„Żadne czynne miejsce nie zaoferuje takich walorów estetycznych jak dana ruina. Bo w miejsce czynne ingeruje człowiek, a w opuszczone natura. I to jest w tym wyjątkowe” podkreśla Karol Jopert, w sieci znany jako Łowca Ruin, który od lat odwiedza miejsca, do których nie wiodą turystyczne szlaki. Miejsca, w których czas dawno temu się zatrzymał. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada m.in. o mrocznym świecie urbexu, postapokalipsy i zapomnianej historii.
Co sprawiło, że zwykłe podróżowanie zmieniło się u Ciebie w pasję do eksplorowania zapomnianych i opuszczonych miejsc?
KJ: Tak naprawdę było nieco na odwrót. Najwięcej podróży zaliczyłem po zainteresowaniu się exploracją, którą zaraziłem się w 2017 r. Z czasem miejsca w okolicy przestały wystarczać, więc koniec końców – trzeba było zainteresowaćsię podróżami.
Urbex to dla Ciebie dokumentacja historii, adrenalina, czy może forma sztuki?
KJ: Kiedy zastanawiam się nad podobnym pytaniem, to zazwyczaj na myśl przychodzi jedna odpowiedź – estetyka. Żadne czynne miejsce nie zaoferuje takich walorów estetycznych jak dana ruina. Bo w miejsce czynne ingeruje człowiek, a w opuszczone natura. I to jest w tym wyjątkowe.
Pamiętasz swój pierwszy obiekt, od którego wszystko się zaczęło?
KJ: Były to nieczynne hotele robotnicze w Bytomiu. Całkiem puste. Do dnia dzisiejszego straszą przyjezdnych. Wówczas były jeszcze otwarte, a dziś nie ma do nich dostępu.
Które województwo w Polsce ma najwięcej do zaoferowania dla miłośników urbexu?
KJ: Statystycznie to trudno powiedzieć. Myślę, że w każdym województwie będziemy w stanie znaleźć coś interesującego. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Jak przygotowujesz się do wejścia do nowego, często niezbadanego i zniszczonego miejsca?
KJ: Pierwsza i najważniejsza „rzecz” to zdrowy rozsądek! Warto o nim pamiętać. Tak jak mówiłem – tutaj ingeruje natura. Ona nam nie zagwarantuje stabilnych schodów czy wytrzymałego dachu. Oprócz niego warto mieć przy sobiepodstawowe elementy wyposażenia takie jak latarka, dobre obuwie itd. To są podstawy, o których pamiętam.
W którym z odwiedzonych dotychczas miejsc poczułeś największy strach lub zagrożenie?
KJ: Jest taki moment. Może i nie zdarzyło się to podczas samej exploracji, ale w drodze na nią. Kiedy w maju tego roku zmierzałem do opuszczonej świątyni na Tajwanie, zaczęły mnie gonić dwa wielkie psy, które wybiegły z prywatnej posesji. Chciały mnie zaatakować. Biegnąc zacząłem dopatrywać się jakiekolwiek konstrukcji, na którą będę w stanie się wspiąć. Ostatecznie doszło do najgorszego scenariusza – przewróciłem się. W tamtym momencie już tylko się zastanawiałem, w którą rękę ugryzą mnie najpierw. Na szczęście pod wpływem adrenaliny natychmiast się podniosłem i zacząłem odruchowo je przeganiać krzykiem. Nagle zaczęły się powoli wycofywać. Najprawdopodobniej w ich mniemaniu obroniły swój teren i wróciły do siebie. Moment krótki, ale iście potworny!
A które przyniosło najlepszą wyprawę i przygodę?
KJ: Trudne pytanie w momencie gdy zobaczyło się setki miejsc w paru krajach. Jednak na myśl przychodzi chyba wspomniany wyżej Tajwan. Wraz z grupą Odkryj Tajwan zobaczyłem masę starych, ale świetnie zachowanych miejsc. Każde z nich nauczyło mnie innego elementu lokalnej kultury. Jednocześnie Tajwan to bardzo interesujący kraj. Aż dziwne, że nie jest tak popularny turystycznie.
Z jakimi największymi trudnościami – fizycznymi lub logistycznymi – mierzysz się podczas tego typu wypraw?
KJ: Chyba będą to dojazdy. Nie posiadam samochodu, więc wyprawy w wyludnione rejony potrafią być trudne i męczące, ale nie ukrywam, że ja to lubię. W mojej ocenie wyjazd pociągiem jest znacznie ciekawszy. W aucie GPS doprowadzi do celu i na tym koniec, a gdy zdecydujemy się na transport publiczny, trzeba się trochę nakombinować.
Urbex często balansuje na granicy prawa. Jak podchodzisz do kwestii legalności wchodzenia na opuszczone tereny i jak radzisz sobie w sytuacjach konfrontacji z ochroną czy policją?
KJ: Mam bardzo dużo szczęścia co do podobnych sytuacji. Praktycznie nigdy nie miałem większych problemów z organami ścigania. Ewentualnie upomnienia. Nie mniej zawsze jestem świadom ryzyka i gdy zajdzie taka konieczność, to poniosę konsekwencje i przyjmę to „na klatę”.
Wchodzisz do miejsc, które były świadkami zarówno pięknej historii, jak i ludzkich tragedii. Czy masz swój ulubiony typ obiektów (np. pałace, szpitale, fabryki), który najbardziej działa na wyobraźnię?
KJ: Myślę, że lubię wszystko. Grunt, żeby było więcej czasu. W przeciwnym wypadku nie ma możliwości osiągnięcia „tego” klimatu. Choć nie ukrywam, że ostatnio ciągnie mnie do opuszczonych osiedli/wsi. Mam na myśli skupisko starych domów lub bloków. Czyli miejsca, w których mieszkamy, tylko w wersji postapokaliptycznej. To zawsze robi wrażenie!
Często zdarza się, że w opuszczonych budynkach nadal znajdują się czyjeś pamiątki?
KJ: Oczywiście. Zdarzało się znajdować stare gazety, listy, pocztówki, dokumenty itd. Lub w miejscach typu hotele można czasem natknąć się na stare listy gości z ich nazwiskami. Podobnie w jednym opuszczonym biurowcu niegdyś odnalazłem list z zawiadomieniem spłaty kredytu na wysokość około 300 tysięcy złotych. Ten list mógł znaleźć każdy. Aż szok, że nikt takich rzeczy nie zabezpieczył.
Były takie, które szczególnie podziałały na wyobraźnię?
KJ: Na pewno taką wyprawą była włoska „Poveglia”. Bezludna Wyspa z opuszczonym szpitalem psychiatrycznym, gdzie spędziłem noc. O ile wiedziałem, że nikogo tam nie spotkam, to jednak noc w takim miejscu potrafi przyprawić o deszcze. Zwłaszcza, że przebywanie na jej terenie nie jest zupełnie legalne. Na szczęście wizyta skończyła się pozytywnie.
Jest jakieś wymarzone miejsce na mapie Polski lub świata, do którego bardzo chcesz dotrzeć?
KJ: To pytanie również nie należy do kategorii „łatwych”. Miejsc, miast i krajów jest tyle, że bardzo ciężko wytypować coś konkretnego. To chyba miejsce, w którym najlepiej skierować czytelników na moje social media, gdzie na bieżąco można śledzić co znalazłem tym razem.
Dziękuję za rozmowę
Foto: FB Łowca Ruin
Zachęcamy do odwiedzenia profilu naszego rozmówcy na Facebooku




















