Strona główna / Wywiady / Bez Baby Jagi nie byłoby baśni

Bez Baby Jagi nie byłoby baśni

W „Licencji na czarowanie” miesza magię z humorem, a pech i kot stali się nieodzownymi towarzyszami głównej bohaterki. Swoją powieścią udowadnia, że polskie fantasy może być lekkie, zabawne i niezwykle ciepłe. Aleksandra Okońska szturmem zdobyła serca fanów literatury fantastycznej, a w rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada m.in. o czarownicach, kociołkach i fascynacji mitologiami świata.

Twoje książki szczególnie Licencja na czarowanie wyróżniają się ciepłem i sporą dawką humoru, są to tzw. cosy fantasy – czytelnicy potrzebują dziś takich historii?

AO: Wnioskując po tym, jak ciepło Czytelniczki i Czytelnicy przyjęli „Licencję na czarowanie” – tak, i to nie tylko dziś! Powieści od zawsze służyły eskapizmowi – chcemy, by nas przestraszyły, pozwoliły przeżywać przygody, jakie w naszym świecie nie są dostępne, albo zwyczajnie oderwały nasze myśli od problemów. Cosy fantasy otula niczym miękki kocyk i, zamiast dołożyć kolejnej dawki stresu, pozwala się rozluźnić w drodze do „…i żyli długo i szczęśliwie”. A kto by tego czasem nie potrzebował?

Jak narodziła się postać głównej bohaterki Licencji na czarowanie? Kota i Pecha?

AO: Jak większość postaci – przez przypadek! Zanim zaczęłam pisać książki, szlifowałam zdolności na dłuższych opowiadaniach. W jednym z nich jako stosunkowo nieistotny element pojawiła się bajka o czarownicy, która była kiepska w czarach i miała kociołek z czkawką, a także postać kotki, która marzyła o zostaniu czarodziejką, ale ze względu na brak kciuków nie mogła utrzymać w łapkach różdżki, postanowiła więc odejść od swojej – źle ją traktującej – właścicielki i zostać doradczynią ds. magicznych. Arleta, co prawda nie ma kociołka z czkawką (choć i kociołek, i czkawka pojawiają się w tekście!), ale już problemy z magią jej zostawiłam. Imp, jak widać, przeszedł znacznie większą metamorfozę, ale czym byłaby czarownica bez kociego chowańca (koniecznie czarnego i złośliwego!)? Co do Pecha… zawsze uważałam się za osobę raczej pechową, więc – tak jak Arleta – zaczęłam się zastanawiać, jak można by go było wykorzystać, skoro nigdzie się nie wybiera. A że lubię sobie stawiać wyzwania, uznałam, że spróbuję sił w humorystycznej historii, Pech jest z kolei idealnym katalizatorem absurdalnych i zabawnych sytuacji.

Wspominasz czasem na swoim profilu o pomysłach, które trzeba szybko zapisywać. Jaki był najbardziej zaskakujący moment lub miejsce, w którym dopadła Cię nagła wena na nową scenę?

AO: Prysznic. Nie wiem, czy to przez to, że gorąca woda pobudza krew do krążenia, ale prysznic jest wylęgarnią genialnych pomysłów.

Tworząc postacie, zdarza Ci się wzorować je na osobach z prawdziwego otoczenia, a potem obserwować, jak radzą sobie w wymyślonych przez Ciebie tarapatach?

AO: Zdarza mi się podbierać pewne cechy osób z mojego otoczenia dla bohaterów, ale raczej jako punkt wyjścia do zbudowania całkiem nowych postaci, więc sposób zachowania prawdziwych osób i wymyślonych bohaterów jest zupełnie inny. Co nie zmienia faktu, że postaci nie raz i nie dwa mnie zaskoczyły, zazwyczaj prowadząc dialogi nie w tę stronę, w którą chciałam. Czasem jest to frustrujące, bo muszę się nakombinować, jak osiągnąć efekt, na którym mi zależy, żebym mogła popchnąć fabułę do przodu, innym razem – pozwala nadać bohaterom nieoczekiwanej głębi.

Interesujesz się demonami z różnych zakątków świata. Która kultura lub mitologia pod względem wierzeń fascynuje Cię najbardziej?

AO: Wszystkie! Uważam, że każda ma w sobie coś wyjątkowego i wartego poznania. Co więcej, im więcej czytam, tym więcej elementów wspólnych między nimi dostrzegam, co pokazuje, że nieważne, jak bardzo nasze kultury się różnią, to w gruncie rzeczy boimy się tego samego. Słowiańską mitologię uwielbiam ze względu na jej swojskość, ale coraz częściej sięgam po te z dalszych rejonów – teraz siedzę z nosem w książkach o demonach azjatyckich, więc będzie się można spodziewać w kolejnych powieściach takich smaczków (ba! Już w „Licencji na czarowanie” został wspomniany bifang, czyli chiński ognisty ptak z jedną łapą).

Twoja wiedza o demonach i słowiańskich wierzeniach przeniknęła mocno do świata przedstawionego w Twoich książkach. To Twoje kolejne poza pisaniem hobby?

AO: Jak najbardziej. Fascynuje mnie to, jak ludzie tłumaczyli sobie kiedyś świat, nie mając dostępu do współczesnej wiedzy. Na przykład południca powstała po to, by przestrzec ludzi przed pracą w polu podczas największych upałów. Na tych, którzy łamali zakaz, zsyłała paraliż, a nawet i śmierć. My, oczywiście, wiemy już, że winnym był udar cieplny, a nie żadna demonica. Co więcej, zaskakująco wiele wierzeń dotrwało do naszych czasów, choć mało kto potrafi wyjaśnić ich znaczenie – nie powinno się witać z kimś przed próg, trzeba odpukać w niemalowane drewno… – a ja uwielbiam dowiadywać się, dlaczego tak jest i skąd wzięły się te zwyczaje.

W Licencji na czarowanie pojawia się postać Baby Jagi. Dlaczego akurat ta postać z polskich wierzeń stała się tak ważnym punktem odniesienia w Twoim literackim świecie?

AO: Bo to postać, na której wszyscy się wychowaliśmy, ale w baśniach jest tyle jej wersji, że każdy zapamiętał ją nieco inaczej, dlatego łatwo stworzyć coś jednocześnie znanego, a przy tym świeżego. Czasem jest przedstawiana jako przerażający demon, innym razem jako nauczycielka, która poddaje bohaterów próbom – ja skorzystałam z obu tych wersji, ale trochę się przy tym pobawiłam. U mnie to czarownica, Jadwiga Baba, którą uczniowie za plecami nazywają Babą Jagą – nie bez powodu zresztą, bo prowadzi szkółkę magiczną w chacie na kurzej stopie, zdaje się nie starzeć, no i potrafi samodzielnie rozgromić stado strzyg. Czy jest TĄ Babą Jagą czy tylko czarownicą o pechowej podobiźnie? Każdy Czytelnik i każda Czytelniczka może zdecydować samodzielnie. Zresztą, stworzyć historię o magii na terenie Polski i nie skorzystać z postaci Baby Jagi to byłaby ogromna strata!

Gatunek cosy fantasy kojarzy się z kocykiem, ciepłą herbatą i spokojem. A jak wygląda pisanie takich scen, kiedy autorka ma gorszy dzień, dopada ją zmęczenie albo proza życia?

AO: No właśnie nie tak kolorowo. Czasem pisanie lekkich i zabawnych historii potrafi być niezwykle trudne, dlatego mam ogromny szacunek do osób, które tworzą tylko takie powieści. Ja próbuję, ale pisane w gorszych momentach fragmenty zazwyczaj wymagają sporo poprawek. Czasem wiem, że nie jestem w stanie sypać żartami na prawo i lewo, więc po prostu odpuszczam i stawiam na odpoczynek.

Jakie są Twoje plany wydawnicze na ten rok?

AO: Niedawno podpisałam umowę na wydanie drugiej powieści pt. „Bogini Kwitnących Kwiatów”, też fantasy, ale już nie cosy. W drugiej połowie roku uruchomimy pewnie prace związane z jej wydaniem, ale zobaczycie ją na półkach pewnie dopiero w 2027 r. Skończyłam też pisać kontynuację „Licencji na czarowanie”, ale przede mną jeszcze trochę poprawek, jednak myślę, że dam radę podesłać ją w tym roku wydawcy.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *