Zaczynał od oglądania takich seriali jak „Gliniarz i prokurator” czy „Żar tropików”. Później przyszedł czas na Sherlocka Holmesa i Raymonda Chandlera. Dziś jest jednym z najpoczytniejszych autorów thrillerów w Polsce. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Wojciech Chmielarz opowiada m.in. o renesansie polskich powieści kryminalnych, budowaniu napięcia w swoich książkach, Bezimiennym i pracy dziennikarza, która nie raz ułatwiła mu napisanie powieści.
Kryminał, thriller, powieść sensacyjna – dlaczego wybrał Pan akurat
te gatunki literackie?
WCH: Kryminał był mi bliski od dzieciństwa. Wychowałem się na takich serialach jak „Gliniarz i prokurator” czy „Żar tropików”. A potem na opowiadaniach o Sherlocku Holmesie czy powieściach Raymonda Chandlera. Poza tym ten gatunek zwyczajnie mi odpowiada. Lubię ten klimat. Nastrój niepewności. Ale przede wszystkim to, że kryminały to w gruncie rzeczy opowieści o poszukiwaniu sprawiedliwości. Wizja świata, w którym zło, nie ważne jak wielkie, zawsze zostaje ukarane.
Jak narodziła się u Pana inspiracja do pierwszej książki?
WCH: Pierwszej wydanej czy pierwszej napisanej? Bo mam w szufladzie wiele powieści, których wydać mi się nie udało. Albo nawet nie próbowałem, bo sam zdawałem sobie sprawę z tego, że są za słabe. A taką pierwszą? Pierwszą napisałem, jak chyba miałem osiem lat. I proszę mi wybaczyć, ale nie pamiętam, co było do niej inspiracją. Pamiętam za to, że to był kryminał!
Dlaczego polski kryminał jest tak uwielbiany przez czytelników?
WCH: To jest w ogóle ogólnoeuropejska, jeśli nie światowa tendencja. Kryminał to po prostu niesamowicie popularny gatunek. Nie wyróżniam się więc jakoś specjalnie. Natomiast polski kryminał po prostu w ostatnich latach dojrzał, rozwinął się. Pojawili się nowi autorzy. Jest ogromna różnorodność gatunków, klimatów, bohaterów. Są komedie kryminalne i mroczne historie o seryjnych zabójcach. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Rzeczywiście dzisiaj polskie powieści kryminale przeżywają swój renesans?
WCH: Zdecydowanie tak. Nie ma chyba w tej chwili równie popularnego gatunku w Polsce. Oczywiście, czasami pojawiają mody czytelnicze, które przyćmiewają kryminał. Ale mody mijają, a kryminał zostaje.
Praca dziennikarza pomaga w tworzeniu mrocznych historii?
WCH: Niekoniecznie mrocznych, ale ogólnie w pisaniu. Pomaga, ale nie w samym pisaniu, tylko w zbieraniu materiałów do książki. Wtedy te moje narzędzia i doświadczenia dziennikarskie faktycznie się przydają.
Kim dla Pana jest „Bezimienny”? To postać z Pana książek sensacyjnych, która nie ma imienia ani nazwiska – skąd pomysł na tak nietypowego bohatera?
WCH: No cóż, cała ta seria wzięła się z przypadku! Zacząłem pisać „Prostą sprawę” w odcinkach podczas pandemii i publikowałem ją na swoim profilu na facebooku. Był to taki mój dar dla czytelników. Pisałem to spontanicznie. Bez planu. No i nie potrafiłem wymyślić żadnego fajnego imienia i nazwiska dla mojego bohatera. Stwierdzałem więc, że ujawnię je dopiero w kolejnym rozdziale. I kolejnym, i kolejnym. Aż się okazało, że skończyłem całą powieść!
Ma Pan swojego ulubionego bohatera w swoich powieściach?
WCH: Mam ogromny sentyment do Dawida Wolskiego z trylogii gliwickiej. Świetnie mi się o nim pisało!
Woli Pan mroczne thrillery czy klimatyczne retro?
WCH: Zdecydowanie mroczne thrillery. Retro to nie do końca mój gatunek. Doceniam powieści, które zostały w nim napisane. Krajewskiego Wrońskiego czy ostatnio Joannę Ufnalską, ale nigdy się tak na sto procent nie potrafię wgryźć w te fabuły. Współczesność zdecydowanie bardziej mnie interesuje.
Współczesna Polska ma jeszcze dużo mrocznych stron, które mogą być inspiracją do kolejnych powieści?
WCH: No jak pokazuje ilość wydawanych w Polsce kryminałów – zdecydowanie. Dużo jest tutaj jeszcze historii do opowiedzenia i bohaterów do odnalezienia. Mam wrażenie, że jeszcze nie raz zaskoczę moich czytelników.
Czy podczas pisania korzysta Pan z konsultacji z policjantami lub ekspertami medycyny sądowej, aby uwiarygodnić historię?
WCH: Zdarza mi się. Z byłymi policjantami, prokuratorami, medykami sądowymi. W zależności od tego, kogo potrzebuję posłuchać, żeby dobrze napisać daną historię. Ale także z przedsiębiorcami pogrzebowymi, lekarzami czy… rybakami.
Jak buduje Pan napięcie i myli tropy, aby zaskoczyć czytelnika w finale?
WCH: To jest długi i skomplikowany proces, którego też mówiąc szczerze, sam do końca nie rozumiem. Na pewno kluczowa jest umiejętność spojrzenia na tekst oczami czytelnika. I zastanowienie się, jak on widzi daną fabułę w tej chwili. Czego się domyśla, jakie hipotezy stawia. I jak mogę mu wobec tego utrudnić rozwiązanie zagadki.
Jak duży research musi Pan wykonać przed napisaniem książki?
WCH: To zależy od powieści. Czasami muszę gdzieś pojechać. Czasami spotkać się z ekspertami. Na pewno przeczytać kilka książek na dany temat. Zazwyczaj to jest kilka tygodni pracy.
Co wyróżnia Pana zdaniem rodzimy kryminał na tle skandynawskiego?
WCH: Na pewno polski kryminał ma w sobie więcej świeżości i energii. My jednak ciągle szukamy swojej drogi i swojego głosu. Skandynawowie, odnoszę wrażenie, trochę osiedli na laurach.
Nad czym Pan obecnie pracuje?
WCH: Szykuję się do premiery mojej najnowszej powieści „Tam, gdzie zmrok zapada szybciej”. Tym razem to jednak horror!
Dziękuję za rozmowę
Foto: Marta Machej












