Strona główna / Wywiady / Papa Dance, czyli legenda rodzi się na nowo

Papa Dance, czyli legenda rodzi się na nowo

– Dziś wracamy do pierwotnej koncepcji — to ma być widowisko pełne świateł i mocnej, elektronicznej muzyki. Na naszych koncertach nie jest grzecznie, nie jest cukierkowo ani sennie, jak w zwolnionym tempie. To przede wszystkim dynamika na scenie i dynamit w głośnikach – Tak o swoich dzisiejszych koncertach mówią muzycy z Papa Dance.  Podobnie jak dawniej, tak samo dzisiaj fundamentami sukcesu zespołu są emocje, niezapomniane riffy, melodie i charakterystyczny styl – bo tego wciąż szuka publiczność. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Grzegorz Wawrzyszak i Andrzej Zieliński opowiadają m.in. o fenomenie zespołu, który powrócił na polską scenę z taką samą energią i sercem jak wówczas, kiedy Polska pierwszy raz usłyszała o Papa Dance, a wszyscy śpiewali „Kamikadze wróć”, „Naj Story”, „Panorama Tatr” czy „Pocztówka z Wenecji”.

Jak wspominacie szaleństwo lat 80. i moment, w którym zadebiutowaliście? Czy spodziewaliście się, że piosenki takie jak „Kamikadze wróć” czy „Naj Story” staną się hymnami pokolenia?
 
GW: „Kamikadze Wróć” czy „Naj Story” to najbardziej znane przeboje Papa Dance, jednak nie są to typowe hymny tamtego pokolenia, tylko najlepiej wylansowane hity. Natomiast kilka naszych piosenek rzeczywiście stało się hymnami tamtego pokolenia. Przede wszystkim „Panorama Tatr”, która jest zdecydowanie takim hymnem, zwłaszcza dla fanów, którzy byli z nami od samego początku. Swój ponadczasowy wymiar ma też „Pocztówka z Wakacji” („Królowa Fal”), którą śpiewa również dzisiejsze pokolenie naszych fanów pod sceną. Jednak dla tych najbardziej ortodoksyjnych słuchaczy to właśnie „W 40 Dni Dookoła Świata” jest tym najbardziej kultowym nagraniem Papa Dance, tak jak „Czarny Smog” jest kultowym nagraniem Ex-Dance. Wracając do pierwszej części pytania — są to mieszane wspomnienia, ponieważ w tym zespole wydarzyło się bardzo dużo zarówno dobrych, jak i złych rzeczy. Początkowy entuzjazm uległ różnym nieporozumieniom, zabrakło chłodnej oceny sytuacji, która wytworzyła się wokół zespołu, i pozwolono na zbyt duże zbliżenie się do zespołu przypadkowym osobom. Po latach zaczęły one przypisywać sobie różne dziwne rzeczy, pomijając lub podszywając się pod pierwotnych założycieli tego zespołu. I tu przypomnę, że zespół powstał ze wspólnej inicjatywy Sławka Wesołowskiego, Mariusza Zabrodzkiego i mojej. Przy jego powstawaniu oprócz nas nie było żadnych osób trzecich. Są też tacy — delikatnie ich nazywając — niezrównoważeni psychicznie, którzy przypisują sobie duży współudział w jego założeniu, a tak naprawdę wcale ich tam nie było. Wypowiedzi takich osób nie należy jednak traktować poważnie i najlepiej włożyć je między bajki.

Papa Dance było pionierem brzmienia synth-popowego w Polsce. Jak technicznie wyglądało tworzenie tej muzyki w tamtych czasach?

GW: Były to trudne czasy, przede wszystkim od strony finansowej. Profesjonalne instrumenty były dla większości młodych twórców praktycznie nieosiągalne. Do naszej pierwszej sesji nagraniowej pożyczaliśmy sprzęt od kolegów, którym już się powiodło w tym biznesie i których było stać na zakup takich syntezatorów. Miało to duży wpływ na brzmienie dwóch pierwszych utworów — „W 40 Dni Dookoła Świata” i „Ordynarny Faul”. Płytę nagrywaliśmy już z Markiem Karczmarkiem, który jako pierwszy dołączył do mnie w zespole i wszedł do niego ze swoimi „maglami”. Ja też zainwestowałem pieniądze, które były przeznaczone na inny zakup, i stałem się posiadaczem Yamahy DX7 — instrumentu, który był absolutnie topowy w tamtym okresie. Słychać to na naszej pierwszej płycie „Papa Dance”, że brzmi ona już całkiem inaczej niż te dwa pierwsze nagrania. Styl płyty również odbiegał od pierwszych utworów — obecność Marka w zespole miała ogromny wpływ na aranżacje i sposób, w jaki zaczęliśmy grać. Każdy coś wnosił do zespołu, a jego charakter od samego początku był wypadkową wielu osób współtworzących ten projekt. Najlepiej słychać to na kolejnych płytach, przy produkcji których uczestniczył już Andrzej. Niedawno powiedział mi, że marzył, żeby grać w Papa Dance, ale kiedy już do niego trafił, okazało się, że to nie jest już ten sam zespół co na początku. Papa Dance przestał być projektem synthpopowym, a stał się po prostu zespołem grającym pop. Zespół egzystował jeszcze siłą rozpędu, którą nadał mu pierwszy skład, osiągając najwyższy poziom popularności wśród słuchaczy. Na koncerty pierwszego składu przychodzili młodzi ludzie od 16. roku życia wzwyż, natomiast w przypadku drugiego składu krąg odbiorców zawęził się głównie do nastoletnich dziewczynek w wieku 14–16 lat. Przyczyną tego mógł być fakt, że zespół z nowym wokalistą stracił swoją charyzmę i drapieżność. Zaczął promować się głównie w „Teleranku”, gdzie nowe produkcje najlepiej się odnajdywały. Zostało to bardzo szybko zauważone i opisane w jednej z recenzji koncertu zespołu w Warszawie.

Wasz styl (zarówno muzyczny, jak i wizualny) był na tamte czasy bardzo nowoczesny, wręcz zachodni. Skąd czerpaliście inspiracje, by wprowadzić synth-pop na polską scenę?

GW:
Miałem to szczęście, że od czwartego roku życia mieszkałem z rodzicami we Francji. Praktycznie wychowałem się na tamtejszej muzyce. Miałem zupełnie inne spojrzenie na muzykę i inny dostęp do płyt, co wtedy było dla mnie czymś całkowicie normalnym. To właśnie we Francji zafascynowałem się muzyką elektroniczną. To był też moment, kiedy Francja odkryła artystę, który najpierw zdobył uznanie poza granicami swojego kraju — Jean-Michela Jarre’a. Potem przyszedł czas na Pink Floyd i wszystko, co było związane z elektroniką. Oglądałem mnóstwo programów muzycznych, które były wszechobecne w tamtejszej telewizji. Zapamiętałem szczególnie jeden zespół — czteroosobowy skład: perkusista, dwóch klawiszowców i wokalista. Takie niezbędne elektroniczne minimum, które bardzo mnie ujęło. Ja tego składu nie wymyśliłem — po prostu przeniosłem go na polskie warunki, proponując Sławkowi Wesołowskiemu taką koncepcję zespołu. Chociaż na samym początku, po nagraniu dwóch pierwszych utworów, pojawiały się sugestie, żebym został solistą, to w mojej głowie cały czas funkcjonował właśnie ten czteroosobowy skład, który zobaczyłem kiedyś we francuskiej telewizji. Zespół, który tam widziałem, nie zrobił kariery na rynku francuskim i gdzieś przepadł, natomiast my osiągnęliśmy „top of the top” popularności na rynku polskim. Takie życie, taki kraj. W naszym przypadku był również epizod z rynkiem zachodnioniemieckim, ale to już temat na inną, dłuższą rozmowę. Sposób naszego ubierania był dla nas zupełnie naturalny — po prostu tak chodziliśmy na co dzień. Jedyną profesjonalną stylizację, którą zaprezentowaliśmy podczas sylwestrowych „Przebojów Dwójki” w katowickim Spodku, wymyśliła nam Dorota Stalińska. Była świetna i bardzo zapadła w pamięć naszym fanom, bo właśnie tak ten zespół miał prezentować się na scenie — i tak się prezentował do pewnego momentu, kiedy istniał jeszcze oryginalny, pierwszy skład. Wracamy do korzeni, ale nie do muzeum. Papa Dance od początku był projektem synthpopowym — opartym na elektronice, stylistyce i nowoczesnym brzmieniu — a nie klasycznym zespołem gitarowym. Chcemy odbudować właśnie ten charakter: klimat, elegancję, futurystyczną estetykę i przebojowość, które stworzyły tożsamość zespołu.  Kiedy reaktywowaliśmy zespół, zmartwieniem osób, które na początku zajmowały się jego promocją, było to, jak przyciągniemy młodych ludzi na nasze koncerty — ponieważ obserwując koncerty „konkurencji”, pod sceną stała zazwyczaj grupka dojrzałych kobiet, które w latach popularności zespołu miały właśnie 14–16 lat. W naszym przypadku młodzież pod scenę przyszła sama — wystarczyło tylko zagrać z sercem ponownie nasze utwory. W tej chwili mamy bardzo szeroką widownię: od młodzieży 16+ po 50+, a interakcja publiczności z nami jest po prostu niesamowita. Często zadawane jest mi pytanie: dlaczego dopiero teraz? To nie jest powrót po przerwie z wyboru. Przez długi czas trwały kwestie prawne — dopiero teraz udało się odzyskać prawa do nazwy, którą stworzyłem. Dlatego dopiero teraz mogę wrócić do tej idei w pełnym zakresie, przy akceptacji również Mariusza Zabrodzkiego. Jestem też to winny Sławkowi Wesołowskiemu, bez którego tego zespołu nigdy by nie było. Wróciliśmy na scenę i nadal rozwijamy projekt pod każdym względem. Na ten moment jesteśmy jeszcze w pewnym stopniu uzależnieni od sprzętu zapewnianego przez organizatora imprezy, ale mam nadzieję, że szybko wrócimy do grania na warunkach, które będą w pełni spełniały nasze wymagania i pozwolą nam realizować wizję brzmienia oraz oprawy scenicznej w stu procentach.

AZ: Już jako nastolatek kiedy pojawiło się MTV a wraz z nim: DURAN DURAN, DEPECHE MODE, CYNDI LAUPER, MADONNA, WHAM, oprócz elektronicznej magii dźwięków zacząłem zwracać uwagę też na stronę wizualną, a szczególnie na odmienny image np. formacji KAJAGOOGOO, EURYTHMICS, HUMAN LEAGUE. Dlatego, kiedy po raz pierwszy usłyszałem i zobaczyłem w PRL-u PAPA DANCE w pierwszej-oryginalnej odsłonie od razu pomyślałem, że wieje trochę zachodem-zarówno wizualnie i brzmieniowo. Dosłuchiwałem się tam elementów np. THOMSON TWINS czy OMD. Poza tym coraz bardziej pociągała mnie wtedy już muzyka elektroniczna. Kiedy słuchałem listy radiowej Trójki przechodziły mi dreszcze jak Marek Niedzwiecki często emitował nagrania grupy YELLO. Po prostu stałem się trochę takim “freakiem” electro-beatu i synth-popu. Produkcja zespołu PAPA DANCE w latach 80. była jeszcze czymś świeżym. Kolorowe stroje, dynamiczny wizerunek sceniczny i nowoczesne instrumentarium były świadomym elementem budowania tożsamości zespołu. Ja chciałem wtedy tworzyć, wykonywać muzykę elektroniczną, energetyczną i na światowym poziomie. Dokładnie taką, która nie odstawałaby od tego co można było usłyszeć na zachodnich falach i przede wszystkim odróżniała się od tego, co działo się wtedy na polskim rynku.  Chociaż muszę przyznać, że wizualnie nawet zespoły rockowe w PRL-u zaczęły zwracać uwagę na image. NP.  ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY, LADY PANK. Ja chciałem wyglądać jak LIMAHL, czy popers z zespołu ULTRAVOX albo SPANDAU BALLET. I tyle! Ten czar i marzenia o graniu analogowym brzmieniem trochę “prysły”, kiedy rozpadł się pierwszy skład PAPA DANCE, a ja dołączyłem do drugiego składu w 1986 roku. Image może i został lecz to drapieżne energiczne granie zamieniło się trochę w “bajkę”. Do składu zespołu manegament-producenci dołączyli “wiosła”, czyli gitary. Cały projekt zmienił kształt, ale ja nie utraciłem swojej miłości i zapału do elektronicznego grania i siedząc nocami w studiu dokładałem swoje cegiełki elektroniczne, ale swobody za bardzo nie miałem, bo i tak decyzje końcowe należały do producentów. A mi zależało zawsze żeby PAPA DANCE kojarzyło się z czymś świeżym, odważnym i innym od tego, co dominowało wtedy na polskiej scenie muzycznej.

Jak radziliście sobie z ogromną popularnością w tamtych latach? Fanki i listy od wielbicieli były wtedy codziennością – czy macie jakieś szczególnie zabawne wspomnienie z tamtego okresu?

GW:
Nie było lekko. Moja klatka schodowa była wymalowana od parteru po ostatnie piętro — od podłogi aż po sam sufit — tekstami wyznającymi mi miłość. Dziewczyny często spały pod moimi drzwiami na klatce. Przyjeżdżały z całej Polski, grupami nawet po kilkanaście osób. Listy jedne dziewczyny pisały i przysyłały, inne wyjmowały mi je ze skrzynki na listy, która była notorycznie demolowana. Nie było wtedy domofonu na klatce. Byłem również szczęśliwym posiadaczem telefonu, który nie przestawał dzwonić — musiałem go po prostu wyłączać. Był to też czas ograniczonego dostępu do taksówek — wszystkiego wtedy brakowało, a przemieszczanie się komunikacją miejską w moim przypadku było praktycznie niemożliwe. Byliśmy w Polsce tak popularni jak Beatlesi na świecie w okresie swojej świetności. Było to wręcz czasami uciążliwe i momentami niebezpieczne. Ludzie potrafią bardzo źle reagować na popularność innych. Zazdrość brała górę nad zdrowym rozsądkiem i w końcu zaczęliśmy poruszać się z ochroną. Mieliśmy swoich bodyguardów. Pamiętam kilka zabawnych historii, ale cenzura dziś tego nie przepuści (śmiech).

AZ :No właśnie, dobre pytanie w odniesieniu do tego jak to się odbywa dzisiaj. W latach 80. nie było social mediów, więc zamiast całej “zapchanej” skrzynki z mailami otrzymywałem stos listów z serduszkami na kopertach. Szczerze mówiąc, ja osobiście na początku kiedy trafiłem do zespołu nie bylem zagorzałym zwolennikiem podpisywania autografów, dlatego szybko z garderoby uciekałem do autobusu, albo w hotelu szybko do pokoju i zamykałem się ze swoimi instrumentami. Ale niestety bywało tak, że fani szybko”wyczaili” numery naszych pokoi i czekali w kolejce pod ścianą przy pokojach. Pamiętam jeden koncert w Częstochowie, kiedy to podczas drogi z sali koncertowej do autobusu zostaliśmy niemalże staranowani przez obszerny tłum fanó,w a skutkiem tego było odwiezienie jednego z członków zespołu do szpitala z pękniętym żebrem. Ale też nie zapomnę kiedy zacząłem grać w PAPA DANCE. Podczas każdego pobytu w moim malutkim rodzinnym miasteczku zawsze musiało się coś wydarzyć. Kilka razy zostałem, pobity a najbardziej po emisji sylwestrowego występu w TV, gdzie mieliśmy ostry makijaż a’la KAJAGOOGOO (śmiech). W Łomży, gdzie mieszkałem, mój balkon znajdował się na przeciwko Liceum Ogólnokształcącego. Podczas każdej przerwy uczniowie siedzieli pod balkonem i śpiewali piosenki PAPA DANCE. Bywało też tak, że podczas zakupów, kiedyś  podeszła do mnie bardzo młoda (może 14 -letnia) dziewczynka i zapytała czy ja to Andrzej Zieliński. Zaskoczony i ucieszony, że taka młoda publiczność nawet nas słucha odpowiedziałem: Tak to ja !!!! A Ona na to: O Boże moja mama uwielbia PAPA DANCE. Mimo mojej początkowej niechęci, do “pisania” autografów szybko zdałem sobie sprawę, że taka sympatia wtedy i szczególnie dzisiaj dawała i daje ogromną energię, zadowolenie i chęć do koncertowania i tworzenia muzyki. Krótko mówiąc: Czuliśmy się wtedy trochę jak THE BEATLES, tylko z oranżadą i kasetami magnetofonowymi.

Współczesna muzyka pop chętnie wraca do brzmień retro i lat 80. Czy czujecie się prekursorami trendu, który teraz znów jest na szczycie?

GW:
Ten trend powrotu do muzyki z lat osiemdziesiątych trwa już od dobrych kilku lat na świecie — podobnie jak powrót do winyli. W Stanach Zjednoczonych czy ogólnie na Zachodzie przyjęło się to na większą skalę, również w formie wydań kolekcjonerskich, gdzie winyl bywa dodatkiem do CD czy całych pakietów dla kolekcjonerów. W Polsce natomiast ten model nie do końca się przyjął. U nas wszystko, co związane z latami 80., wraca z pewnym opóźnieniem. W naszym przypadku zainteresowanie zespołem nigdy jednak nie zgasło, o czym świadczą liczne publikacje dotyczące zespołu umieszczane przez fanów na YouTubie i ilość komentarzy pod nimi. To właśnie ten ruch i zainteresowanie pierwszym składem było przyczyną naszego powrotu i wydania płyty z największymi przebojami Papa Dance. Dziś mamy okazję pokazać tę muzykę ponownie w świeższym wydaniu, pozostając wierni jej synth-popowym założeniom. Na polskim rynku w tej chwili dominują brzmienia disco polo oraz dość jednorodne produkcje tak zwanego polskiego popu. Mam czasem wrażenie, że w wielu przypadkach słucham tej samej piosenki w różnych wariantach. My natomiast nie straciliśmy swojej oryginalności i prawdopodobnie to właśnie jest powodem coraz większego zainteresowania zespołem Papa Dance w obecnym składzie. Nie reaktywujemy nostalgii. Przywracamy prawdziwy synthpopowy charakter zespołu. Odbudowujemy oryginalne DNA Papa Dance  – synthpop, elektronika i charakter, który wyróżniał nas od początku.

AZ: Współczesne produkcje często wykorzystują charakterystyczny dla lat 80 np. perkusyjny groove i “brudny bas”, wyraziste linie syntezatorowe i dużo efektów na instrumentach i wokalach.  Często taki powrót do tamtych brzmień, dźwięków nazywany jest retro-futuryzmem. Mógłbym przytoczyć tu mnóstwo artystycznych przykładów, ale najszybciej przychodzi mi do głowy najnowszy hit LADY GAGA “How Bad Do You Want Me”, gdzie wykorzystała charakterystyczny motyw syntezatorowy duetu YAZOO (“Only You”). Weźmy np. zespół THE WEEKEND i jego drugi po “Blinding Lights” hit “Save Your Tears”, który uznany jest za jeden z najpopularniejszych dzisiejszych przebojów i idealnie imituje brzmienie synth-popu lat 80. DUA LIPA także proponuje nowe produkcje pełne inspiracji muzyki pop lat 80. Kiedyś mówiono, że PAPA DANCE brzmi zbyt nowocześnie, a teraz okazuje się, że graliśmy i gramy klasykę. Słuchając radia ze współczesnymi produkcjami czasem mam wrażenie, że ktoś przeszukał magazyn z lat 80. i zabrał wszystko włącznie z syntezatorami i brokatem. Pracując teraz nad wersjami koncertowymi przebojów PAPA DANCE duży nacisk kładziemy na barwy jakie umieszczamy na muzycznych płótnach starych hitów. Mają one po prostu brzmieć jakbyś z ogórka kiszonego uczynił świeży. To wszystko musi przenosić słuchacza w czasy waty cukrowej i gumy Donaldowki, ale z nowym oddechem, energia i interpretacja. Cieszy mnie fakt, że dzisiaj po naszych koncertach dowiaduję się od fanów, że brzmienia, które kiedyś tworzyliśmy  mimo nowoczesnych, intuicyjnie dobranych (ale do złudzenia przypominających te oryginalne)nazywane są wciąż “synth-popem” albo “retrowave”. Podczas naszych koncertów ku zdziwieniu młoda część publiczności śpiewa całe piosenki, a nie tylko wpadające w ucho refreny. Moda wróciła szybciej niż kaseta przewinięta ołówkiem. 

Gdybyście mogli nagrać duet z dowolną współczesną gwiazdą polskiej sceny kogo byście wybrali, by połączyć Wasz styl muzyczny z nowoczesnym brzmieniem?

GW:
W moim przypadku jest to prosta odpowiedź — z Wojtkiem Sokołem, z którym już jakiś czas temu rozmawiałem na ten temat. Byłaby to dla nas wszystkich swoista klamra, ponieważ tata Wojtka, Jan Sokół, był moim i Marka przyjacielem. Pisał dla nas teksty, między innymi „Naj Story” to jego tekst.

AZ: Myślimy o tym od dłuższego czasu. Chcielibyśmy bardzo nagrać duet z Wojtkiem Sokołem-znakomitym raperem. To byłoby wyjątkowe połączenie naszego stylu z nowoczesnym brzmieniem, rapem i współczesna energia sceny muzycznej. Dodatkowego i bardzo ważnego znaczenia dodaje fakt, że Wojtek jest synem śp. Jana Sokoła, wieloletniego autora tekstów dla PAPA DANCE, więc taka współpraca byłaby dla nas pięknym sentymentalnym ukłonem w stronę historii zespołu i polskiej muzyki.

Jak wyglądał „rider” techniczny Papa Dance w 1986 roku, a jak wygląda dzisiaj? O co najdziwniejszego prosiliście organizatorów koncertów?

GW:
W latach 80. w Polsce nie istniało jeszcze pojęcie ridera technicznego. Grało się na tym, co było, i świeciło tym, co było dostępne. Wykonawcy nie mieli też jakichś wygórowanych wymagań. Zespoły zazwyczaj jeździły z tą samą ekipą techniczną. My mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na świetnych ludzi, co pozwalało nam wychodzić na scenę praktycznie bez wcześniejszej próby, a graliśmy bez jakiegokolwiek wspomagania — czyli bez playbacków, sekwencerów itd., w 100% live. Było to dla nas bardzo komfortowe i dawało możliwość dojeżdżania na koncerty tuż przed występem — często wychodziliśmy na scenę prosto z autokaru. Bardzo miło i z dużą nostalgią wspominam ten czas. W odróżnieniu od niektórych zespołów z tamtych lat nie zachowywaliśmy się jak rozbestwione bachory — nie demolowaliśmy hoteli, bo i po co, nie udawaliśmy wielkich gwiazd, bo i na co. Dla nas to było normalne życie i praca. W głowach zawsze grała muzyka i brzęczały nowe pomysły. To nie były czasy wymagań wobec organizatorów, bo nie trzeba było nic od nich wymagać — istniały pewne standardy, których wszyscy przestrzegali, i było po prostu fajnie i miło. Jedyną wymaganą przez nas rzeczą było zakwaterowanie w Orbisowskich trzygwiazdkowych hotelach w jedno – lub dwuosobowych pokojach. Raz pamiętam dodatkowe wymagania — żeby pokoje były wyposażone w telewizory, bo potrzebne nam to było do ZX Spectrum, mojego pierwszego komputera.

AZ: Wzasadzie to w tamtych czasach jako takich riderów technicznych nie było. My akurat jeździliśmy ze swoim sprzętem na prawie każdy koncert. To był jeden z niewielu komfortów, ale bardzo ważny. A jeżeli graliśmy na sprzęcie wynajętym, rider techniczny wyglądałby dziś niemalże muzealnie. Najważniejsze wtedy były: sprawne syntezatory, sekwensery, zapasowe floppy dyski, czasami magnetofony, stabilne zasilanie, dużo kabli, zapasowych części, duże głośniki i trochę światełek na scenie. Dużo do szczęścia nie było potrzebne. Wtedy nie było takiego czegoś jak rider socjalny. Często garderoba to była przebieralnia w szkole, albo “zapuszczone’ biuro w Domu Kultury. Kiedy graliśmy kilka koncertów dziennie zabieraliśmy ze sobą kanapki, a na miejscu w “przebieralni” znajdowała się skrzynka wody gazowanej ‘Krynka”.  Sprzętowo – problemem bywało zdobycie odpowiednich instrumentów czy części zamiennych. Pod wpływem temperatury i wilgoci “analogi” potrafiły się rozstając i czynić różne cuda, ale ważne były też takie egzotyczne rzeczy jak transformatory, czy konkretne typy gniazd i zabezpieczenia przed skokami napięcia. Dzisiaj większość podobnych kwestii jest dużo prostsza. Ogólnie, sprzęt jest w większości niezawodny, lżejszy do transportu, cyfrowe miksery. Zamiast magnetofonów w przypadku podpierania się loopami, padami są komputery sterujące. Niezbędne są tez odsłuchy douszne. No i bardzo ważna synchronizacja obrazu, świateł i dźwięków. Technicznie koncerty dziś są bardziej zaawansowane, ale mniej “nerwowe” niż w latach 80. Jeżeli chodzi o stronę socjalną, czyli garderobę i jej wyposażenie PAPA DANCE jest zespołem nie wymagającym nietypowych napojów, alkoholu, określonego koloru ręczników, konkretnego oświetlenia garderoby, albo jedzenia przygotowanego w specyficzny sposób.. Opieramy się na standardach plus batoniki-energetyki (śmiech).  Warto wspomnieć, że czasami kosmiczne wymagania niektórych artystów w riderze socjalnym mają praktyczny sens albo są po prostu testem, czy organizator rzeczywiście przeczytał rider dokładnie.

Synth-pop to syntezatory. Czy tęsknicie za analogowym brzmieniem starego sprzętu, który wiecznie się rozstrajał, czy wolicie nowoczesne, stabilne oprogramowanie?

GW:
Stabilne oprogramowanie to podstawa. Od momentu kiedy syntezatory zostały wyposażone w presety, które można było dowolnie zmieniać i zapisywać, rozstrajanie przestało być problemem — a generalnie nigdy nie było, bo nie po to muzyk ma uszy, żeby grać na rozstrojonym instrumencie. Jak trzeba, to się dostrajasz w trakcie grania. Ja osobiście jestem zwolennikiem rozwiązań „sprawdzonych” i porządnego, stabilnego, dobrze brzmiącego DAW-a. Andrzej pracuje na Macu i Logicu, ja na Pececie i Reaperze. Obydwa programy obsługują niezbędne wtyczki do nagrywania muzyki. Jednak nic nie zastąpi zewnętrznych, analogowych urządzeń, które dają to magiczne, ciepłe i okrągłe brzmienie.

AZ: To trochę takie pytanie: “wtyczka czy hardware”, albo “winyl czy streaming”. Pamiętam kiedy pierwszy raz zainstalowałem w komputerze wtyczkę (plugin) syntezatorowa i nie wiedziałem jak pracować. Brakowało mi wszystkiego. Świat analogowy to “gałki’-potencjometry, suwaki itd. I to dawało żywa energię i brzmienie-lekkie rozstrojenia oscylatorów, niestabilność pewnych funkcji, a nawet naturalne szumy oddawały ten klimat synth-popu. Właśnie takie niedoskonałości sprawiały, że syntezatory DEPECHE MODE, ULTRAVOX, HUMAN LEAGUE brzmią do dziś energicznie i emocjonalnie. Pracując obecnie w większości na pluginach-wtyczkach mogę stwierdzić, że nowoczesne instrumenty programowe i cyfrowe oferują komfort-wygodę, o której można było pomarzyć w latach 80. Czyli: pełna stabilność stroju, zabezpieczania zapisanych presetów, czyli brzmień-barw, nieograniczone możliwości editingu. Przede wszystkim też dostęp do niekosztownych serwisów. Ale ostatnio nawet podczas aranżowania jednego z utworów w stylu lat 80. celowo dodawałem cyfrowe emulacje i lekkie rozstrojenie, a przy końcowym miksie saturacje taśmy, żeby uzyskać klimat dawnych nagrań. Jestem miło zaskoczony, że współczesne emulacje syntezatorów są bardzo blisko oryginałów. Dobra wtyczka – plugin potrafi odtworzyć charakter starych maszyn z niebywałą dokładnością i większymi możliwościami modulacji i to bez dźwigania 20-kilogramowego syntezatora.

Który z Waszych utworów był najtrudniejszy do nagrania w studio i dlaczego?

GW: Zdecydowanie pierwszy utwór, który nagrywaliśmy — „W 40 dni dookoła świata”. Słychać w nim partie arpeggiatorów, które nie były wygenerowane przez żadną maszynę, tylko zostały zagrane ręcznie. Sławek zwolnił taśmę, a Mariusz sam nagrał to z ręki. To był też mój pierwszy kontakt z profesjonalnym studiem nagrań. Dzięki Sławkowi bywałem tam już wcześniej wiele razy, ale wtedy po raz pierwszy znalazłem się po tej drugiej stronie — jako wykonawca. No i sam czas, w którym to nagrywaliśmy — głównie nocami. Wtedy był to dla mnie dramat, a dziś najlepiej pracuje mi się właśnie w nocy.

Jak zmieniła się polska scena muzyczna od czasu Waszego debiutu?

GW: Obecnie mam wrażenie, że przez dostęp do oprogramowania, które każdy może mieć zainstalowane na swoim komputerze, wiele osób ma możliwość pokazania swojego talentu.
To jedna strona medalu — ta jaśniejsza. Druga, ciemniejsza strona jest taka, że ten sam dostęp — dziś dodatkowo poszerzony o sztuczną inteligencję — sprawia, że praktycznie każdy może stworzyć utwór, w którym AI wygeneruje muzykę, tekst, a nawet wokal. Powstaje z tego ogromna ilość produkcji, które często trudno od siebie odróżnić. W efekcie pojawia się sporo bardzo podobnych, „produkcyjnych” utworów, a wizerunkowo wszystko zaczyna wyglądać dość jednorodnie — zarówno jeśli chodzi o wykonawców, jak i całą estetykę sceny. Mam też wrażenie, że dziś część rynku muzycznego bardziej koncentruje się na obrazie i oprawie wizualnej niż na samej muzyce, która kiedyś była punktem wyjścia. Sama muzyka została dodatkowo spłaszczona do wymagań streamingu i odsłuchu w telefonach, co w praktyce często niszczy jej brzmienie — a przecież to właśnie ono bywało podstawą popularności wielu artystów. Nie wiem, czy Pink Floyd ze swoim albumem „Wish You Were Here” spotkaliby się dziś z takim samym zainteresowaniem wśród słuchaczy konsumujących muzykę głównie przez telefon. Brakuje wyrazistych, rozpoznawalnych produkcji muzycznych i charyzmatycznych artystów. A Papa Dance takim właśnie zespołem był, co w efekcie przyniosło mu tak duży sukces w latach 80.

AZ: Działalność artystyczna, sceniczna, medialna w latach 80. to zupełnie inna bajka niż praca i cały showbiznes dzisiaj. W tamtych latach dostęp do sprzętu był ograniczony. W PRL-u nagrania powstawały w zaledwie kilku profesjonalnych studiach muzycznych, a o popularności decydowały głównie radio, telewizja, festiwale, sprzedaż płyt i kaset. Tylko samo pojawienie się zespołu czy solowego artysty w programie telewizyjnym mogło wykreować ogólnopolski fenomen. W przypadku PAPA DANCE muzyka elektroniczna była wtedy czymś świeżym i nowoczesnym. Syntezatory kojarzyły się z Zachodem, nową estetyką,  image i nieznanym dotychczas gatunkiem muzycznym.  Dziś scena muzyczna jest bardziej demokratyczna pod tym względem, że każdy może nagrywać muzykę w domu, na laptopie, publikować ja w serwisach streamingowych i promować się w mediach. Daje to wolność, swobodę i różnorodność, ale też wzrosła znacznie konkurencja i niepokojącym i zmuszającym do działania jest fakt, że trendy muzyczne zmieniają się błyskawicznie. I mieszają się też błyskawicznie, np. rock z disco, hip-hop z house i techno. Zmieniło się tez podejście do gatunków. W latach 80. electro-pop, czy synth-pop były czymś nowoczesnym,  natomiast dzisiaj brzmienie takie wróciło w formie nostalgii. Artyści uprawiający współczesny pop coraz częściej wracają do analogowych brzmień i estetyki tamtych lat. Mówiąc o zmianach na polskiej scenie muzycznej nie mogę pominąć samego faktu zaistnienia na niej, co jest dzisiaj bardzo trudne. Paradoksalnie nigdy wcześniej nie było tak łatwo publikować muzyki, bo streaming, social media itd. Problemem jest raczej “przebicie się” niż samo tworzenie muzy. Rynek muzyczny dzisiaj to ogromna konkurencja i także wielu dobrych muzyków – kompozytorów przegrywa z osobami, które lepiej rozumieją mechanizm i system internetowy. Jeżeli chodzi o nowe produkcje – utwory to publiczność szybko je konsumuje, ale i szybciej zapomina. Można pisać nowe piosenki, tworzyć hity, ale”głową boli a ścianą stoi”- nie do przebicia. Dlatego na razie jako PAPA DANCE skupiliśmy się na nowoczesnym odświeżeniu starych, sprawdzonych hitów. W Polsce nadal można się  “przebić”, ale zwykle przez wyraźną tożsamość, koncerty i autentyczny kontakt z ludźmi. Jednak załatwianie spraw “pod stolikiem” i “po rodzinie” jest coraz bardziej wszechobecne. Zjawisko to zauważyłem też w USA, gdzie przeżyłem ponad 30 lat. Tylko, że taka metoda różni się znacznie zależnie od kraju, kontynentu. W Stanach odbywa się to bardziej dyplomatycznie, ”profesjonalnie”, w “białych rękawiczkach”. W grę tam wchodzą na pewno  grubsze koperty. Zarówno tam jak i w Polsce często role, kontrakty, czy współprace trafiają najpierw do osób „z obiegu”,  zanim np. pojawi się oficjalny casting albo propozycja radiowo-koncertowa. Talent pomaga wejść wyżej, ale te właściwe drzwi otwierają relacje rodzinne, damsko – męskie, męsko-męskie, pieniądze itp. Zauważyłem, że w Polsce wiele osób z branży zna się prywatnie. Te same nazwiska przewijają się w TV, radiu, agencjach. Zarówno w Polsce jak i w Hollywood nepotyzm jest widoczny tylko w innej skali. Ale podsumowując pytanie; jak zmieniła się scena muzyczna w Polsce mogę  śmiało stwierdzić, że mimo tych wszystkich zmian jedno pozostało wspólne i podobne: publiczność nadal szuka emocji, niezapomnianych riffów, melodii, charakterystycznego stylu, a to właśnie było jednym z fundamentów sukcesu PAPA DANCE. 

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *