciężko powiedzieć, czy była to dobra decyzja czy nie. Ten kontrakt był na wiele lat – ponad 10 lat, bo najpierw miałem 5 lat, później zdobyłem pas i automatycznie kontrakt się przedłużył o 2 lata, później kolejne podpisanie na 5 lat. I tak zostałem w Polsce i tutaj rozwijałem karierę. Czy z perspektywy czasu coś bym zmienił? Pewnie tak. Każdy sportowiec ma momenty, w których zastanawia się, co by było, gdyby podjął inną decyzję. Nie mam jednak do nikogo pretensji. Jestem dumny z tego, co osiągnąłem, choć jednocześnie mam poczucie, że mój potencjał pozwalał na jeszcze więcej. Być może właśnie dlatego dziś wciąż szukam nowych wyzwań i nowych dróg rozwoju. 

Słynie Pan z niesamowitego charakteru i odporności. Która walka na tradycyjnym ringu kosztowała Pana najwięcej zdrowia i wysiłku?

ML: Jeżeli chodzi o walkę, która najwięcej zdrowia mnie kosztowała, była to zdecydowanie walka z Jasiewiczem. Już w pierwszej rundzie uderzył mnie głową tak, że dostałem krwiaka mózgu. Na Jasiewiczu przetrąciłem sobie dwie ręce. Wygrałem z nim bez problemu, wypunktowałem go. Była to niesamowita wojna ringowa dla oka kibica, bo nie widziałem na jedno oko, co spowodowało, że nie mogłem go wykończyć. Bardzo twardy chłopak szedł na mnie, ja go kontrowałem seriami i biłem. Po tej walce byłem poszyty i leżałem sześć dni w szpitalu. Było pytanie, czy będą otwierać mi głowę, czy nie, bo miałem krwiaka mózgu. Miałem wtedy około rok przerwy od boksu, ponieważ lekarze nie zgadzali się na dalsze boksowanie – musiał się ten krwiak wchłonąć. Dodatkowo, przez to, że mi się zamknęło oko i byłem poszyty, dostałem erozję rogówki, więc nie widziałem na to oko. W efekcie miałem krwiaka mózgu, przetrącone kości w dłoniach i poważne problemy ze wzrokiem. Zdecydowanie była to walka, która kosztowała mnie najwięcej zdrowia.

Jak wspomina Pan współpracę z trenerem Piotrem Wilczewskim i treningi w Dzierżoniowie?

ML: Tak naprawdę trudno mówić o wspomnieniach, ponieważ nasza współpraca cały czas trwa. Nadal regularnie trenuję w Dzierżoniowie pod okiem Piotra Wilczewskiego. Piotrek jest ze mną praktycznie od początku mojej drogi do zawodowego boksu. Jeszcze zanim przeszedłem na zawodowstwo, już razem pracowaliśmy. Przez te wszystkie lata nasza relacja wyszła daleko poza salę treningową. Na co dzień utrzymujemy kontakt, przyjaźnimy się i mogę powiedzieć, że jest dla mnie kimś znacznie więcej niż tylko trenerem. Oczywiście współpracuję również z innymi szkoleniowcami. Od czasów amatorskich wspiera mnie trener Piotr Szypulski, który wielokrotnie wychodził ze mną do narożnika. Jest też trener Przemysław Nowak. Każdy z nich wniósł coś ważnego do mojego rozwoju jako zawodnika. Natomiast najdłużej i najbliżej związany jestem właśnie z Piotrem Wilczewskim. To nie tylko świetny trener i nauczyciel boksu, ale przede wszystkim bardzo dobry człowiek. Mimo naszej bliskiej relacji zawsze zwracam się do niego „trenerze”, bo mam do niego ogromny szacunek. Przez te wszystkie lata nauczył mnie nie tylko boksu, ale też wielu rzeczy związanych z życiem i podejściem do sportu. Jeżeli miałbym opisać jego rolę w mojej karierze jednym zdaniem, powiedziałbym, że był dla mnie trochę jak drugi ojciec. I to chyba najlepiej pokazuje, jak ważną postacią jest w moim życiu.

 Jaka historia kryje się za pseudonimem Szczupson?

ML: Historia pseudonimu „Szczupson” sięga jeszcze moich młodzieńczych lat i początków boksu. Na zgrupowaniach kadry często wołano na mnie „Szczupak”. Ten pseudonim wymyślili Marek Matyja i Andrzej Jarmusz. Ważyłem wtedy około 50 kilogramów, byłem bardzo szczupły, cały czas pracowałem na nogach, skakałem przód–tył i kąsałem rywali lewym prostym. Podobno właśnie dlatego skojarzyłem im się ze szczupakiem. Z czasem ten przydomek zaczął żyć własnym życiem. Później trener Mariusz Cieśliński, z którym przez wiele lat współpracowałem, zaczął mówić do mnie „Szczupson”. Na początku było to bardziej żartobliwe określenie, ale szybko się przyjęło. Zresztą sam uznałem, że brzmi jeszcze lepiej niż „Szczupak”. I tak już zostało. Dziś mało kto mówi do mnie po nazwisku. Dla większości kibiców, trenerów i znajomych jestem po prostu Szczupsonem.

Jak bardzo zmienił się Pana trening od momentu, gdy porzucił Pan bokserskie rękawice na rzecz owijek i walk na gołe pięści? Na co teraz kładzie Pan największy nacisk?

ML: Wbrew temu, co wielu osobom może się wydawać, sam trening motoryczny nie zmienił się diametralnie. Nadal pracuję nad siłą, wytrzymałością, dynamiką i przygotowaniem fizycznym w bardzo podobny sposób jak wcześniej. Fundamenty pozostają takie same. Największe zmiany zaszły w treningu stricte technicznym. W przygotowaniach zaczęliśmy dużo częściej korzystać z rękawic do MMA, żeby lepiej odwzorować warunki walki na gołe pięści. Przechodziliśmy też przez różne etapy – od pracy w klasycznych szesnastkach, przez ośmiouncjowe rękawice zawodowe, aż po rękawice MMA. Chodziło o to, żeby stopniowo przyzwyczajać ręce i ciało do nowej specyfiki walki. Największa różnica dotyczy jednak obrony. W boksie zawodowym, szczególnie na długich dystansach, często korzystałem z bloku. W walkach na gołe pięści nie można sobie na to pozwolić w takim stopniu. Przyjmowanie mocnych ciosów na gardę może skończyć się kontuzją dłoni, przedramion czy nadgarstków. Dlatego znacznie większy nacisk położyliśmy na balans, uniki, pracę nóg i kontrolę dystansu. Po pierwszej walce w BKFC zrozumiałem też, jak duże znaczenie ma właśnie dystans. Bez rękawic wszystko wygląda trochę inaczej niż w klasycznym boksie. Mój debiut dał mi pod tym względem ogromną lekcję. Był moment, że mogłem zakończyć walkę już w pierwszej rundzie, ale ostatecznie trwała ona cztery rundy i dziś cieszę się, że tak się stało. Dzięki temu zdobyłem cenne doświadczenie, które na pewno zaprocentuje w kolejnych pojedynkach. Dziś największy nacisk kładę na precyzję, kontrolę dystansu, pracę nóg i unikanie niepotrzebnych obrażeń. W walkach na gołe pięści każdy detal ma jeszcze większe znaczenie niż w klasycznym boksie.

Oprócz boksu i BKFC, w Pana rekordzie można znaleźć też walki w K1 czy MMA. Kocha Pan każdą formę walki?

ML: Tak, kocham sporty walki i chyba dlatego przez lata próbowałem różnych form rywalizacji. Oprócz boksu stoczyłem również kilka walk w formule K-1 oraz MMA. Każde z tych doświadczeń czegoś mnie nauczyło i pozwoliło spojrzeć na walkę z innej perspektywy.

Moja przygoda z K-1 zaczęła się w czasie, gdy byłem zawieszony w boksie amatorskim i nie mogłem startować w swojej podstawowej dyscyplinie. Wtedy trenowałem pod okiem Mariusza Cieślińskiego, pierwszego Polaka, który zdobył mistrzostwo świata Muay Thai. Naturalnym krokiem było więc spróbowanie swoich sił również w formule z kopnięciami. MMA pojawiło się później i była to raczej krótka przygoda. Chciałem sprawdzić się w nowych elementach walki, poznać parter i zobaczyć, jak odnajdę się w zupełnie innych warunkach. Przez pewien okres jeździłem też na nie do końca legalne walki do Niemiec, na tzw. „boks budy”, gdzie w jeden dzień potrafiłem stoczyć nawet 13 walk. Jeżeli jednak miałbym wskazać sport, który naprawdę jest moim życiem, odpowiedź zawsze będzie taka sama – boks. To właśnie od niego wszystko się zaczęło i to on ukształtował mnie jako zawodnika oraz człowieka. Szanuję K-1, MMA i wszystkie inne sporty walki, ale moje serce od zawsze należało do boksu. Dziś realizuję się w formule walk na gołe pięści, ale wciąż bazuję na tym, czego nauczył mnie boks przez całe życie. Dlatego mogę powiedzieć, że kocham każdą formę walki, jednak to właśnie boks pozostaje moją największą sportową miłością.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *