Strona główna / Wywiady / Literackie zwierciadła, które odbijają nas samych

Literackie zwierciadła, które odbijają nas samych

Chciałam pokazać coś, czego wiele osób nie rozumie: dlaczego ofiary zostają. Dlaczego trwają w relacji, która je niszczy. Dlaczego wierzą, że sprawca się zmieni. To nie jest słabość. To nie jest brak odwagi. To jest ciągła manipulacja, emocjonalne uzależnienie, nadzieja karmiona obietnicami, które nigdy się nie spełniają. To jest życie w świecie, w którym strach miesza się z miłością, a poczucie winy z pragnieniem normalności” – tak o swojej książce „Ta kobieta” mówi Elżbieta Stępień, która pisze poezję, snuje opowieści dla dzieci, które zamyka na kartach literatury, ale która potrafi napisać też o tym co boli – o przemocy domowej. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, autorka opowiada o tym, jak dzieciom daje magię, a dorosłym literackie zwierciadła, w których czytelnicy odnajdują własne tęsknoty i życiowe zakręty.

Kiedy poczuła Pani potrzebę przelewania emocji na papier, czyli jak narodziła się Elżbieta Stępień pisarka?

ES: To przyszło do mnie zaskakująco wcześnie. Już jako uczennicaostatniej klasy szkoły podstawowej odkryłam, że słowa są dla mnie czymś więcej niż dla moich rówieśników. Wtedy po raz pierwszy dała o sobie znać moja wrażliwość, taka jeszcze nieoswojona, ale bardzo silna. Zaczęłam zapisywać myśli, które nie mieściły się w codzienności, emocje, które domagały się przestrzeni, i obrazy, które chciały zostać opowiedziane. Pisanie stało się dla mnie naturalnym sposobem rozmowy z samą sobą i światem, który zawsze widziałam trochę inaczej, trochę głębiej. Nieco później zaczęłam wysyłać swoje wiersze do Kącika Poetyckiego w „Świecie Młodych” i bardzo cieszyłam się z każdej otrzymanej odpowiedzi. Do dziś zastanawiam się kto ukrywał si epod pseudonimem „Brzęczysława Szerszenówna”

Pierwsza była poezja czy proza?

ES: Jako pierwsza przyszła do mnie poezja, najdelikatniej i jednocześnie najodważniej. W wierszach próbowałam uchwycić piękno mojego otoczenia, to, jak świat potrafił poruszyć mnie grą światła, zapachem deszczu, czy ciszą nad polami, którymi wędrowałam do szkoły. Pisałam o uczuciach, które we mnie dojrzewały, o emocjach, które nie mieściły się w zwykłych zdaniach, i o nastoletnich smuteczkach, które łatwiej było oswoić, kiedy mogłam je nazwać. Poezja była moim pierwszym językiem — takim, który pozwalał mi zobaczyć siebie wyraźniej.

A kiedy przyszedł czas na literaturę dla dzieci?

ES: Czas na literaturę dla dzieci przyszedł bardzo naturalnie — wyrósł z codzienności, z bliskości, z potrzeby opowiadania historii tym, których kochałam najmocniej. Najpierw zaczęłam wymyślać opowieści dla moich własnych dzieci. To one były pierwszymi słuchaczami, pierwszymi krytykami i pierwszymi zachwyconymi oczami, które pokazywały mi, że słowo może być dla dziecka jak miękki kocyk, który otuli, uspokoi, rozśmieszy, poprowadzi. Potem przyszła kolej na dzieci z grupy przedszkolnej. Ich reakcje były jak żywy barometr, jeśli historia była dobra, widziałam to od razu. W pewnym momencie pomyślałam, że skoro te opowieści tak bardzo się podobają, skoro niosą radość, pomagają zrozumieć emocje i świat, to warto dać im drugie życie, już nie tylko mówione, ale wydane. Tak narodziła się moja literatura dla dzieci: z miłości, z obserwacji i z potrzeby dzielenia się dobrem.

W powieści „Ta kobieta” poruszyła Pani trudny, ale niezwykle ważny temat przemocy domowej. Trudno o tym pisać?

ES: Pisanie o przemocy domowej nigdy nie jest łatwe. W powieści „Ta kobieta” musiałam wejść w miejsca, które bolą, takie, o których często wolelibyśmy nie myśleć, nie pamiętać. Niektóre sceny były dla mnie naprawdę trudne do opisania. Zatrzymywałam się, odkładałam tekst, wracałam do niego dopiero wtedy, gdy czułam, że mogę unieść emocje, które ze sobą niosły. Być może dlatego, ze dotykały mnie osobiście. Miałam jednak ogromne wsparcie przyjaciół. To oni przypominali mi, dlaczego ta historia musi wybrzmieć. Wiedziałam, że jeśli choć jedna osoba, czytając tę książkę, poczuje, że nie jest sama, że można wyrwać się z koła przemocy, że życie może wyglądać inaczej — to warto było przejść przez ten trud. Chciałam też pokazać coś, czego wiele osób nie rozumie: dlaczego ofiary zostają. Dlaczego trwają w relacji, która je niszczy. Dlaczego wierzą, że sprawca się zmieni. To nie jest słabość. To nie jest brak odwagi. To jest ciągła manipulacja, emocjonalne uzależnienie, nadzieja karmiona obietnicami, które nigdy się nie spełniają. To jest życie w świecie, w którym strach miesza się z miłością, a poczucie winy z pragnieniem normalności. Zależało mi też na tym, by osoby, które nigdy nie zetknęły się z przemocą, zrozumiały, jak skomplikowany jest to mechanizm. Dlaczego ofiary zostają. Dlaczego wierzą, że sprawca się zmieni. Dlaczego tak trudno odejść, kiedy jest się poddawanym ciągłej presji, gaslightingowi, obwinianiu i emocjonalnym szantażom. To nie jest kwestia „słabości”, lecz psychologicznej pułapki, z której bardzo trudno się wydostać. Ta książka jest dla mnie osobiście bardzo ważna. Jest głosem kobiet, które często nie mają siły mówić. I jest moją cichą nadzieją o to, by każda z nich kiedyś mogła powiedzieć: „Udało mi się. Wyszłam. Żyję”.

Jak narodził się pomysł na książkę „55, czyli Pamiętnik Wariatki”– dlaczego taki tytuł i jakie przesłanie niesie dla współczesnych kobiet?

ES: Pomysł przyszedł nagle, pojawił się w chwili, gdy zapragnęłam zrobić sobie prezent na urodziny. Pomyślałam też, że czas najwyższy, by na kartach mojej prozy pojawiła się bohaterka dojrzalsza, bo literatura nie musi krążyć wyłącznie wokół kobiet po trzydziestce. Życie nie kończy się po pięćdziesiątce — często dopiero wtedy zaczyna smakować pełniej. Tytuł „55, czyli Pamiętnik Wariatki” jest prowokacją. W małych miejscowościach to, co w dużych miastach pozostaje niezauważone, potrafi zostać uznane za „dziwactwo”. Chciałam, by moja bohaterka była trochę szalona, właśnie po to, by pokazać, że nie warto zamykać się w sztywnych schematach. Odrobina szaleństwa ubarwia każdy dzień i przypomina, że życie jest po to, by je smakować, a nie tylko trwać. To jednak przede wszystkim historia zwykłej kobiety, takiej jak każda z nas. Kobiety, która marzy o miłości — a przecież miłość nie pyta o wiek. Można kochać do szaleństwa mając lat dwadzieścia, pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt. Można zacząć od nowa. Można pozwolić sobie na więcej niż kiedyś. Ważnym elementem powieści jest także przyjaźń — ta prawdziwa, wspierająca, która pomaga podejmować trudne decyzje i zachować godność, nawet gdy życie stawia pod ścianą. Wiele wątków sprawia, że czytelniczka raz się uśmiechnie, a innym razem wzruszy. To opowieść, która mówi: bądźmy dla siebie dobre, sięgajmy po to, czego kiedyś sobie odmawiałyśmy, i nie bójmy się marzyć.

Pisze Pani również dla najmłodszych. Co przemyca Pani na kartach książek dla tych małych czytelników?

ES: W książkach dla dzieci staram się przede wszystkim otwierać przed nimi świat — pozwolić im go poznawać, cieszyć się nim i przeżywać pierwsze małe‑wielkie przygody. Literatura dla najmłodszych ma ogromną moc: może uczyć, wzruszać, bawić, ale też kształtować wrażliwość. Bardzo ważny jest dla mnie wątek ekologiczny. Chcę, aby dzieci od najmłodszych lat uczyły się miłości do naszej planety, dlatego wykorzystując teksty moich książek, prowadzę spotkania pod hasłem „Drużyna Planety Ziemia”. To przestrzeń, w której rozmawiamy o naturze, odpowiedzialności i małych gestach, które mają wielkie znaczenie. Moja najnowsza książka, „Miś Kabiś”, pozwala przemycić również treści dotyczące dzieci w spektrum autyzmu oraz z zespołem Downa. Zależało mi, aby ta historia budowała mosty tolerancji, pokazywała różnorodność i uczyła, że przyjaźń nie zna granic. To opowieści, które mają wzmacniać dzieci, uczyć je empatii i pokazywać, że każdy z nas jest ważny i wyjątkowy.

W książce „Wszystko się może zdarzyć” ożywia Pani przyrodę – rozmawiają tam drzewa czy koniczyna. Jak współczesne dzieci, wychowane w świecie smartfonów, reagują na taką klasyczną, bliską naturze magię?

ES: Z doświadczenia wiem, że ta książka naprawdę bardzo się podoba młodym czytelnikom. To dla nich zupełnie inny świat — pełen natury, magii i niezwykłych spotkań. Bohaterka przeżywa niesamowite wakacje, kompletnie się tego nie spodziewając, i właśnie ta nieoczywistość, ta świeżość przygody, działa na dzieci jak magnes. Co ciekawe, na targach książki często podchodzą do mnie nastolatki, które z ogromną nadzieją pytają, czy napiszę dalsze losy bohaterki, już nieco starszej. To dla mnie sygnał, że ta historia działa na wielu poziomach — nie tylko jako fantastyczna opowieść, ale też jako historia o niezwykłej grupie przyjaciół z różnych światów, o odwadze, lojalności i otwartości. Dzieci, nawet te wychowane w świecie smartfonów, tęsknią za naturą i bardzo szybko wchodzą w świat, w którym drzewa mówią, a koniczyna ma coś ważnego do powiedzenia, a kraina smoków jest bliżej niż by się im zdawało. Ta klasyczna magia jest dla nich coś prostego, a jednocześnie niezwykle potrzebnego. To pokazuje, że niezależnie od technologii, wyobraźnia wciąż wygrywa. A jeśli historia jest szczera i pełna serca, młodzi czytelnicy natychmiast to czują.

Trudno zrobić to przejście z trudnych tematów społecznych na literaturę dziecięcą?

ES: Wbrew pozorom nie jest to trudne. Każdego czytelnika, niezależnie od wieku, traktuję z takim samym szacunkiem. Staram się, aby każdy otrzymał wartościową i ciekawą lekturę, dopasowaną do jego wrażliwości i potrzeb. Dla mnie literatura to przestrzeń, w której jest czas na wszystko: na tematy poważniejsze, wymagające refleksji, ale też na historie lekkie, ciepłe i pełne dziecięcej wyobraźni. Pisanie dla najmłodszych nie jest ucieczką od trudnych spraw, to po prostu inna forma rozmowy o świecie, bardziej kolorowa, delikatniejsza, ale równie ważna. Zmiana tonacji przychodzi naturalnie, bo w centrum zawsze stoi człowiek i jego emocje, czy to dorosły, czy dziecko. A dobre historie potrafią znaleźć drogę do każdego serca.

Prowadzi Pani warsztaty literackie „Latarnia poetycka” oraz spotkania dla dzieci. Czego uczycie się od siebie nawzajem podczas tych spotkań?

ES: Te spotkania są dla mnie źródłem ogromnej radości i satysfakcji. Kiedy ktoś, kto przychodzi na zajęcia, tworzy piękny wiersz lub opowiadanie, cieszę się tak, jakbym to ja sama stworzyła coś wyjątkowego. To niezwykłe uczucie obserwować, jak w kimś rodzi się wrażliwość, odwaga i twórcza pewność. W „Latarni poetyckiej” otwieramy się na poezję, na piękno świata, ale też na radość, jaką daje samo tworzenie i przebywanie we wspólnym, życzliwym gronie. Uczymy się od siebie nawzajem uważności, delikatności i tego, że każdy głos, niezależnie od doświadczenia, ma swoją wartość. Podczas spotkań z dziećmi odkrywam, jak świeżo i odważnie potrafią patrzeć na świat. One przypominają mi, że wyobraźnia nie ma granic, a twórczość jest przestrzenią, w której wszyscy jesteśmy równi. To wymiana energii, inspiracji i dobra, i właśnie dlatego te spotkania są dla mnie tak ważne.

Skąd wziął się pomysł na postacie aniołów w Pani książkach?

ES: Pomysł na cykl „Czego nie wiesz o Aniołach” pojawił się tuż po napisaniu powieści „Ta kobieta”. To było bardzo naturalne przejście, jakby kolejny krok, który sam się domagał zapisania.

Wierzę w Anioły. Wierzę w ich obecność, w subtelne znaki, w opiekę, którą nieraz w życiu odczułam. I właśnie dlatego chciałam im w pewien sposób podziękować. Stworzyłam więc postać Anioła, który opiekuje się wskazanymi przez Stwórcę osobami. A że ludzie bywają przekorni, zagubieni, czasem uparci, mój Anioł również musi sięgać po nietuzinkowe metody, by sprowadzić ich na właściwą drogę. Cykl ma też głębsze przesłanie: przypomina, że wszystko w życiu jest po coś, choć nie zawsze od razu rozumiemy, dlaczego spotykają nas takie, a nie inne sytuacje. Chciałam, aby te historie przynosiły ukojenie, pozwalały spojrzeć na życie z innej perspektywy, z większą łagodnością wobec siebie i świata. Marzę o tym, by mój literacki Anioł otulił swoimi skrzydłami dobra i miłości każdą czytelniczkę i każdego czytelnika tak, jak mnie otulały Anioły, kiedy najbardziej tego potrzebowałam.

Jest Pani członkiem Zrzeszenia Literatów Polskich w Chicago. Jak doszło do tej współpracy i jak amerykańscy czytelnicy o polskich korzeniach odbierają Pani twórczość?

ES: To dość odległa, ale bardzo miła historia. Jedna ze znajomych poetek pokazała moje wiersze prezes Zrzeszenia Literatów Polskich w Chicago. Wiersze się spodobały, a od tego właśnie zaczęła się nasza współpraca. Tak naturalnie, bez planowania, pojawiła się moja przynależność do tego środowiska. Z czasem przekonałam się, że polonijni czytelnicy w Stanach odbierają moją twórczość z ogromną życzliwością i wzruszeniem. To dla mnie wielka radość i zaszczyt wiedzieć, że słowa mogą przekraczać granice i budować mosty między ludźmi, nawet jeśli dzieli ich ocean.

Jest Pani laureatką prestiżowych nagród, m.in. „Pióra Reymonta” czy konkursu im. Ks. Jerzego Popiełuszki „Cena Miłości Ojczyzny”. Jakie znaczenie mają dla Pani te wyróżnienia w świecie literatury?

ES: Tak się jakoś ułożyło, że już od dawna nie zgłaszam utworów na konkursy, dziś znacznie częściej zdarza mi się być po drugiej stronie, czyli zasiadać w jury. Jednak nagrody, które kiedyś otrzymałam, wciąż wywołują u mnie uśmiech i ciepłe wspomnienia. To piękne uczucie wiedzieć, że ktoś uznał moją twórczość za wartą wyróżnienia. Mogę śmiało powiedzieć, że w pewnym momencie życia te nagrody dodały mi skrzydeł. Pozwoliły mi uwierzyć w siebie, w sens pisania, w to, że moje słowa naprawdę mogą poruszać ludzi. Są dla mnie bardzo ważne. Dziś patrzę na nie z wdzięcznością, jako na znak, że droga, którą wybrałam, była właściwa, a literatura potrafi otwierać serca i łączyć ludzi, niezależnie od tego, czy piszę poezję, prozę czy książki dla dzieci. Bardzo cieszą mnie też nagrody, czy wyróżnienia, które zdobyłam głosami czytelników, w konkursach portalu Pisarze Polscy i Granice, na najlepszą powieść. Jestem za te nagrody ogromnie wdzięczna.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *