Strona główna / Wywiady / Sekrety Lawendowej Wyspy i magia, która przekracza granice

Sekrety Lawendowej Wyspy i magia, która przekracza granice

W swojej powieści zabiera czytelników za tajemniczą barierę. Udowadnia, że baśnie i fantastyka to najlepsze narzędzia do oswajania lęków. Kreuje wyjątkowe literackie światy, które rodzą się w jej wyobraźni, którą trudno okiełznać. Podobnie jak bohaterów jej powieści. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Dorota Tomaszewska, pedagog z powołania, trenerka uważności i pisarka opowiada m.in. o tym, jak radzi sobie z niesubordynacją własnych bohaterów, jak powstała Lawendowa Wyspa i skąd wzięła się jej miłość do map.

Jak i kiedy narodziła się potrzeba i chęć pisania oraz kreowania literackich światów?

DT: Myślę, że zaczęło się dużo wcześniej, niż odważyłam się nazwać to pisaniem. Od dziecka miałam dość podejrzaną skłonność do wymyślania historii. Jedni patrzyli na mijanych ludzi i widzieli sąsiadów. Ja zastanawiałam się, dokąd naprawdę idą, jaki sekret ukrywają i czy przypadkiem po godzinach nie ratują świata. Z czasem odkryłam, że moja wyobraźnia jest wyjątkowo uparta. Zamiast grzecznie siedzieć w głowie, zaczęła domagać się papieru. A bohaterowie… cóż, oni są bardzo wymagający. Potrafią obudzić mnie o drugiej w nocy tylko dlatego, że właśnie wymyślili lepszy dialog albo postanowili całkowicie zmienić fabułę.

Pisanie okazało się jedynym sposobem, żeby zrobić w głowie trochę miejsca. I chyba do dziś działa dokładnie tak samo. Z tą różnicą, że teraz zamiast jednej historii czeka na mnie cała kolejka światów, a każdy z nich jest święcie przekonany, że to właśnie on powinien powstać jako następny.

W jednym z wpisów wspomniała Pani o negocjacjach z bohaterami i momentach, kiedy postacie gubią się w tekście. Jak radzi sobie Pani z niesubordynacją własnych bohaterów?

DT: Nie radzę sobie. Ja tylko bardzo staram się sprawiać takie wrażenie. Moi bohaterowie są wyjątkowo niesubordynarni. Potrafią wejść do sceny z gotowym planem, spojrzeć na mój konspekt i stwierdzić: „To bardzo ciekawa propozycja, ale zrobimy inaczej.” I zwykle… robią.

Próbowałam już różnych metod wychowawczych. Były negocjacje, groźby usunięcia rozdziału, obietnice większej liczby scen, a nawet ciche dni. Niestety, bohaterowie doskonale wiedzą, że i tak ich nie wyrzucę z książki. Zdarza mi się więc zamknąć laptopa, zrobić herbatę albo pójść na spacer z nadzieją, że w tym czasie sami ustalą, o co im właściwie chodzi. Co zabawne, to zaskakująco często działa. Z perspektywy czasu zauważyłam jednak, że właśnie wtedy, gdy bohaterowie przestają słuchać mnie, historia zaczyna żyć własnym życiem. A to zazwyczaj oznacza, że za chwilę wydarzy się coś, czego nie planowaliśmy… ani ja, ani oni.

Świat w powieści „Naugia. Tajemnica Bariery” to niezwykłe połączenie magii, technologii i natury. Skąd czerpała Pani inspiracje do stworzenia Lawendowej Wyspy i systemu Gildii?

DT: Z wyobraźni. Wiem, że to brzmi jak wymijająca odpowiedź, ale naprawdę jest najbardziej uczciwa. Oczywiście moja wyobraźnia od lat żywi się fantastyką. Dorastałam z Tolkienem, C.S. Lewisem i Ursulą K. Le Guin. Później dołączyli Frank Herbert, Brandon Sanderson, Holly Black, Leigh Bardugo oraz Diana Wynne Jones, autorka „Ruchomego zamku Hauru”, którego ekranizacja Studia Ghibli jest jedną z moich ulubionych. To autorzy, którzy pokazali mi, że świat przedstawiony może być równie fascynujący jak sami bohaterowie. Nigdy jednak nie marzyłam o napisaniu „kolejnego fantasy”. Znacznie bardziej ciekawiło mnie pytanie: co by było, gdyby magia zachowywała się jak nauka, a nauka miała w sobie odrobinę magii? I chyba właśnie z tego pytania narodziła się Naugia. Lawendowa Wyspa, Zorvia i Gildie nie powstały przy biurku z rozpisanym planem. Najpierw pojawiały się pojedyncze obrazy, potem zasady rządzące tym światem, a dopiero na końcu bohaterowie zaczęli sprawdzać, czy wszystko rzeczywiście ma sens. Muszę przyznać, że są wyjątkowo wymagającymi testerami. Mam wrażenie, że nie tyle stworzyłam Naugię, ile miałam szczęście ją odnaleźć. Ten świat odsłaniał się przede mną kawałek po kawałku, a ja po prostu podążałam za nim i zapisywałam to, co miał mi do opowiedzenia.

W „Naugii” znalazła się między innymi szczegółowa mapa oraz piękne zdobienia rozdziałów. Jak blisko współpracowała Pani z grafikiem, aby przenieść tę wizję na papier?

DT: Podczas tworzenia grafik okazało się zupełnie przypadkiem, że jestem z tych autorów, którzy potrafią przejąć się położeniem jednego drzewa na mapie równie mocno, jak zakończeniem rozdziału. Największe emocje towarzyszyły mi jednak przy wyborze okładki. Wydawnictwo przesłało mi trzy propozycje. Otworzyłam pierwszą, spojrzałam i… właściwie było po wszystkim. Pomyślałam tylko: „No dobrze, kto zaglądał do mojej wyobraźni?” To było bardzo dziwne, ale jednocześnie piękne uczucie. Jakby ktoś wyjął obraz z mojej głowy i po prostu położył go na okładce. Bardzo doceniam też otwartość wydawnictwa na moje pomysły. Od początku marzyło mi się, żeby czytelnik dostał mapę Lawendowej Wyspy. Przygotowałam własny szkic, rozpisałam wszystkie najważniejsze miejsca, zaznaczyłam ich położenie i wysłałam z nadzieją, że nie usłyszę: „Pani Doroto… może jednak bez mapy.” Na szczęście usłyszałam coś zupełnie innego i wspólnie udało nam się stworzyć mapę, z której jestem dumna. Mogę też zdradzić mały sekret. W drugiej części również pojawi się mapa, ale tym razem będzie prowadziła czytelników po Bibliotece Akademii. To właśnie tam bohaterowie wrócą, by odnaleźć notatki Koralii Odkrywczyni dotyczące Bariery. Wygląda na to, że Miłek, Tessa i Kora lubią się gubić, a ja lubię to… rysować.

A zdobienia rozdziałów? To była niespodzianka. Naprawdę o nich nie wiedziałam. Kiedy pierwszy raz otworzyłam gotowy egzemplarz, pomyślałam, że książki też potrafią mieć biżuterię. I muszę przyznać, że „Naugii” bardzo do twarzy z tymi ozdobami.

Miłek buntuje się przeciwko powielaniu cudzych historii i chce tworzyć własną. Czy uważa Pani, że współczesnej młodzieży brakuje odwagi do kwestionowania autorytetów i narzucanych zasad?

DT: Myślę, że młodzieży nie brakuje odwagi. Czasem może, jak Miłkowi, bardziej brakuje przestrzeni, żeby z tej odwagi swobodnie korzystać. Pisząc Naugię, bardzo zależało mi na tym, żeby pokazać, że świat rzadko jest czarno-biały. Szczególną troską otoczyłam postać Malkolma – dziadka Kory. Na pierwszy rzut oka łatwo go ocenić. Łatwo przypisać mu jedną rolę i zamknąć w kilku prostych słowach. Ale życie bardzo rzadko jest takie proste. Często to, co widzimy lub słyszymy jako pierwsze, okazuje się zaledwie fragmentem znacznie większej historii. Podobnie jest z królową Różanną. Chciałam pokazać, że nawet dorośli nie zawsze są wolni. Czasem również zmagają się z oczekiwaniami, obowiązkami i rolami, które ktoś napisał dla nich dużo wcześniej. Dorosłość wcale nie oznacza, że zawsze można żyć dokładnie tak, jak się chce. Miłek z kolei zadaje pytania. I chyba właśnie to jest dla mnie najważniejsze. Nie chciałam napisać bohatera, który buntuje się dla samego buntu. Znacznie bardziej interesowała mnie odwaga, by zapytać: „Dlaczego właściwie robimy to właśnie w ten sposób?” Mam wrażenie, że rozwój zaczyna się właśnie od tego pytania. Nie od podważania autorytetów dla zasady, ale od ciekawości. Bo czasem okazuje się, że tradycję warto pielęgnować. A czasem warto mieć odwagę dopisać do niej własny rozdział.

Zapowiedziała Pani kolejne tomy: „Naugia. Drzewo Życia” oraz „Naugia. Ostatnia Pieśń”. Czego czytelnicy mogą się spodziewać w nadchodzących częściach sagi?

DT: Na pewno… kolejnych map. Chyba już pogodziłam się z tym, że moi bohaterowie mają wyjątkowy talent do trafiania w miejsca, bez których czytelnik zwyczajnie by się zgubił. W drugim tomie czytelnicy dostaną plan Biblioteki Akademii, bo to właśnie tam bohaterowie będą szukać notatek Koralii Odkrywczyni dotyczących Bariery. Natomiast w trzeciej części pojawi się coś, co jest mi szczególnie bliskie – bardzo szczegółowa mapa historycznej części Warszawy. I obiecuję, że nie znajdzie się tam przypadkiem. Ale same mapy to dopiero początek. Bohaterowie dorosną. Nie tylko z metryki, ale przede wszystkim z wyborów, które będą musieli podejmować. Świat, który w pierwszym tomie wydawał się uporządkowany, zacznie pękać. Porządek Lawendowej Wyspy zostanie zachwiany, a energia Zorvii zacznie się wyczerpywać. To, co do tej pory wydawało się niezmienne, nagle przestanie dawać poczucie bezpieczeństwa. Będą decyzje, których nie da się cofnąć. Będą tajemnice, które lepiej byłoby zostawić w spokoju. Ktoś będzie musiał się poświęcić. Ktoś zaginie. A ktoś, kto wróci… może nie będzie już tą samą osobą. Mogę zdradzić tylko jedno. Jeśli pierwszy tom był opowieścią o odwadze, by przekroczyć Barierę, to kolejne części zadają znacznie trudniejsze pytanie: co zrobić, gdy okaże się, że największa Bariera od początku znajdowała się w nas samych?

Dziękuję za rozmowę

Wywiad powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res, które udostępniło nam kontakt do autorki, za co serdecznie dziękujemy.

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *