Strona główna / Wywiady / Anita Odachowska: Młode wdowy narażone są na znacznie większe cierpienie niż większość osób przeżywających żałobę

Anita Odachowska: Młode wdowy narażone są na znacznie większe cierpienie niż większość osób przeżywających żałobę

Kiedy przeszła najgorsze, instynktownie szukała sposobu, żeby nadać sens tej bezsensownej śmierci. Anita Odachowska, twórczyni podcastu „Po tej stronie”, autorka książki „Być młodą wdową”, założycielka grupy wsparcia dla kobiet w traumie i szefowa stowarzyszenia, które ma im pomagać, w rozmowie z Karoliną Osińską-Marcińczyk opowiada o samobójczej śmierci swojego męża i o sytuacji młodych wdów w Polsce.

Minęła ponad dekada, odkąd zostałaś wdową. Jak z dzisiejszej perspektywy patrzysz na tę kobietę, którą byłaś w dniu tragedii?

Patrzę na nią tak, jak dzisiaj patrzę na dziesiątki czy setki wdów, które trafiają na mnie w mediach społecznościowych albo szukają wsparcia w mojej grupie – jak na zagubioną dziewczynę, która zderzyła się z głębokim życiowym kryzysem, na który nikt z nas nie jest gotowy i w którym nikt z nas nie potrafi się odnaleźć. I nie ma tu znaczenia, czy na ten kryzys, tę śmierć, mamy czas się „przygotować”, czy nie. Doświadczenie straty i żałoba, którą przeżywamy, nie mają żadnego „wzorca”, do którego możemy się odnieść. Bo to, co przez tysiąclecia było uważane za wzorzec, a co narzucały nam społeczne (i religijne) normy, było niestety tylko nieadekwatną do cierpienia, jakim jest strata bliskiej osoby, próbą wtłoczenia nas w jakieś dające się „ogarnąć” i „opanować” ramy.

Napisałaś książkę „Być młodą wdową”. Dlaczego przymiotnik „młoda” tak diametralnie zmienia społeczną i emocjonalną sytuację kobiety po stracie?

Oj, zdecydowanie zmienia! Odpowiadając na to pytanie posłużę się przykładem obrazowym. Proszę teraz Czytelników tej rozmowy, żeby zamknęli na chwilę oczy i powiedzieli sobie w myślach słowo „wdowa”. Jestem pewna, że – o ile nie mieli do czynienia z młodymi owdowiałymi kobietami w swoim najbliższym otoczeniu – po wypowiedzeniu tego słowa zobaczą starszą panią w czerni.

To jest stereotyp wdowy, który funkcjonuje w naszym społeczeństwie. I choć to prawda, także statystyczna, że większość wdów to starsze kobiety, które są w pewnym sensie „ofiarami” tego, że mężczyźni tak bardzo rzadko się badają, że o siebie nie dbają, więc umierają wcześniej niż my, kobiety, to jednak młode wdowy także się zdarzają i – co tutaj najsmutniejsze – zdarzają się coraz częściej. Między innymi z tych powodów dotyczących mężczyzn, które wymieniłam.

I choć młoda wdowa w moim rozumieniu to także wdowa „świeżo upieczona”, czyli taka, która właśnie straciła męża czy partnera, to jednak kobiety młode wiekiem mierzą się ze znacznie większą liczbą problemów niż wdowy starsze. Często są to nadal kobiety aktywne zawodowo, więc muszą – mimo bólu i rozpaczy – chodzić do pracy. Często są to matki małych dzieci, więc muszą się – mimo żałoby – nimi zajmować. Warto tutaj dodać, że takie młode wdowy dźwigają na swoich barkach nie tylko ciężar własnej żałoby, ale też żałoby swoich dzieci – z którymi bardzo często nie wiedzą, jak rozmawiać o tym, co się stało.

Niezbyt smaczną „wisienką” na tym torcie jest to, że taka młoda wdowa staje się automatycznie rodzajem „własności społecznej”. „Młoda wdowa – własność społeczna” to zresztą tytuł rozdziału opisującego moją historię w książce „Niewysłuchani. O śmierci samobójczej i tych, którzy pozostali” Halszki Witkowskiej i Moniki Tadry. To znaczy, że taka kobieta, która traci męża czy partnera młodo, z automatu staje na arenie społecznej oceny i pod obstrzałem jakichś niezrozumiałych, niepisanych „norm”, że to powinna, a tego nie powinna. Otoczenie przygląda się takiej kobiecie, oceniając wszystko, co robi. Jak radzi sobie z dziećmi. Jak zachowuje się w pracy. Że „za szybko” zaczęła się uśmiechać. Że założyła czerwoną sukienkę. Że z kimś się JUŻ spotyka…

Te kobiety z tych powodów naprawdę narażone są na znacznie większe cierpienie niż większość osób przeżywających żałobę.

Śmierć samobójcza partnera niesie za sobą specyficzny rodzaj bólu i milczenia. Z jakimi pytaniami bez odpowiedzi musiałaś zmierzyć się na samym początku?

W tamtym czasie, kiedy mój mąż odebrał sobie życie, mierzyłam się przede wszystkim sama ze sobą. Bo bardzo długo, jeszcze przez kilka kolejnych lat, nie potrafiłam mówić o tym, jak zmarł. Kiedy ktoś nieznający mnie dowiadywał się, że jestem wdową, zawsze pojawiało się pytanie: „co się stało?” A ja zawsze odpowiadałam, że mąż chorował. Co było prawdą. Ale… półprawdą. Samobójstwo najczęściej jest skutkiem ciężkiej choroby psychicznej, jak depresja, albo uzależnienia, które też jest chorobą.

Często po samobójstwie bliskiej osoby pojawia się destrukcyjne poczucie winy. Jak udało Ci się z nim wygrać?

Nadal nie wiem, czy wygrałam, choć mam taką nadzieję. Ale zarówno moja historia, jak też historie moich gości z podcastu, których bliscy odebrali sobie życie, pokazują, że tego chyba się nie da tak całkiem wyzbyć.

Jeszcze do niedawna, nawet jeszcze dwa lata temu, miałam powtarzający się sen, taki fabularny sen, w którym byłam o coś podejrzana. Przynajmniej taki obraz tej akcji pozostawał w mojej głowie. To podejrzenie wiązało się z czyjąś śmiercią (nigdy nienazwaną, nieokreśloną co do tej osoby). Dopiero po latach dotarło do mnie, że właśnie w ten sposób przejawia się to moje poczucie winy, które niestety jest typowe dla osób, których bliscy odebrali sobie życie.

W pewnym momencie zdecydowałaś się całkowicie zmienić swoje życie zawodowe. Czy porzucenie dziennikarstwa na rzecz sektora NGO i twórczości cyfrowej było formą terapii?

Nie… Porzucenie dziennikarstwa było po prostu podyktowane potrzebą zmiany w moim życiu. Sektor NGO pojawił się później. Najpierw pracowałam w marketingu i PR-ze w „twardym” biznesie, współtworząc znaną już dzisiaj chyba każdemu, kto interesuje się światem kosmetyków naturalnych, markę, jaką jest Resibo. Właściwie, mimo że odeszłam z tej firmy prawie sześć lat temu, faktyczna współpraca zakończyła się de facto dopiero niecały rok temu.

Ale praca w trzecim sektorze to zdecydowanie moja bajka. W sercu zawsze byłam społeczniczką, więc czuję się w tym środowisku jak ryba w wodzie, nie wspominając, że sama od niedawna prowadzę stowarzyszenie.

Jak śmierć męża zweryfikowała Twoje dotychczasowe relacje przyjacielskie?

Chyba powiem bardzo krótko. Zweryfikowała je w 90 procentach, ale w dwie strony. To znaczy ci przyjaciele, z którymi nasze drogi się rozeszły z powodu tej śmierci, zostali zastąpieni przyjaciółmi, którzy byli „nieskażeni” świadomością tej śmierci i tego, co przeszłam.

Ale zostało też te 10 procent przyjaciół, którzy po prostu zostali, bez względu na to, co się wydarzyło.

Kiedy narodził się pomysł na podcast „Po tej stronie” i co było głównym impulsem do wyjścia z tym tematem do sfery cyfrowej?

Ten pomysł narodził się niemal równocześnie z pomysłem na książkę – z rozmów z przyjaciółmi. To oni zachęcali mnie do tego, żebym – zanim napiszę i wydam książkę – już zaczęła rozmawiać na takie trudne tematy, jak ten, który potem poruszyłam w książce.

Muszę przyznać, że wiara moich przyjaciół we mnie i w moje umiejętności, była i nadal jest większa niż moja własna. Ale dzisiaj cieszę się, że im zaufałam.

Mówisz, że Twoje drugie życie jest „mniej ostrożne w decyzjach”. Jaka była najbardziej odważna lub szalona decyzja, którą podjęłaś po stracie męża?

Oj, ale to jest naprawdę trudne pytanie! To znaczy, ja wiem, jakie, ale wiele z nich to były takie wewnętrzne decyzje, które każdy z nas podejmuje czasem tylko w swoim umyśle. Gdybym miała jednak jakąś wypowiedzieć na głos, to chyba decyzja o wystartowaniu podcastu. Bo to dla mnie – dziennikarki całe życie piszącej, zmagającej się ze skłonnościami do tzw. waty słownej, a jednocześnie osoby przekonanej, że „nie wiem”, „nie umiem”, „nie znam się”, „nie wiem, jak” – było totalnym wyjściem ze wszystkich moich stref komfortu.

Ale… udało się!

Czy w trakcie tej ponad dziesięcioletniej drogi zdarzały się momenty wtórnego kryzysu, kiedy żałoba wracała ze zdwojoną siłą?

Nie, nie zdarzały się. Raczej – kiedy już przeszłam najgorsze, a później to jeszcze przepracowałam na terapii – instynktownie szukałam sposobu, żeby nadać sens tej bezsensownej śmierci. I być może to, co teraz robię, to właśnie jest o tym. O nadaniu tego sensu poprzez pomaganie innym i edukację.

Mówisz, że Twoje obecne życie jest mądrzejsze i radośniejsze. Czy człowiek, który dotknął tak emocjonalnego dna, potrafi silniej odczuwać szczęście niż ktoś, kto tego nie przeżył?

Myślę, że z tym bywa różnie i tyle odczuć, ile osób. Na pewno tak bliskie i namacalne, a jednocześnie traumatyczne – jak w moim przypadku – zetknięcie się ze śmiercią tak bliskiej osoby, jaką jest mąż, uświadamia bardzo mocno kruchość i wartość życia. Z drugiej strony życie to życie, a my jesteśmy tylko ludźmi i może nas czasem zdołować byle błahostka, która akurat pojawi się w tym życiu w nieodpowiednim momencie. Powiedziałabym tak – „globalnie” owszem, myślę, że po takiej traumie bardziej doceniamy samo życie, ale „lokalnie” jesteśmy tak samo podatni na te trudy codzienności, jak każdy inny. I nie zawsze wtedy myślimy: „O, ja już takie rzeczy przeżyłam, że nic mi ta czy inna sytuacja nie robi”. To w ogóle tak nie działa.

Jak w kontekście własnych doświadczeń zdefiniowałabyś pojęcie „przebaczenia” samemu sobie i osobie, która odeszła?

Nigdy nie czułam, że powinnam sobie albo mężowi cokolwiek przebaczać. Nawet teraz, po tylu latach, mimo że – jak już wspomniałam – nie da się całkowicie wyzbyć jakiegoś takiego podświadomego poczucia winy, to jednak mam stuprocentowe przekonanie, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, żeby pomóc mężowi.

Czy praca z innymi wdowami po śmierciach samobójczych nie jest dla Ciebie emocjonalnym rozdrapywaniem własnych ran?

Nie jest. Choć miałam w ostatnim roku jedną sytuację, w której przyszło mi towarzyszyć wdowie już w ciągu kilku godzin po samobójstwie jej męża. Normalnie takie sytuacje się nie zdarzają. Ta była o tyle wyjątkowa, że mąż tej kobiety, zmagający się z depresją, sygnalizował myśli samobójcze. Ona, szukając w sieci materiałów na temat kryzysu suicydalnego, trafiła na jeden z blogów, którego byłam gościem, a potem na moją grupę. Zgłosiła się do niej dokładnie w dniu śmierci męża i odpowiadając na obowiązkowe pytania pojawiające się podczas przyjmowania do grupy opisała swoją historię. Akurat to ja ją wtedy przyjmowałam i poczułam, że potrzebuje natychmiastowego wsparcia, więc odezwałam się do niej w wiadomości prywatnej. Wiem, że jej bardzo pomogłam. Ale sama mocno to odchorowałam, bo ta „świeżość” jej doświadczeń bardzo mocno przypomniała mi moje.

Jak udaje Ci się stawiać bezpieczną granicę między empatią wobec kobiet z Twojej grupy a ochroną własnego zdrowia psychicznego?

Nauczyłam się podchodzić do tego „zadaniowo”. Jak do projektów, które muszę zrealizować, a celem jest komuś pomoc. Chyba to najbardziej mi pomaga. Poza tym aktywność fizyczna, rozmowy z przyjaciółmi, wśród których kimś absolutnie wyjątkowym jest moja córka, która w ogóle jest wyjątkową młodą osobą, chodzenie po górach, oglądanie dobrych filmów i seriali. A także moja praca etatowa. Pracuję w fajnym, wspierającym miejscu, z ludźmi, z którymi się lubimy i szanujemy. To oni pierwsi ustawili się w kolejce po moją książkę, kiedy ją wydałam. Tacy to są ludzie.

Wcześniej rozwój osobisty i dbanie o siebie działy się u Ciebie „przy okazji”. Co się zmieniło, że dziś stawiasz siebie na pierwszym miejscu?

Chyba to przychodzi z wiekiem. Jestem już po pięćdziesiątce i od dłuższego czasu zaczynam nabierać pewnego dystansu do wielu rzeczy, które robię. Zaczynam na przykład widzieć, że to spalanie się, które zawsze było moim udziałem, chociaż też rodzi owoce, można zastąpić innym podejściem, mniej inwazyjnym dla nas samych. Ten przykład maski, którą w przypadku awarii samolotu musisz założyć najpierw sobie, żeby pomóc innym, który jakiś czas temu wyciągnęłam w któreś z moich rolek, jest doskonały. Tym więcej pomogę innym, im bardziej będę silna i zaopiekowana wewnętrznie.

Jak dziś wygląda Twój wewnętrzny dialog z mężem? Czy po dekadzie ten gniew i żal całkowicie ustąpiły miejsca spokojowi?

Nie ma już dialogu. Są wspomnienia. Czasem takie, które powodują, że się uśmiecham. A czasem takie, które sprawiają, że się zamyślam. Ale staram się już nie analizować. Zmarli są z nami do końca życia, ale nie mogą tego życia dominować.

Co w pierwszym zdaniu doradziłabyś kobiecie, która dziś stoi w tym samym miejscu, w którym Ty stałaś 10 lat temu, i uważa, że jej życie również się skończyło?

Ja nie uważałam, że moje życie się skończyło. Po śmierci męża byłam w takiej traumie, że niczego nie „uważałam”. Ale owszem, spotykam kobiety, które tak właśnie myślą i w takich sytuacjach wiem, że „doradzanie” jest najgorszym, co można zrobić, bo doradzanie oznacza przedstawianie jakichś rozwiązań. Rozwiązania mają to do siebie, że działają tylko w określonym kontekście. A co człowiek, to inna żałoba. Dlatego najlepsze, co można w takiej sytuacji powiedzieć, to prawdę – że byłam w tym miejscu, że wiem, że jest trudno, że jeszcze długa i kręta droga przed nią. Ale że przyjdzie taki dzień, że ta droga się zacznie prostować…

Założyłaś Stowarzyszenie „Po tej stronie”. Czy ta nazwa ma dla Ciebie również wymiar ściśle osobisty – oznacza, że Ty sama jesteś już bezpieczna „po tej stronie” życia?

Najpierw to założyłam podcast „Po tej stronie”. To od niego jest nazwa stowarzyszenia. Ale ja stowarzyszenia nie zakładałam. To grupa przyjaciół, z którymi działaliśmy w stowarzyszeniu pod inną nazwą i o zupełnie innym profilu, zamiast wygaszać i zamykać już dawno nieaktywne stowarzyszenie, zaproponowała mi jego przejęcie. A nazwa… Jestem z niej dumna. Kiedy pojawił się pomysł prowadzenia podcastu, najdłużej myślałam nad jego nazwą. Nie wiem, kiedy ta akurat wpadła mi do głowy, ale kiedy wpadła, wiedziałam, że TO JEST TO! Bo to po tej stronie dotykamy tych najtrudniejszych (i najpiękniejszych) rzeczy, a tamtej nie znamy.

Dziękuję za rozmowę.

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *