Strona główna / Wywiady / Chór, który porywa tłumy

Chór, który porywa tłumy

Będąc na scenie są wolni, pełni pasji, miłości i radości ze wspólnego tworzenia muzyki. Spontaniczni, nieraz tańczący, a czasem klaszczący. Żywi. Ta energia jest widoczna. Są też niestandardowi w repertuarze. Świdnicki Dziki Chór pod batutą Katarzyny Szymko-Kawalec udowadnia, że muzyka jest dla każdego. Od lat przełamuje schematy, integruje lokalną społeczność i porywa tłum. Agnieszka Góralczyk pyta dyrektorkę chóru m.in. o wolność, chaos, dzikość i odwagę, by iść własną ścieżką.

Skąd wzięła się nazwa „Dziki Chór”? Czy Wasza muzyka i muzykowanie są tak samo nieokiełznane, jak sugeruje nazwa?

KSK: Dziki to synonim żywiołowości, spontaniczności, czegoś nieokiełznanego, wymykającego się schematom. Miałam w sercu taką potrzebę, by właśnie taki „nietypowy” zespół założyć. Czy nasze muzykowanie jest nieokiełznane? Pewnie trzeba by o to zapytać naszych słuchaczy. Na pewno na naszych koncertach jest wiele zaskakujących, spontanicznych momentów. Repertuar cechuje duża różnorodność, zawsze zapraszamy do współpracy różnych instrumentalistów, którzy wzbogacają nasze chóralne brzmienie. Na każdym z naszych koncertów naprawdę wiele się dzieje. Wydaje mi się, że to podoba się słuchaczom o czym świadczy pełna sala. Ostatnio jedna z moich chórzystek napisała, że dzikość nie oznacza chaosu. Dzikość to odwaga, by iść w wolności i własną ścieżką. By tworzyć coś autentycznego. By zaufać muzyce i ludziom stojącym obok. I to bardzo piękna definicja nazwy i naszego całego zespołu.

Jak wyglądały początki chóru i co sprawiło, że tak wiele osób wspólnie tworzy dziś tą muzyczną społeczność? Jakie relacje i więzi budują się w grupie kilkudziesięciu osób śpiewających razem?

KSK: Bardzo wiele osób przyszło na pierwsze spotkanie i co najlepsze – duża część śpiewa wciąż do dzisiaj. To świadczy o tym, jak bardzo potrzebne są takie zespoły, które dają możliwość realizowania się osobom niezajmującym się zawodowo muzyką. Jest ich wciąż uważam zdecydowanie za mało. Druga rzecz to oczywiście więzi i relacje, które zawiązują się między ludźmi. To nasze wspólne bycie i przeżywanie na scenie, ale też spotkania co środę, na warsztatach to bardzo wyjątkowy czas, który uwielbiamy. Nie jest to dalekie od prawdy, że jesteśmy taką wielką dziką rodziną. Pomagamy sobie nawzajem, dzielimy się sukcesami, wspieramy, chcemy dla siebie dobrze, a przy tym świetnie czujemy się ze sobą. Przy okazji chcemy też wspólnie tworzyć piękną muzykę, do której wszyscy mają wielkie serce. Każdy ze swojej strony wnosi do zespołu coś zupełnie i absolutnie wyjątkowego. W tym chce się być. Jak ktoś raz czegoś takiego doświadczy, to nie chce z tego rezygnować, bo to jedyne przeżycia w swoim rodzaju. Myślę, że każdy, kto należał kiedykolwiek do jakiegoś zespołu tworząc piękne i wartościowe rzeczy z innymi ludźmi, z pewnością by się ze mną zgodził. Dziki to wspaniała społeczność i myślę, że każdy z chórzystów by się pod tym podpisał.

Wasze koncerty całkowicie wyłamują się z klasycznych zasad akademickiego śpiewu chóralnego – jacy jesteście na scenie? Czym charakteryzuje się Wasz repertuar?

KSK: Jacy jesteśmy na scenie? Wolni, pełni pasji, miłości i radości ze wspólnego tworzenia muzyki. Spontaniczni, nieraz tańczący, a czasem klaszczący. Żywi. Ta energia jest widoczna, bo wiele osób podkreśla to po naszych koncertach. Jesteśmy też na pewno niestandardowi również w repertuarze. Większość okolicznych chórów to chóry religijne. Zakładając chór wiedziałam, że takie zespoły już w Świdnicy są. Założeniem Dzikiego Chóru było więc śpiewanie utworów o innej tematyce. I choć zdarza nam się wykonywać utwory gospel, czy tworzyć koncerty świąteczne cieszące się ogromną popularnością lub śpiewać kolędy, bazą jednak wciąż pozostają utwory świeckie. Pojawiają się utwory w różnych językach, o różnym stylu. Bardzo dobrze czujemy się w utworach afrykańskich, które mają swoja specyficzną rytmikę i żywiołowość. Ale też niekiedy pojawiają się utwory nasze polskie folkowe, szkockie, niemieckie… Trudno wymienić wszystkie, które do tej pory śpiewaliśmy. Wyszukiwanie tego repertuaru to bardzo ciężka i mozolna praca. Niemniej wybieram te utwory, które w szczególny sposób mnie poruszają i wiem, że dobrze zabrzmią w naszym wykonaniu.

Jak wygląda nauka nowych utworów w tak dużym składzie?

KSK: To zależy oczywiście od utworu. Ale zazwyczaj jest to ciężka i długa praca związana z rozczytaniem partii każdego głosu, poprawiania intonacji, a później jeszcze połączenia tego w całość z pozostałymi głosami. Zaznaczę, że większość osób w chórze nie czyta zapisu nutowego, więc tak naprawdę uczy się swojej linii melodycznej ze słuchu. Wymaga to oczywiście wielokrotnego jej powtórzenia. Utwory, które śpiewamy nie należą tez do najłatwiejszych, więc darzę moich dzikich chórzystów ogromnym szacunkiem za tę pracę, którą muszą też wykonać samodzielnie. Opracowania instrumentalne dochodzą na samym końcu. Należy też pamiętać, że praca z chórem to nie tylko rozczytywanie utworów, ale również ćwiczenia z emisji i praca nad głosem. Niekiedy odpowiednie ułożenie, lub przetasowania w głosach, żeby zabrzmiały jeszcze lepiej.

Waszym występom towarzyszy bogate instrumentarium – jakie instrumenty usłyszymy w tle?

KSK: W koncercie „Moja pieśń” towarzyszyło nam pianino, gitara elektryczna, wiele instrumentów perkusyjnych, w których specjalizuje się Witek Kowaliszyn, który zagrał z nami już naprawdę wiele koncertów. Więc śmiejemy się, że już jest nasz, dziki. Na koncercie zagrały także dwa flety poprzeczne, trąbka, dwa ukulele – również w solowym wykonaniu, co jest wciąż niespotykane i rzadkie do usłyszenia. A także wiolonczela, która znakomicie wkomponowała się atmosferę tegorocznego koncertu dodając niezwykle głębokiego, ciepłego i emocjonalnego brzmienia. Każda z tych partii jest przeze mnie rozpisywana osobno, pod utwory które śpiewamy.

Moja Pieśń Autorska” – mówi się, że to Wasz przełomowy program koncertowy i kamień milowy w historii chóru – dlaczego?

KSK: „Moja pieśń” to pierwszy koncert, na którym pojawiły się tylko nasze utwory. Moje kompozycje – pisane specjalnie dla Dzikiego Chóru. To zupełnie pierwszy taki autorski koncert i mój i chóru. W dodatku przypadł na 8 rocznicę założenia zespołu. Pojawiło się w repertuarze wiele bardzo osobistych utworów jak choćby piosenka dla mojego synka wcześniaka, czy niezwykle emocjonująca piosenka Wysokoczuła, do której świetny tekst napisała Daria Szmid-Roman. Jednocześnie wielu słuchaczy zwracało uwagę na postęp, który z zespołem zrobiliśmy przez lata śpiewając coraz lepiej. Przed nami wciąż wiele pracy, niemniej to bardzo cieszy, że nasz rozwój pozostaje zauważony i doceniony. Tym bardziej, że praca, którą wkładamy w koncerty i w nasze śpiewanie jest naprawdę ogromna.

Śpiewanie zespołowe to potężna dawka endorfin. Co czuje człowiek, kiedy wokół niego kilkadziesiąt osób idealnie trafia w ten sam akord?

KSK: Myślę, że to pytanie do każdego stojącego na scenie i nie ma tu jednej odpowiedzi. Może to być euforia, duma, poczucie jedności. Świadomość bycia częścią czegoś naprawdę większego, co daje ogromny zastrzyk energii, poczucie spełnienia. Czystą radość. Satysfakcja z tworzenia. Ale też poczucie więzi i bliskości z wszystkimi, z którymi się występuje.

Dzikość kojarzy się z wolnością. Czym dla Was osobiście jest wolność w muzyce?

KSK: Jeśli mówić ogólnie o wolności w muzyce to z pewnością możemy powiedzieć o swobodzie ekspresji, interpretacji i improwizacji, która pozwala artyście wykraczać poza ramy nutowego zapisu. Ja osobiście improwizację uwielbiam i chętnie na koncertach improwizuję na skrzypcach. W wymiarze technicznym wolność może oznaczać zerwanie z restrykcyjnymi regułami teorii muzyki na rzecz emocji, autentyczności i nieprzewidywalności. Dla mnie z pewnością wolnością jest tworzenie i komponowanie. Możliwość wyboru repertuaru. Autentyczność. Możliwość przekazu i dawania inspiracji. Ale też radość, którą można czerpać z tego wspólnego wykonywania muzyki razem. Miłość do muzyki i ludzi, zarówno tych, którzy stoją ze mną na scenie i od miesięcy budują ze mną moją wizję koncertu, jak i tych, którzy przychodzą nas posłuchać. Wolnością jest trudne do opisania to co przeżywamy na scenie wykonując coś, co nas prawdziwie porusza. I w co wkładamy całe nasze serce. Możliwość zaprezentowania tego szerokiej publiczności. Jestem bardzo wdzięczna, że mogę tym właśnie dzielić się z innymi. I oczywiście wolność w muzyce też dla każdego będzie oznaczała coś innego.

Śpiewacie głównie a cappella, czy wolicie, gdy wspiera Was żywa sekcja instrumentalna?

KSK: Moim wykształceniem jest dyrygentura symfoniczna i myślę, że stąd moja wielka miłość do instrumentów, bez których po prostu nie wyobrażam sobie koncertu. Jest tyle barw i pięknych brzmień, które tak bardzo mogą wzbogacić chóralne brzmienie. Oczywiście chóry a capella też brzmią pięknie, my jednak zawsze gramy z towarzyszeniem instrumentów i z tym czujemy się naprawdę dobrze. Myślę też, że to nas wyróżnia od innych zespołów chóralnych.

Dziękuję za rozmowę

Foto: Wojciech Skiślewicz

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *