Strona główna / Wywiady / Fantastyka, magia i romans za murami akademii

Fantastyka, magia i romans za murami akademii

„Akademia Ciemnogrodzka” była planowana przede wszystkim jako literacki eksperyment oraz przyjęcie wyzwania rzuconego przez koleżanki. Eksperyment okazał się jednak hitem popularnego nurtu jakim jest dark academia. Stał się historią otulającą jak miękki koc i pokazującą, że nawet w najmroczniejszym miejscu można odnaleźć dobro. Barbara S. Maciejczyk zabiera czytelnika do świata, w którym akademicki rygor miesza się z magią i romansem. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada zaś m.in. o tym, jak jej powieści zapragnęła 8-latka, fascynacjach, które zrodziły Akademię Ciemnogrodzką i zmęczeniu  ciągłym relatywizowaniem i gloryfikacją zła.

Pani powieści, jak np. Akademia Ciemnogrodzka, idealnie wpisują się w szalenie popularny nurt dark academia. Co według Pani decyduje o magnetyzmie tego klimatu?

BM: Myślę, że nieustanne zainteresowanie dark academią może wynikać z kilku czynników. Po pierwsze, jesteśmy zmęczeni technologią. Codzienne patrzenie w ekran nas wykańcza, a wiele osób nie może sobie pozwolić na odcięcie się, np. od telefonu – chociażby ze względów zawodowych. Jednocześnie dark academia kładzie nacisk na to, co fizyczne, sensualne – na fakturę papieru starej książki, szorstkość murów, zapach wiekowej biblioteki. Nie wszystkie gatunki dbają o tak multizmysłowy odbiór lektury. Po drugie, niemałą rolę odgrywają szarość i nijakość w modzie, architekturze, sposobie życia. Podczas gdy autorytety każą nam się zachwycać brakiem kolorów czy topornymi budynkami, dark academia opisuje wieżyczki, intensywne (choć często ciemne) barwy, faktury, wzory, wyraża zachwyt nad ponadczasowym pięknem gotyckich katedr. Sama estetyka związana z tym gatunkiem jest niezwykle eklektyczna, a jednocześnie elegancka. Stanowi ona odniesienie do tradycji i przeszłości, czyli do rzeczy, o których zdarza nam się zapominać w nieustannym pędzie za nowoczesnością i trendami. Po trzecie, każdy z nas lubi czuć się mądry. To podstawowe pragnienie uznania i wzbudzania zainteresowania w innych ludziach. Gatunek, w którym piszę „Sagę Smoczych Magów”, oferuje czytelnikom dokładne opisy lekcji i wyjaśnienie trudnych zagadnień, a także zapomniane słowa, częściowo wyrugowane z codziennego użytku, rzadko spotykane nawet w literaturze. W dobie kryzysu edukacji instytucjonalnej kształcenie może odbywać się np. właśnie poprzez lekturę wymagającą od odbiorcy intensywnego myślenia i niegasnącej ciekawości. Po czwarte i ostatnie, dark academia łączy się innymi gatunkami, jak choćby kryminałem, powieścią gotycką czy romansem. Od czasów pierwszych historii – najpierw przekazywanych ustnie, a dopiero potem spisywanych – my, ludzie, lubimy historie o zbrodniach, grożącym nam niebezpieczeństwie (nierzadko o nadprzyrodzonej proweniencji), a także, oczywiście, historie miłosne.

A dlaczego Pani tak chętnie osadziła w nim swoje historie?

BM: Wbrew pozorom to nie jest łatwe pytanie! Wydaje mi się, że początkowo zrobiłam to niejako nieświadomie (a może raczej: podświadomie?). Obecnie na co dzień pracuję jako nauczycielka akademicka, wykładam tematy związane z literaturą, nowymi mediami, edycją tekstu. Z jednej strony pisanie – czy to „Akademii Ciemnogrodzkiej”, czy innych projektów – traktuję jako odskocznię od środowiska uniwersyteckiego. Fakt, iż zadebiutowałam powieścią w gatunku tak ściśle związanym z edukacją wyższą, nie przestaje mnie bawić. Jednocześnie zaś mój stały kontakt z językiem oraz z kolejnymi pokoleniami studentów pozwala mi na nadawanie życia moim tekstom pisanym w gatunku dark academia, więc finalnie może właśnie to jest kluczem. Moja codzienność jest ściśle powiązana z tym, co cenią fani dark academii.

Jak wygląda proces budowania świata w Sadze Smoczych Magów? Czy jako badaczka kultury podchodzi Pani do tego analitycznie, czy pozwala ponieść się czystej intuicji twórczej?

BM: Nie wydaje mi się, abym w trakcie tworzenia była w stanie wyłączyć krytyczne myślenie czy choć na chwilę zapomnieć o mechanizmach rządzących (pop)kulturą. Pisząc, podświadomie odtwarzam podróż bohatera w schemacie opracowanym przez Josepha Campbella, odwołuję się do znanych tekstów kultury (uwielbiam intertekstualność!), stosuję zabiegi mające wpłynąć na odbiór danej sceny, np. budzącą konsternację czytelników retardację, która znana jest już od czasów antycznych. Jednocześnie zaś wspomniana intuicja twórcza jest dla mnie równie ważna. Często daję się ponieść scenie, sprawdzam też, dokąd zabiorą mnie bohaterowie i jacy się staną, jeśli dam im odrobinę wolności. Bo z jednej strony każda postać jest częścią osobowości autora, który powołał ją do życia, z drugiej jednak stanowi odrębny byt.

Jest Pani doktorem nauk humanistycznych i literaturoznawczynią. Ta ogromna wiedza teoretyczna pomaga w pisaniu beletrystyki, czy bywa obciążeniem, uruchamiając w głowie „wewnętrznego krytyka”?

BM: Jedno i drugie! Nie ukrywam, że o wiele łatwiej tworzy się teksty, kiedy zna się charakterystykę gatunków, jest świadomym zmian w literaturze, posiada wiedzę na temat tego, co już pojawiało się w książkach, a co można wykorzystać, dopasować to do aktualnych warunków. Jednak wychodzę z założenia, że całe życie się uczę. Jeśli nie jestem czegoś pewna, jeżeli coś mnie zainteresuje, to staram się zgłębić temat. W tym nie różnię się od osób, które piszą, lecz nie są po studiach kierunkowych. Jednak jest także druga strona medalu. Chociaż wiem, że moje teksty są tak dobre, na ile to było możliwe w warunkach ich powstania, to zawsze mam z tyłu głowy myśl: „przecież stać cię na więcej”. Kilka lat temu utknęłam na etapie nieustannych poprawek, przez co nie wysyłałam żadnej książki do wydawnictw. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że moje powieści zawsze mogą być lepsze, ale uciszam wewnętrznego perfekcjonistę i cieszę się tym, co wychodzi spod moich palców. Może kiedyś przyjdzie pora, by poprawić te historie, ale na razie nie planuję!

Badawczo zajmowała się Pani m.in. motywem wampirów oraz urban fantasy. Jak własne analizy popkultury i literatury grozy wpływają na to, jak konstruuje Pani potwory lub magię we własnych książkach?

BM: Dotychczasowe wybory czytelnicze stanowiły ogromną, twórczą inspirację dla moich tekstów. To z nich dowiadywałam się o istnieniu stworzeń z rozmaitych mitologii, poznawałam różne kreacje wampirów czy wilkołaków, a także systemy magiczne. Choć w wypadku tego ostatniego zazwyczaj idę na żywioł. Bardzo rzadko mam wcześniej spisane dokładne działanie magii, częściej zastanawiam się, jak zasady istniejące w danym świecie mogą ułatwiać – lub lepiej: utrudniać – życie moim bohaterom. Najczęściej jednak robię to bardzo intuicyjnie, dlatego gdyby inni badacze chcieli kiedyś poddać analizie moje teksty, z pewnością zauważyliby w nich coś, na co sama nie zwracam uwagi, co z pozycji autorki traktuję jako oczywistość.

Pani teksty naukowe i publicystyczne (m.in. dla „Gotham w deszczu”) pokazują silną miłość do popkultury. Które uniwersa popkulturowe ukształtowały Panią najbardziej jako pisarkę?

BM: Zdecydowanie uniwersum „Harry’ego Pottera” i „Władcy Pierścieni”! Przepadłam w nich doszczętnie. Sposoby przedstawiania postaci, zasad działania świata, odwołania do innych tekstów kultury – to wszystko współgra z tym, jak sama tworzę i odbieram literaturę. A poza tymi dwoma, hm… Powinnam wymienić tu jeszcze bogaty dorobek literacki Anne Rice oraz Andre Norton, komiksy o Kaczorze Donaldzie oraz Asteriksie i Obeliksie – z ich niesamowitym humorem i nawiązaniami do historii (to one jako pierwsze zaszczepiły we mnie miłość do samodzielnego czytania), a także klasyczne wersje baśni.

Jakie rejony fantastyki są Pani najbliższe?

BM: Powiem krótko: te, w których zwycięża dobro. Jestem zmęczona ciągłym relatywizowaniem i gloryfikacją zła. Często zaczytuję się w rozmaitych podgatunkach – m.in. fantasy, urban fantasy, romantasy, rural fantasy, dark academia fantasy itd. – ale najchętniej wracam do tych serii, pod koniec których następuje triumf dobra nad złem. W prawdziwym życiu zło wygrywa na tyle często, że nie mam ochoty doświadczać tego jeszcze w książkach.

Jak narodziła się „Akademia Ciemnogrodzka”?

BM: „Akademia” zaczęła się jako zabawa literacka – do napisania tej książki namówiły mnie koleżanki-pisarki. Inne moje teksty kierowałam do dorosłego czytelnika. Przy „Akademii Ciemnogrodzkiej” obniżyłam poprzeczkę, dlatego na okładce nie znalazło się żadne ograniczenie wiekowe. Oficjalnie można znaleźć informację o tym, że książka jest odpowiednia dla młodzieży od 13. roku życia, jednak podczas targów książki kupują ją także młodsze czytelniczki – najmłodsza miała 8 lat. Okładka spodobała jej się tak bardzo, że namówiła mamę na zakup. Mama uznała, że chętnie sama pozna „Akademię”, a jej córka najwyżej jeszcze trochę na to poczeka. To był bardzo uroczy moment! Wracając do pytania… W „Akademii Ciemnogrodzkiej” można znaleźć podobieństwa do „Harry’ego Pottera” (magiczna szkoła), serialu „Wednesday” (outsiderka przybywająca do placówki edukacyjnej i rozwiązująca zagadkę morderstwa) czy anime „The Vampire Knight” (uwielbiam je!). Podczas pisania zastanawiałam się, co najbardziej podoba mi się w każdym z tych tekstów kultury, a potem kreatywnie to wykorzystywałam. Silną inspiracją był także folklor. Najchętniej wykorzystywałam mniej znane postaci z wierzeń słowiańskich (jak wiła czy północnica), ale chętnie sięgałam także po inne (znane m.in. z mitologii celtyckiej, koreańskiej, żydowskiej czy islandzkiej). Zależało mi, by w „Akademii” położyć akcent na relacji i wartościach. Właśnie dlatego w książce znalazły się wątki dotyczące miłości do rodziny, rodzącej się przyjaźni i pierwszej miłości. Mamy w niej także stratę, zdradę zaufania, rozczarowanie czy bezsilność. To one pomagają bohaterce dojrzeć i docenić to, co posiada. Co do samego procesu: książka powstała bardzo szybko, bo w trzy miesiące. Potem odleżała swoje, została przeze mnie uzupełniona o dodatkowe rozdziały, które wcześniej nie pojawiły się na platformie Wattpad, na której ją publikowałam, a dopiero po tym wysłałam ją do wydawnictw. Później wszystko potoczyło się już błyskawicznie!

W powieści miesza się wiele różnych mitologii z unikalnym folklorem. Jak wyglądał proces łączenia tak odległych wierzeń w spójny świat Akademii?

BM: Research, research i jeszcze raz research! Z racji mojego wykształcenia i wykonywanego zawodu posiadam w domu wiele publikacji dotyczących rozmaitych stworzeń z różnych mitologii. Podczas pisania nierzadko wertowałam je tak długo, aż natrafiłam na istotę, która pasowała do tego, co chciałam napisać. Jeśli zaś moje książki nie przynosiły mi satysfakcjonujących odpowiedzi, szukałam artykułów w internecie. Starałam się wykorzystać postaci pojawiające się w rożnych folklorach. Moje koleżanki po piórze liczyły kiedyś, ile mitologii wykorzystałam – jeśli dobrze pamiętam, doliczyły się dziesięciu. W „Instytucie Tajemnic”, drugim tomie „Sagi Smoczych Magów”, który ukaże się jeszcze w tym roku, jeszcze poszerzyłam ten zakres.

„Akademia Ciemnogrodzka” z założenia miała być polską odpowiedzią na popularne historie o magicznych szkołach, czy też punkt wyjścia był zupełnie inny?

BM: Jak wspomniałam, „Akademia Ciemnogrodzka” była planowana przede wszystkim jako literacki eksperyment oraz przyjęcie wyzwania rzuconego przez koleżanki. To one namówiły mnie do napisania tekstu dla młodzieży! Z tego powodu niektóre sceny oraz kwestię okładki konsultowałam z… moją nastoletnią córką (a jednocześnie pomysłodawczynią imienia Lumiego). Jeśli coś zyskało jej aprobatę, przechodziło dalej. Dodatkowo w zalewie książek szkodliwych dla młodych ludzi chciałam stworzyć coś, co z czystym sumieniem mogłabym dać do czytania własnym dzieciom: historię o poszukiwaniu własnego miejsca, przyjaźni, pierwszej miłości. Historię otulającą jak miękki koc i pokazującą, że nawet w najmroczniejszym miejscu można odnaleźć dobro.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *