Strona główna / Wywiady / Manhattan, nowojorskie metro i narodziny diabła

Manhattan, nowojorskie metro i narodziny diabła

„Przyjechałam kilka lat temu, trochę z ciekawości świata, trochę z potrzeby zmiany. Wybrałam właśnie to miejsce, bo tutaj każdy jest „skądś” i nikt się nie dziwi, że ja też” mówi Karina Bonowicz, która zamiast rodzinnego Torunia wybrała Nowy Jork. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada m.in. o swoim okraszonym humorem cyklu książek „Gdzie diabeł mówi dobranoc”, miłości i nienawiści do nowojorskiego metra i o tym, jak się pije kawę na Manhattanie.

Może zacznijmy od Nowego Jorku – czym zajmuje się Pani w NY, kiedy Pani wyjechała i dlaczego wybrała właśnie to amerykańskie miasto?

KB: Zacznijmy od tego, że Nowy Jork to nie tylko miasto, ale i stan umysłu (śmiech). Przyjechałam kilka lat temu – trochę z ciekawości świata, trochę z potrzeby zmiany. Wybrałam właśnie to miejsce, bo tutaj każdy jest „skądś” i nikt się nie dziwi, że ja też. To geograficzny środek świata – w jednym punkcie spotykają się wszystkie kontynenty. Jednego dnia można zjeść polskie placki ziemniaczane, japońską zupę z wodorostów i brazylijską feijoadę – wszystko przygotowane przez ludzi, którzy przywieźli te smaki z domu. Można zajrzeć do Małych Włoch, Chinatown czy Koreatown i przez chwilę poczuć się jak w innym kraju. Na co dzień edukuję i zżymam się na amerykański system edukacji, a jednocześnie uczę dzieci polskiego pochodzenia języka ich przodków – zdecydowanie polskimi metodami.

Jak się żyje w Ameryce? Dalej można śnić amerykański sen?

KB: Sen dalej jest, tylko budzik dzwoni szybciej. Wciąż można go śnić, ale trzeba mieć grubą skórę i plan B, C, D oraz Z. Ameryka daje możliwości, ale rachunki wysyła punktualnie. Nawet w ciągu kilku lat mojego pobytu wiele się zmieniło. „Amerykański sen” coraz częściej bywa nazwą, która dobrze ma się jedynie w kinie albo opowieściach pradziadków.  Paradoksalnie – idea amerykańskiego snu jest dziś często bardziej żywa poza Ameryką niż w niej samej. O tym jednak najlepiej przekonać się samemu.

Czego nie da się polubić w USA? Co Panią najbardziej denerwuje?


KB:
Biurokracji w uśmiechu – tak to nazywam (śmiech). Wszystko jest „amazing” i „great”, nawet gdy właśnie odmówiono ci kredytu. Trudno polubić powierzchowność relacji i wszechobecne „love you!”, rzucane z taką lekkością jak „hi!”, nawet po trzech minutach znajomości. I plastik. W każdej postaci.

Dużo Polaków mieszka w Nowym Jorku?

KB: Tysiące. Polski słychać w sklepach, na ulicach, w metrze. Można kupić niemal wszystkie produkty z kraju, włączając ogórki kiszone i pierniki firmy „Kopernik”, i zawsze znaleźć kogoś do rozmowy. Polonia ma się dobrze – tylko każdy goni swoje marzenie i czasem nie ma czasu na bigos.

Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem?

KB:. Od wypisywania usprawiedliwień szkolnych za mamę. Tata ma zbyt charakterystyczne i trudne do podrobienia pismo (śmiech). To były moje pierwsze wymyślone historie, które zostały spisane. Potem już poszło.

Cykl „Gdzie diabeł mówi dobranoc” – uwielbiam go. Fantasy połączone z science fiction i mitologią słowiańską. Mieszanka wybuchowa okraszona humorem autorki – kiedy i jak narodził się pomysł na powieści z tej serii?

KB: Z tęsknoty za słowiańską mitologią i z przekory. Chciałam połączyć to, co nasze – wierzenia, przesądy, bóstwa – z nowoczesnością i humorem. Lubię, gdy diabeł bywa zabawny, a bohaterowie nie są kryształowi. Pomysł narodził się w pociągu. Scena otwierająca pierwszy tom rzeczywiście miała swoje źródło w realnym wydarzeniu – oczywiście bez elementów nadprzyrodzonych (śmiech). Zaczęłam się zastanawiać: co by było, gdybym miała magiczne zdolności? Jak bym je wykorzystała? Czy da się oprzeć pokusie zmiany rzeczywistości jednym zaklęciem? Jaką władzę to daje i jak zmienia człowieka? Reszta przyszła sama. A wszystko zaczęło się od fantazji o tym, jak uciszyć zbyt głośną współpasażerkę (śmiech).

Mamy wznowienie serii. Będzie kolejny tom, czy zakończy się ona na trylogii?

KB: Tak. Bohaterowie są uparci i chcą kontynuować swoją historię.

O napisaniu jakiej książki Pani marzy?

KB: Myślę, że ta trylogia już jest spełnieniem tego marzenia. Stworzyłam świat, do którego czytelnik może w każdej chwili wejść i zostać tam tak długo, jak potrzebuje. Z wiadomości, które dostaję, wiem, że wielu wraca do Czarcisławia jak do miejsca, w którym można na chwilę zamieszkać. Tworzą własne wersje wydarzeń, piszą fan fiction, dopisują wątki. To niesamowite, kiedy się widzi, że uniwersum żyje poza książką, i to na długo po jej zamknięciu.

Szykuje się coś nowego dla czytelników?

KB: Zawsze coś się tli. Pisarka bez nowego projektu jest jak metro w Nowy Jork bez opóźnienia – podejrzanie spokojna (śmiech).

Pisze Pani książki, ale aktorsko spełniona nie jest? Próbowała Pani swoich sił przed kamerą czy na deskach teatru?

KB: Nigdy na poważnie. Mam temperament sceniczny, ale też sporo wygodnictwa (śmiech). Aktorstwo to ogromny wysiłek – także fizyczny. Wolę siedzieć przy biurku i pisać. Niech się moi bohaterowie gimnastykują.

Uzależniona od kawy, coca-coli i czarnego humoru. Jak smakuje  kawa na Manhattanie?

KB: Jest droga i wypijana w biegu.

Wróci Pani kiedyś do rodzinnego Torunia?

KB: Toruń jest we mnie zawsze. Czy wrócę? Nigdy nie mówię „nigdy”. Emigracja uczy, że dom to bardziej ludzie niż adres.

I jeszcze zapytam o nowojorskie metro. Często wrzuca Pani na FB różne zdjęcia właśnie z metra. Co jest z nim nie tak?

KB: Wszystko! Nawet nie wiem, od czego zacząć (śmiech). Dla turysty to fascynujący wszechświat – głośny, kapryśny, czasem pachnący przygodą… albo czymś mniej poetyckim. Kiedy jednak staje się codziennością, zmienia się w koszmar, z którego chcemy się jak najszybciej obudzić. Proszę sobie wyobrazić autobus podmiejski wypełniony ludźmi, którzy jedzą, śpiewają, rozmawiają przez telefon, obcinają paznokcie czy zmieniają garderobę – na trasie między Toruniem a Gdańskiem. Autobus spóźniony, postój w polu czterdzieści minut, a po trzech godzinach wreszcie dojazd do celu. W Nowym Jorku odległości między dzielnicami potrafią odpowiadać odległościom między miastami w Polsce – to oznacza godziny spędzone w metrze. Codziennie. To trochę jak autostrada w piątek po południu – jedziesz, bo trzeba, nie dlatego, że marzyłaś o kontemplacji tylnego zderzaka.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *