„Wałbrzych ma w sobie ogromny potencjał, który niesamowicie sprzyja kreatywnym biznesom. Cały Dolny Śląsk to region o bogatej historii rzemiosła, ale też miejsce pełne inspirującej przyrody. Taki krajobraz za oknem sam w sobie jest motywacją do szukania nowych połączeń kolorystycznych. Co więcej, w naszym regionie jest ogromny szacunek do pracy ludzkich rąk” – uważa Izabela Sobczyk, która stworzyła niezwykle kolorową markę rękodzielniczą Bajeczne Moteczki. Jej niezwykłe włóczki ombre, połączone z magią kolorów podbiły serca polskich dziewiarek. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, artystka opowiada swoją historię utkaną z pasji.
Jak narodził się pomysł na stworzenie „Bajecznych Moteczków” i jak wyglądały pierwsze miesiące działalności w Wałbrzychu?
IS: Pomysł na Bajeczne Moteczki zrodził się z pragnienia, które nosi w sobie wielu twórców – zawsze chciałam połączyć pasję z pracą. Ponieważ od dłuższego czasu byłam mocno związana z rękodziełem i tworzyłam na szydełku różne projekty, naturalnym krokiem było pójście dalej. Pierwsze miesiące były pełne emocji – z jednej strony ekscytacja, z drugiej wyzwanie, bo start od zera zawsze wymaga odwagi. Moja pracownia szybko zamieniła się w królestwo wielobarwnych nitek. Kluczem do sukcesu w tamtym okresie było opanowanie perfekcyjnego systemu nawijania, tak aby przejścia tonalne były jak najbardziej płynne. Choć początki wymagały mnóstwa cierpliwości, to moment, w którym pierwsze klientki zaczęły chwalić się swoimi pracami z moich motków, wynagrodził każdą minutę spędzoną przy nawijarce.
Pani marka słynie z autorskich zestawień kolorystycznych (np. serie numerowane: Bajeczny 81, Bajeczny 89) oraz mieszanek wysokiej jakości włókien, takich jak alpaka i merino – skąd czerpie Pani pomysły na takie zestawienia?
IS: Wprowadzenie serii numerowanych miało bardzo praktyczny cel. Obecnie w ofercie mam już kilkadziesiąt zestawień kolorystycznych, a dzięki unikalnym numerom klientki mogą łatwo odnaleźć swój ulubiony motek. Cudownie obserwuje się tę synergię – gdy jedna z pań stworzy coś pięknego z danego numeru i opublikuje to w sieci, błyskawicznie inspiruje inne rękodzielniczki, które szukają dokładnie tego samego zestawienia. Pomysły na zestawienia kolorystyczne to kwestia czystej intuicji i zabawy kolorami w mojej pracowni – po prostu biorę nitki do ręki i sprawdzam, jak się ze sobą prezentują. Bardzo często inspiracją jest też otaczający mnie świat, zmieniające się pory roku czy przyroda. Moja przygoda zaczęła się od kolekcji numerowanej, ale z czasem zaczęłam tworzyć też kolekcje specjalne, dedykowane konkretnym okolicznościom – na przykład na Dzień Matki czy Święta Bożego Narodzenia. To pozwala mi na chwilę szaleństwa i zamknięcie klimatu danych wydarzeń w kolorowych nitkach. Jeśli chodzi o skład moich produktów, moją bazą i głównym filarem działalności są motki bawełniano-akrylowe. Jednak cały czas się rozwijam i uważnie słucham potrzeb rynku. Widząc rosnące zapotrzebowanie na inne naturalne włókna, stale poszerzam ofertę. Coraz więcej osób sięga po szlachetne mieszanki z wełną merino czy alpaką, a ogromną popularnością cieszy się u mnie także wiskoza, która nadaje robótkom piękny połysk i cudowny, lejący chwyt.
Pamięta Pani swój pierwszy autorski motek? Czym różnił się od tych, które powstają dzisiaj?
IS: Oczywiście, że pamiętam! Pierwszego autorskiego motka nie da się zapomnieć – towarzyszyły mu ogromne emocje, duma, ale i lekka niepewność, jak zostanie przyjęty. Choć kolory były piękne, to z perspektywy czasu widzę, jak gigantyczną drogę przeszłam pod względem technologicznym i warsztatowym. Czym tamten pierwszy motek różni się od tych, które tworzę dzisiaj? Przede wszystkim precyzją wykonania i dojrzałością materiału. Musiałam nauczyć się całego procesu nawijania, łączenia przędzy i wyczuć nitki. Druga różnica to ogromne doświadczenie w doborze barw i struktur. Moje dzisiejsze kompozycje są znacznie bardziej przemyślane pod kątem tego, jak będą wyglądać już po przerobieniu na chustę czy sweter. Dzisiejsze motki są po prostu dopracowane w każdym, nawet najmniejszym detalu.
Jak wygląda proces tworzenia motka ombre? Ile czasu zajmuje przygotowanie jednej, idealnie skomponowanej szpulki?
IS: Proces tworzenia motka ombre to fascynujące połączenie pracy artystycznej z dużą dokładnością. Wszystko zaczyna się od wyboru kolorów, które mają stworzyć harmonijny gradient. Kiedy mam już gotową wizję lub klientka wybierze konkretny numer z palety, przechodzę do samej nawijarki. Kluczem do uzyskania idealnego efektu ombre jest precyzyjne odliczanie i planowanie zmian poszczególnych nitek, tak aby przejścia kolorów w gotowej robótce były jak najbardziej płynne. Każda zmiana koloru wymaga ode mnie uważności i ręcznego, dokładnego związania nitek za pomocą mikro-węzełków, które później łatwo schować w gotowym projekcie. Czas zależy od tego, jak duży motek mam nakręcić oraz od stopnia jego skomplikowania. W ofercie mam zarówno małe motki, dedykowane na przykład pięknym, ściennym mandalom, jak i znacznie większe, przeznaczone na chusty czy swetry. Ogromne znaczenie ma też liczba kolorów. Zupełnie inaczej wygląda czas pracy przy motku w monokolorze – a inaczej gdy motek złożony jest z wielu odcieni. Wszystko nawijam ręcznie, to proces, którego nie da się przyspieszyć, jeśli efekt końcowy ma być po prostu bajeczny.
Skąd pozyskuje Pani przędzę i na co zwraca szczególną uwagę przy jej wyborze?
IS: Przędzę do moich motków sprowadzam wyłącznie od renomowanych, europejskich dostawców. Moją główną bazą są najwyższej jakości materiały od wiodącego producenta z Niemiec. Z kolei szukając czegoś wyjątkowego, sięgam po przędzę prosto z włoskich przędzalni – tych samych, które zaopatrują ekskluzywne, światowe marki modowe. W Bajecznych Moteczkach królują przede wszystkim mieszanki bawełny z akrylem oraz merino z akrylem. Wokół tego ostatniego narosło sporo mitów, ale wbrew obiegowym opiniom, wysokiej jakości akryl jest w takich motkach niezwykle ważny i spełnia super istotną funkcję: działa jak stabilizator. Nadaje przędzy niesamowitą lekkość, sprężystość i sprawia, że gotowa chusta czy sweter pięknie trzymają formę, nie wyciągają się nadmiernie i nie deformują w praniu. Ponadto, w przeciwieństwie do czystej bawełny, akryl fantastycznie przyjmuje barwniki, dzięki czemu kolory w moich motkach są nasycone, żywe i nie blakną. To właśnie ten odpowiednio zbalansowany dodatek sprawia, że dzianina jest trwalsza, łatwiejsza w pielęgnacji i cudownie miękka.
Z jakimi wyzwaniami technicznymi najczęściej mierzy się Pani podczas nawijania nitek?
IS: Praca z nieskręconą przędzą wielonitkową dostarcza codziennie wielu wyzwań technicznych. Największym z nich jest bez wątpienia kontrola napięcia nitek. Aby motek był idealnie nawinięty, nie rozpadał się, a praca z nim była dla klientki czystą przyjemnością, wszystkie nitki muszą być prowadzone z dokładnie takim samym naprężeniem. Wystarczy chwila nieuwagi, by jedna z nitek poluzowała się bardziej od pozostałych, co prowadzi do powstawania tzw. pętli w trakcie przerabiania. Drugim, bardzo wymagającym elementem jest zarządzanie zmianą kolorów. Przy motkach, które mają kilkanaście przejść tonalnych, muszę precyzyjnie odliczać i łączyć poszczególne nitki. Wiązanie mikro-węzełków wymaga ogromnej sprawności manualnej i skupienia – węzełek musi być na tyle mocny, by nie rozkręcił się podczas pracy czy prania, a jednocześnie tak maleńki, by pozostał praktycznie niewidoczny w gotowej chuście czy swetrze. Nie bez znaczenia są też cechy samych włókien. Zupełnie inaczej zachowuje się stabilna bawełna z akrylem, a inaczej śliska wiskoza czy puszysta alpaka i merino. Każdy z tych materiałów wymaga innego wyczucia na maszynie. Ponieważ przędza przyjeżdża do mnie w wielkich nawojach z Niemiec czy Włoch, moim zadaniem jest okiełznać te kilometry nitek i zamienić je w idealne, bezbłędnie skomponowane szpulki.
Angażuje się Pani w akcje typu CAL (Crochet-Along – wspólne dzierganie), tworząc motki dla konkretnych projektów (jak np. mandala nadziei). Jak wygląda taka integracja z dziewiarkami?
IS: Wspólne dzierganie ma w sobie niesamowitą, magiczną energię – setki osób w tym samym czasie startują z tym samym wzorem, dzielą się postępami i wspierają na każdym etapie. Cały proces opiera się na świetnej, dwustronnej współpracy z projektantami, którzy organizują dane wydarzenie. Chętnie włączam się w takie inicjatywy i wspieram je, oferując uczestnikom dedykowane rabaty na moje motki lub fundując nagrody w konkursach towarzyszących akcji. Dla mojej marki to oczywiście również doskonała forma promocji, która pozwala dotrzeć do nowych osób i pokazać produkty w akcji.
Jaki najbardziej niezwykły lub skomplikowany projekt powstał w rękach Waszych klientek z Waszych motków?
IS: To jest niesamowicie trudne pytanie, bo moje klientki to absolutne artystki i regularnie sprawiają, że zbieram szczękę z podłogi! Naprawdę ciężko wybrać tylko jeden projekt, bo każda praca, którą mi podsyłają, ma w sobie coś wyjątkowego. Spod ich rąk wychodzą po prostu cuda: spektakularne, hipnotyzujące mandale, które wyglądają jak koronkowe dzieła sztuki, zjawiskowe, ażurowe chusty o niesamowitych wzorach oraz zachwycające ubrania – od letnich sukienek po misterne swetry. Poziom skomplikowania tych prac, liczba godzin, jakie dziewiarki w nie wkładają, i ich tytaniczna cierpliwość budzą mój ogromny podziw. Za każdym razem, gdy dostaję zdjęcie gotowej pracy, czuję ogromną dumę. Najpiękniejsze jest to, że te same nitki w rękach różnych osób potrafią zamienić się w zupełnie inne, genialne projekty. To dla mnie najlepszy dowód na to, że wyobraźnia moich klientek nie zna granic.
Niedawno stworzyliście świetnie przyjętą kolekcję „Żywioły Magii Dłoni” we współpracy z marką Magia Dłoni. Jak wyglądają kulisy takich artystycznych kolaboracji?
IS: Kulisy tej współpracy były wyjątkowe, ponieważ to Ula (Magia Dłoni) wybrała temat przewodni i osobiście skomponowała te zestawienia kolorystyczne. Dla mnie to była absolutnie fantastyczna przygoda i ogromna radość. Taka kolaboracja to przede wszystkim niesamowity powiew świeżości dla marki. Kiedy zaprasza się do swojego świata innego twórcę z tak świetnym wyczuciem estetyki, nagle powstają pomysły i połączenia barw, które mi samej prawdopodobnie nigdy nie przyszłyby do głowy. Moja rola polegała na przełożeniu tej gotowej, pięknej wizji Uli na techniczny proces nawijania – tak, aby te unikalne kompozycje zamieniły się w idealne motki ombre. Fakt, że kolekcja Żywioły Magii Dłoni została tak świetnie przyjęta, to dla nas ogromny powód do dumy. Pokazuje to, że dziewiarki wyczuły tę autentyczną, wspólną energię. Dla mnie to dowód na to, że w świecie rękodzieła współpraca i otwartość na czyjąś kreatywność przynoszą najwspanialsze owoce.
Czy Waszym zdaniem Wałbrzych i region dolnośląski sprzyjają rozwojowi kreatywnego biznesu handmade?
IS: Zdecydowanie tak! Wałbrzych ma w sobie ogromny potencjał, który niesamowicie sprzyja kreatywnym biznesom. Cały Dolny Śląsk to region o bogatej historii rzemiosła, ale też miejsce pełne inspirującej przyrody. Taki krajobraz za oknem sam w sobie jest motywacją do szukania nowych połączeń kolorystycznych. Co więcej, w naszym regionie jest ogromny szacunek do pracy ludzkich rąk. Mam sporo zamówień miejscowych i dzięki tej działalności poznałam osobiście wiele wspaniałych dziewiarek z samego Wałbrzycha. To niesamowite uczucie wiedzieć, że tak blisko mnie jest tak silna społeczność pasjonatek. Oczywiście, specyfika rękodzieła i siła internetu pozwalają mi stale rozwinąć skrzydła – choć lokalny rynek jest dla mnie bardzo ważny, to większość moich zamówień wysyłam zarówno do najróżniejszych zakątków kraju, jak i za granicę. Jestem ogromnie dumna, że z samego serca Wałbrzycha moje Bajeczne Moteczki ruszają w świat, by cieszyć rękodzielniczki niezależnie od tego, gdzie mieszkają.
Ile czasu zajmuje ręczne nawinięcie jednego, skomplikowanego motka od zamówienia do wysyłki?
IS: Czas, jaki upływa od momentu zamówienia do chwili, gdy paczka rusza w drogę, zależy w dużej mierze od wielkości i stopnia skomplikowania motka oraz ilości zamówień. O ile samo nawinięcie dużego, wielokolorowego motka z kilkunastoma przejściami tonów wymaga ogromnego skupienia, o tyle mnóstwo czasu – wbrew pozorom – zajmuje mi samo pakowanie. Bardzo dbam o to, by moment otwierania paczki był dla klientki prawdziwą przyjemnością. Każdy motek jest przeze mnie dokładnie opisywany i dostaje ukochane przez dziewiarki, urocze zawieszki. Następnie całość z dbałością owijam w piękną bibułkę lub celofan. Te drobne detale wymagają czasu i precyzji, ale uważam, że bajeczny produkt zasługuje na wyjątkową oprawę. Ponieważ nie tworzę motków taśmowo na zapas, te kilka dni pozwalają mi wysłać w świat paczkę dopracowaną w najmniejszym szczególe.
Obserwuje Pani sezonowość w wyborach klientek? Czy jesienią królują brązy i musztardy, a wiosną pastele, czy może dziewiarki zaskakują Panią swoimi wyborami?
IS: Sezonowość w wyborach moich klientek jest bardzo widoczna i staram się na nią odpowiadać moimi autorskimi kolekcjami sezonowymi. Dziewiarki uwielbiają ten rytm roku przekładać na swoje robótki, dlatego premiery nowych zestawów zawsze budzą sporo emocji. Jesienią i zimą w moich kolekcjach sezonowych królują barwy, które dają poczucie ciepła i otulenia – głębokie brązy, musztardy, miodowe odcienie, butelkowa zieleń, rudości czy eleganckie burgundy. Wtedy też w zestawach częściej pojawia się baza z ciepłym merino. Z kolei wiosną i latem kolekcje przechodzą całkowitą metamorfozę. Ustępują miejsca radosnym, świeżym pastelom, soczystym miętowym odcieniom, błękitom i neonom, które idealnie pasują do zwiewnych, letnich projektów. Choć te dedykowane kolekcje sezonowe cieszą się ogromną popularnością i idealnie wpisują się w aurę za oknem, to dziewiarki i tak potrafią mnie zaskoczyć. Zdarza się, że w środku ponurego listopada zamawiają motek z najbardziej energetycznej, letniej kolekcji, żeby odczarować szarugę za oknem. To pokazuje, że moje kolekcje dają im wolność wyboru – bez względu na porę roku, każda znajduje w nich dokładnie taką magię kolorów, jakiej w danym momencie potrzebuje.
Zdarzają się zamówienia na motki personalizowane, gdzie klientka sama komponuje zestaw kolorów? Jakie było najbardziej szalone połączenie, o które ktoś poprosił?
IS: Tak, zamówienia personalizowane to bardzo ważna część mojej pracy. Uwielbiam moment, kiedy klientka przychodzi do mnie z własną wizją. Szczerze mówiąc, uwielbiam takie pomysły innych osób! Dają mi one zupełnie nowe spojrzenie na przędzę i rodzą w mojej głowie nowe pomysły, na które sama, obracając się w swoich schematach, mogłabym nigdy nie wpaść. Przy takich zamówieniach zdarzają się zestawienia, które potrafią mnie mocno zaskoczyć – odważne kontrasty, nietypowe przejścia czy szalone połączenia kolorów, które na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie z innych światów. Kiedy nawijam taki spersonalizowany motek, czasem zastanawiam się, jak to ostatecznie wyjdzie. Ale kiedy potem oglądam gotowe prace nadesłane przez dziewiarki, za każdym razem zbieram szczękę z podłogi! Te z pozoru szalone eksperymenty w gotowych chustach czy swetrach zamieniają się w absolutne, nowoczesne arcydzieła. To dla mnie ogromna inspiracja i dowód na to, że wyobraźnia moich klientek nie zna granic, a ja z radością pomagam im te wizje urzeczywistniać.
Co robi Pani z nitkami, które zostają z partii produkcyjnych? Czy w Bajecznych Moteczkach działa zasada zero-waste?
IS: W związku z tym, że sama od lat bardzo dużo szydełkuję, najczęściej to ja sama wykorzystuję te pozostałości do swoich własnych projektów tworząc swoje autorskie szydełkowe wzory.
Ma Pani swój ulubiony motek w całej ofercie? Taki, do którego ma Pani szczególny sentyment?
IS: Nie mam jednego, ulubionego motka. Każde jedno zestawienie kolorystyczne, które wychodzi z mojej pracowni, ma w sobie ogromny potencjał i swoją własną magię. Czasami motek, który wydaje się bardzo stonowany lub nawet nijaki, w połączeniu z odpowiednim wzorem chusty, swetra czy sukienki staje się absolutnym arcydziełem. I odwrotnie – szalone, kontrastowe barwy potrzebują prostszego splotu, by w pełni wybrzmieć. Każdy motek tworzę z myślą o tym, że dla kogoś będzie on tym wymarzonym i idealnym do konkretnej robótki. Patrząc na gotowe prace moich klientek, raz za razem utwierdzam się w przekonaniu, że każdy kolor ma swój czas, swoje miejsce i swoje przeznaczenie.
Wprowadziła Pani autorskie Nawinięcie Mandalowe, czyli specjalną metodę przygotowania motka ombre do projektów okrągłych – na czym ono polega?
IS: Klasyczny motek ombre jest projektowany liniowo – kolory zmieniają się w nim w równych sekwencjach długości. To sprawdza się świetnie przy klasycznych chustach, ale przy projektach okrągłych, takich jak serwety, mandale czy okrągłe obrusy, pojawia się problem matematyczny. W takich projektach każdy kolejny rząd ma coraz większy obwód, więc zużywa znacznie więcej przędzy niż rzędy początkowe. Metoda nawinięcia mandalowego polega na tym, że za każdym razem, gdy dodaję kolejną nitkę nowego koloru, dopasowuję jej długość do rosnącego obwodu robótki. Każda kolejna sekwencja barwna jest odpowiednio dłuższa od poprzedniej. Dzięki temu zabiegowi kolory w gotowej mandali rozkładają się równomiernie i harmonijnie. Klientka nie musi się martwić, że ostatnie, zewnętrzne kolory uciekną jej po zaledwie dwóch rzędach. Daje to niesamowity, symetryczny efekt wizualny, który idealnie podkreśla urok okrągłych projektów.
Dziękuję za rozmowę


























