Mówi o sobie, że jest pasjonatką emocji, relacji, uczuć i poszukiwania własnej prawdy. Kinga Ludwikowska, autorka czterech publikacji: „Kochanej Córeczce, Mama”, „Zmysły – Twoje ukryte moce”, „96 pytań” i „Zanim odejdzie Tata: Od Córki, która nie zdążyła”, opowiada Karolinie Osińskiej-Marcińczyk o tym, jak pomaga swoim odbiorcom „znaleźć siebie”.
Pierwsze, o czym pomyślałam po zagłębieniu się w „96 pytań”, to: czy jest Pani psycholożką? Już wiem, że nie, ale wnioskuję, że psychologia jest Pani pasją, tak?
Nie, nie jestem psycholożką, choć rzeczywiście psychologia jest jedną z dziedzin, które bardzo mnie interesują. Fascynuje mnie człowiek – jego emocje, relacje, schematy, sposoby przeżywania świata i wszystkie te mniej lub bardziej oczywiste ścieżki, którymi próbujemy wracać do siebie.
Interesuje mnie rozwój osobisty, neuronauka, różne formy terapii, ale też metody bardziej alternatywne. Lubię przyglądać się temu, co właściwie znaczy „poznać siebie”, „wrócić do siebie”, „żyć bliżej swojej prawdy”. Myślę, że każdy z nas ma na to trochę inny sposób i właśnie to jest dla mnie niesamowicie ciekawe.
To samo pytanie, jedno zdanie albo jedno doświadczenie może w różnych osobach poruszyć zupełnie inne emocje, wspomnienia, obrazy czy zmysły. Dla jednej osoby będzie początkiem ulgi, dla innej konfrontacją, a dla jeszcze innej – zaproszeniem do zmiany. I to jest fascynujące, piękne, czasem trudne, a nawet mroczne, ale przede wszystkim bardzo ludzkie.
Myślę więc, że jestem pasjonatką emocji, relacji, uczuć i poszukiwania własnej prawdy. Uwielbiam analizować, łączyć kropki, zauważać zależności i zadawać pytania – być może właśnie dlatego „96 pytań” powstało w takiej formie.
Inspirację czerpie Pani z życia, obserwacji, rozmów i własnych przeżyć, a pisze Pani, żeby zatrzymać to, co łatwo zgubić. Co zgubić najłatwiej?
Myślę, że najłatwiej zgubić czas i samego siebie.
Żyjemy dziś w ogromnym natężeniu bodźców. Świecące ekrany, krzyczące reklamy, pomarańczowe promocje, dźwięki miasta, światła zasłaniające gwiazdy, internet dostępny właściwie na każdym kroku i gadżety na problemy, o których jeszcze chwilę wcześniej nawet nie wiedzieliśmy, że je mamy.
Mam poczucie, że życie bardzo przyspieszyło. Stało się pełne rzeczy, możliwości i informacji, ale jednocześnie w wielu miejscach zubożało. Mamy dostęp do tak wielu bodźców, że czasem zapominamy, co znaczy doceniać zwykłość, naturalność, ciszę, wolno(ść) czy zwyczajne bycie tu i teraz.
Do tego dochodzą media społecznościowe, filmy, reklamy i trendy, które mówią nam, jak „powinno” się wyglądać, co jest modne, co jest już passé, a co – mówiąc dzisiejszym językiem – cringe. Co roku zmienia się modna sylwetka, fryzura, kolor, styl życia, sposób mówienia, sposób odpoczywania. Człowiek może się w tym naprawdę pogubić, bo próbuje nadążyć za zmianami, których czasem nawet nie zdążył jeszcze wprowadzić.
Rodzi się frustracja i wtedy zamiast zapytać siebie: „Czy to wciąż jestem ja?”, zaczynamy patrzeć na siebie przez pryzmat „braków”. Tego, czego jeszcze nie mamy, jacy jeszcze nie jesteśmy, do czego jeszcze nie doszliśmy, czego jeszcze nie poprawiliśmy.
Dlatego tak bardzo lubię reset w naturze. Natura nie ocenia, czy kolor naszych włosów jest krzykiem mody 2026 czy 2016. Nie pyta, czy mamy modne ubranie, idealne zdjęcie albo perfekcyjnie poukładane życie. Po prostu jest. I daje przestrzeń, żeby człowiek też mógł po prostu być.
Myślę, że właśnie dlatego w swoich książkach szukam dróg powrotu do siebie, które nie wymagają wielkich rewolucji, płatnych narzędzi ani lat przygotowań. Wystarczą zmysły, które ma każdy z nas. Pytania, które mogą otworzyć refleksję. Proste ćwiczenia. Kolorowanie, które pomaga wyciszyć umysł od nadmiaru bodźców. Dla mnie to są małe, ciche sposoby na odzyskiwanie siebie.
Tworzy Pani opowieści o zmysłach, emocjach i relacjach. Którą z tych trzech sfer najtrudniej ubrać w słowa tak, by nie otrzeć się o banał, ale dotknąć tej autentycznej, surowej prawdy o człowieku?
Myślę, że najtrudniej pisze się o relacjach.
Zmysły są bardzo pierwotne, emocje bywają trudne, ale relacje są najbardziej wielowymiarowe. Na to, jakie są, wpływa właściwie wszystko: historia danej relacji, wcześniejsze doświadczenia każdej ze stron, wiek, płeć, poziom empatii, temperament, sposób komunikacji, to, czy ktoś jest introwertykiem, ekstrawertykiem czy ambiwertykiem. Czasem nawet dzień, zmęczenie, stres, środowisko albo zwykły przypadek potrafią zmienić ton rozmowy i kierunek całej relacji.
Mam wrażenie, że ta lista nigdy się nie kończy. Dlatego pisząc o relacjach, bardzo łatwo wpaść w banał albo w zbyt proste odpowiedzi. A ja nie lubię udawać, że istnieje jedno zdanie, które pasuje do wszystkich ludzi i wszystkich historii.
W swoich książkach staram się więc nie tyle radzić, ile otwierać przestrzeń. Nie pchać czytelnika w jedną stronę, ale pokazywać różne możliwe kierunki. Bardziej pytać niż odpowiadać. Bardziej zachęcać do refleksji niż sugerować gotowe rozwiązanie.
To jest dla mnie ważne, bo każda relacja ma swoją własną prawdę. Czasem piękną, czasem trudną, czasem bardzo nieoczywistą. Chciałabym, żeby czytelnik mógł odnaleźć w moich słowach nie cudzą receptę na życie, ale fragment swojej własnej, jedynej i niepowtarzalnej historii.
Czy spotyka się Pani czasem z oporem ze strony czytelników, którzy tak bardzo przywykli do narzuconego tempa życia, że samo zaproszenie do ciszy i zatrzymania budzi w nich lęk? Jak ich przez ten lęk przeprowadzić?
Tak, spotykam się z tym bardzo często. I spotykam się z tym również w sobie, dlatego odpowiem przede wszystkim z własnej perspektywy.
Jestem osobą, która uczy się odpoczywać. Na razie nie umiem tego robić idealnie. Wynika to z wielu rzeczy: z dzieciństwa, późniejszych doświadczeń, stylu życia, ale też ze świata, który ciągle dokądś się spieszy. Czasem spieszy się tak bardzo, że zaczynamy biec razem z nim, a dopiero później pytamy siebie, czy naprawdę idziemy w kierunku, w którym chcemy iść.
Mnie pomaga zatrzymanie. Fizyczne i psychiczne. Pomaga mi zadanie sobie odpowiednich pytań, przyjrzenie się emocjom i pozwolenie sobie na to, żeby najpierw je poczuć, a dopiero później analizować. Skąd się wzięły? Dlaczego właśnie teraz? O czym mi mówią? Czy naprawdę muszę coś z nimi zrobić? Bo czasem nie trzeba robić nic. Czasem wystarczy uznać: „czuję to i to jest w porządku”.
Staram się też być dla siebie bardziej wyrozumiała, cierpliwa i czuła. Jeśli pojawia się krytyka, to niech będzie konstruktywna. A jeśli mój wewnętrzny krytyk zaczyna przesadzać, uciszam go muzyką, którą lubię.
Bardzo pomaga mi również natura. Ostatnio wręcz zmusiłam się do urlopu – naprawdę. Kupiłam bilety na weekend do Wenecji i wtedy już, cóż, musiałam pojechać. To był pierwszy weekend od ponad roku, w którym nie pracowałam. I jestem z siebie dumna, bo nie tylko odpoczęłam, ale też zobaczyłam piękne miejsce. A przy okazji nachodziłam się chyba na cały rok.
U mnie lęk pojawia się właśnie przy odpoczynku. Od razu przychodzą myśli: „przecież mogłabym teraz tyle zrobić”, „jeśli tego nie zrobisz, nie zdążysz”, „odpoczynek to marnowanie czasu”. Myślę, że wiele osób zna ten głos.
Dlatego na ten moment mój odpoczynek często potrzebuje celu. Może być kreatywny: robienie świeczek, bransoletek, czapek na drutach, kolorowanie. To nadal jest odpoczynek, ale taki, który daje mojej głowie poczucie sensu. A jeśli coś, co zrobię, mogę później komuś podarować, wyrzuty sumienia właściwie znikają.
Myślę więc, że nie każdego da się od razu przeprowadzić z lęku do pełnej ciszy. Czasem trzeba zacząć łagodniej. Od małych zatrzymań. Od odpoczynku, który nie jest pustką, ale spokojnym działaniem. Od pytania, które nie wymaga natychmiastowej odpowiedzi. Od chwili, w której człowiek może po prostu sprawdzić, co tak naprawdę w nim domaga się zauważenia.
„96 pytań” udowadnia, że rozwój osobisty nie musi być nudny ani czysto akademicki. Połączyła Pani tam pytania egzystencjalne z kreatywnym aktem kolorowania mandali. Dlaczego właśnie zaangażowanie dłoni i koloru tak bardzo pomaga nam otworzyć się na odpowiedzi, których na co dzień unikamy?
Myślę, że samo odpowiadanie na pytania bardzo łatwo przerwać. Wystarczy powiadomienie w telefonie, obowiązki domowe, myśl o tym, że trzeba coś jeszcze zrobić, ugotować, odpisać, sprawdzić, załatwić. Pytanie może poruszyć coś ważnego, ale zanim zdążymy naprawdę za nim pójść, codzienność potrafi nas z tego wyrwać.
Kolorowanie trochę ten proces zatrzymuje i wydłuża. Trzeba się do niego przygotować: znaleźć chwilę, miejsce, kredki lub mazaki. Już samo to jest sygnałem dla głowy: „teraz robię coś dla siebie”. To nie jest tylko szybkie przeczytanie zdania i przejście dalej. To mały rytuał.
Samo przygotowanie do kolorowania wydłuża ten proces. Skoro znaleźliśmy chwilę, miejsce, kredki czy mazaki, trudniej po prostu odłożyć pytanie na bok. Pojawia się takie ciche poczucie: skoro już się przygotowałam, skoro już poświęciłam temu czas, to może warto zostać przy tym pytaniu choć trochę dłużej, zrobić choć jedną kolorowankę, dać sobie choć jedną odpowiedź. Nawet jeśli odpowiedź nie pojawia się od razu, dłonie są zajęte, kolor powoli wypełnia przestrzeń, a my możemy spokojniej oswoić to, co w nas się poruszyło. Czasem odpowiedź przychodzi dopiero po chwili, między jednym kolorem a drugim.
Jest w tym też coś bardzo prostego i ludzkiego. Kolorowanie pomaga się skupić, wyciszyć, rozluźnić, wejść w uważność. Pobudza kreatywność, ale nie wymaga od nas perfekcji. Nie trzeba być artystą, nie trzeba niczego „umieć”. Można po prostu wybrać kolor i zacząć.
Myślę, że zaangażowanie dłoni pomaga ominąć część napięcia, które pojawia się, gdy próbujemy odpowiedzieć tylko głową. Kiedy ciało robi coś spokojnego, powtarzalnego i bezpiecznego, umysł łatwiej otwiera drzwi do odpowiedzi, których na co dzień unikamy albo na które zwyczajnie nie mamy przestrzeni.
W procesie powstawania grafik do „96 pytań” wykorzystała Pani sztuczną inteligencję, tworząc autorskie prompty. Jak odnajduje się Pani jako twórczyni w tej symbiozie wrażliwości na ludzkie emocje z nowoczesną technologią? Czy AI może paradoksalnie pomóc nam wrócić do tego, co głęboko ludzkie?
Sztuczna inteligencja jest dla mnie przede wszystkim narzędziem. Bardzo pomocnym, ale jednak narzędziem. Większą część swoich książek tworzę sama od A do Z – od treści, przez koncepcję, układ, wybór czcionek, kolorów, okładkę, aż po ogólny klimat publikacji. Dlatego możliwość skorzystania z technologii, która pomaga mi zbliżyć grafiki do mojej wizji, jest dla mnie dużym wsparciem.
Moje zdolności rysunkowe nie są na takim poziomie, żebym mogła sama narysować ilustracje do książki, a bardzo zależało mi na tym, by „96 pytań” miało grafiki dopasowane do konkretnych pytań. Chciałam, żeby były w stylu mandali, ale jednocześnie nie narzucały czytelnikowi kierunku odpowiedzi. Miały tworzyć przestrzeń, nie interpretację.
Na ten moment nie stać mnie jeszcze na pełną współpracę z ilustratorami czy grafikami przy takiej publikacji, choć bardzo chciałabym w przyszłości oddać tę książkę również w ręce artystów. Mam nadzieję, że będzie to możliwe przy kolejnym wydaniu albo wznowieniu.
W tej chwili AI pozwoliła mi stworzyć coś bliższego temu, co widziałam w głowie. Ale to nadal człowiek nadaje kierunek. To człowiek zadaje pytanie, wybiera intencję, decyduje o emocji, granicy, sensie i ostatecznym kształcie. Technologia nie zastępuje wrażliwości, ale może stać się jednym z narzędzi, które pomagają tę wrażliwość wyrazić.
Czy AI może pomóc nam wrócić do tego, co głęboko ludzkie? Myślę, że tak – jeśli zostanie użyta właśnie w takim celu. Narzędzia same w sobie nie są ani drogą do siebie, ani ucieczką od siebie. Wszystko zależy od użytkownika, jego intencji i sposobu wykorzystania. Jeśli ktoś używa AI po to, by tworzyć, pytać, porządkować myśli, szukać języka dla emocji albo budować przestrzeń do refleksji, to paradoksalnie nowoczesna technologia może stać się mostem do czegoś bardzo ludzkiego.
Napisała Pani dwie pozycje poświęcone rodzicom: matce i ojcu(choć przez pryzmat córki). Jak ważni są rodzice w życiu każdego z nas?
Myślę, że rodzice są jednymi z najważniejszych osób w naszym życiu. To oni w dużej mierze nas kształtują, zwłaszcza w dzieciństwie, które później bardzo mocno wpływa na to, jakimi dorosłymi się stajemy.
Z domu wynosimy nie tylko wychowanie, wartości czy pierwsze lekcje o świecie, ale też podświadome schematy. Sposób kochania, sposób rozmawiania, reagowania na konflikt, bliskość, ciszę, złość, lęk. Czasem wynosimy z domu coś, co później daje nam siłę. A czasem coś, co musimy w dorosłości długo rozplątywać.
Psychologia od dawna mówi o tym, jak dzieciństwo wpływa na nasze dorosłe wybory: relacje, związki, poczucie własnej wartości, sposób budowania życia, a później także na to, jak sami stajemy się rodzicami. Nie zawsze powielamy wszystko jeden do jednego, ale często nosimy w sobie pewne ślady – dobre i trudne.
Jako córka z własnym bagażem doświadczeń bardzo starałam się zatrzymać w sobie to, co było najlepsze. Jednocześnie próbowałam nie powtarzać błędów, które dorośli popełnili przy mnie. Chciałam ominąć pewne sytuacje, ludzi, mechanizmy i wybory, przez które osoby z mojego dziecięcego świata bywały nieszczęśliwe. Ale bez pracy nad sobą, bez świadomości schematów i mechanizmów, nie da się uniknąć wszystkiego. Kilka błędów powtórzyłam. Dziś nazywam je po prostu doświadczeniem.
Dlatego uważam, że rodzice są ważni – nie dlatego, że zawsze są idealni. Są ważni, bo bardzo wcześnie pokazują nam, czym może być miłość. Do świata, do innych ludzi i do samych siebie. Czasem pokazują ją pięknie. A czasem musimy jej szukać sami, uczyć się jej od nowa albo budować ją w sobie samodzielnie.
Każda z Pani książek na swój sposób zmusza do zadania sobie ważnego pytania. Gdyby miała Pani wybrać jedno, najważniejsze pytanie, które każdy człowiek powinien zadać sobie przynajmniej raz w życiu – jak by ono brzmiało?
Jestem trochę przekorną osobą, więc pozwolę sobie delikatnie złamać instrukcję wybrania jednego pytania i wybiorę dwa. Obiecuję jednak, że oba są ważne.
Pierwsze brzmi: jaka jest Twoja prawda?
Drugie: czy kochasz siebie tak, jak naprawdę na to zasługujesz?
Dla mnie te pytania bardzo mocno się ze sobą łączą, bo nie da się uczciwie odpowiedzieć na drugie, bez spojrzenia głęboko w siebie i zmierzenia się z pierwszym. Nie da się sprawdzić, czy naprawdę kochamy siebie, jeśli nie wiemy, kim jesteśmy, czego pragniemy, co nas boli, gdzie są nasze granice i które części nas samych przez lata próbowaliśmy uciszyć.
Prawda jest dla mnie jedną z najważniejszych życiowych wartości. Szczególnie ta o samej sobie. Przez długi czas bywałam w życiu zagubiona, a wręcz zgubiłam samą siebie. Dojście do mojej prawdy – do tego, kim jestem, jaka jestem, co lubię, czego nie chcę, czego potrzebuję i czy kocham siebie wystarczająco – zajęło mi lata terapii, rozwoju osobistego, nauki stawiania granic, odkrywania siebie na nowo i budowania relacji inaczej niż wcześniej.
Aż w końcu doprowadziło mnie to do postawienia wszystkiego na jedną kartę i pisania książek. Mimo że wiele bliskich osób wciąż mówi mi, żebym znalazła inną pracę, bo „z tego nie da się wyżyć”.
Ja wtedy odpowiadam, że wolę żyć skromniej, ale w zgodzie ze sobą, niż bogato, smutno i z wymuszonym korporacyjnym uśmiechem.
Przed nami „Światłocień” i „Brama Pomiędzy Światami”. Pierwsza to opowieść o kobiecie, która kochała za bardzo, druga – to już mroczna fantasy. Czym różnią się te dwie pozycie przygotowywane przez Panią od wcześniejszych publikacji?
Przede wszystkim różnią się formą, bo są to książki fabularne. Do tej pory w moich czterech publikacjach – „Kochanej Córeczce, Mama”, „Zmysły – Twoje ukryte moce”, „96 pytań” i „Zanim odejdzie Tata: Od Córki, która nie zdążyła” – skupiłam się bardziej na formie poradnikowej, rozwojowej, workbookowej. Były tam czułe listy, pytania, ćwiczenia, przestrzeń do pracy własnej, introspekcji i przyjrzenia się relacjom.
W „Światłocieniu” i „Bramie Pomiędzy Światami” te refleksje również mogą się pojawić, ale w zupełnie inny sposób. Nie przez ćwiczenia, gotowe pytania czy bezpośrednie zwroty do czytelnika, tylko przez opowieść. Przez bohaterów, ich decyzje, rany, pragnienia, błędy, relacje i konsekwencje wyborów.
„Światłocień” będzie historią bardziej emocjonalną i psychologiczną – o kobiecie, która kochała za bardzo, ale też o tym, jak cienka bywa granica między miłością, przywiązaniem, tęsknotą i utratą siebie. Z kolei „Brama Pomiędzy Światami” to mroczna fantasy, więc wchodzimy już w zupełnie inną przestrzeń: światy, tajemnice, walkę, mrok, magię i bohaterów, którzy niosą w sobie dużo więcej, niż na początku rozumieją.
Moim marzeniem zawsze było wydanie książki fabularnej. To, że zaczęłam od książek rozwojowych, było właściwie trochę przypadkiem, ale bardzo ważnym przypadkiem. Te publikacje wiele mnie nauczyły: pracy z emocją, czułości do słowa, uważności na czytelnika i odpowiedzialności za treść. Były też naturalnym etapem mojego własnego rozwoju osobistego. Dziś nie wyobrażam sobie innej kolejności. Mam wrażenie, że wcześniejsze książki przygotowały mnie do tego, żeby opowiadać historie głębiej, odważniej i bardziej świadomie.
Twierdzi Pani, że największą prawdą jest bycie sobą. To proste hasło, ale potwornie trudne zadanie w świecie pełnym społecznych filtrów i oczekiwań. Co Pani osobiście daje największą odwagę do tego, by codziennie być po prostu Kingą Ludwikowską – bez masek i bez presji?
Odwagę do dążenia do bycia sobą daje mi to, że wiem, co znaczy nie być sobą. I wiem też, co znaczy siebie odzyskać.
To był jeden z najważniejszych procesów w moim życiu, choć oczywiście nie było jednego przełomowego dnia, w którym pomyślałam: „o, wreszcie jestem sobą”. To raczej wydarzało się powoli. Krok po kroku. Po latach życia nie do końca swoim życiem, powrót do siebie smakował jak cud. I choć wciąż uczę się tego, jaka jestem, dziś żyję w największej zgodzie ze sobą od lat.
Pomaga mi w tym codzienna autorefleksja. Rozmowa samej ze sobą. Sprawdzanie, jak się czuję, czego potrzebuję, czy zadbałam o siebie wystarczająco, czy przypadkiem znowu nie próbuję dopasować się do czegoś, co nie jest moje.
To jest po prostu – i aż – opiekowanie się sobą samą. Wciąż się tego uczę. Wciąż czasem dbam o siebie za mało, ale codziennie staram się to zmieniać. Małymi krokami.
Nie wierzę już w nagłe rewolucje narzucone na siłę, bo wiem, że w moim przypadku taka rewolucja byłaby sztuczna, niedopasowana do mnie i prawdopodobnie bardzo krótkotrwała. Bardziej wierzę w małe, codzienne decyzje podejmowane w zgodzie ze sobą i dla siebie.
Nie zawsze jest łatwo. Czasem stoję w miejscu, czasem nawet się cofam. Ale wtedy powtarzam sobie, że cofnęłam się tylko po to, żeby nabrać rozpędu na większy krok.
A kim – prywatnie – jest Kinga Ludwikowska?
Prywatnie jestem kimś, kto odkrywa siebie na nowo.
Kimś, kto próbuje budować popularne definicje po swojemu – kobiecość, uważność, bycie sobą, rozwój, szczęście. Najpierw sprawdzam, czy coś jest zgodne ze mną. Potem analizuję, wyciągam wnioski i dopiero wtedy decyduję, czy chcę zostawić to w swoim życiu.
Jestem kobietą, która na nowo uczy się stawiania granic. Która coraz mniej biegnie za cudzym uznaniem i coraz rzadziej szuka swojej wartości w oczach innych ludzi.
Jestem też dziewczyną, która stara się zaakceptować swoje kompleksy, a może kiedyś nawet je pokochać. Która próbuje nie marudzić na zmywanie naczyń, którego naprawdę nie znosi. Rozpieszczać swojego kota jeszcze bardziej niż zwykle. Regularnie podlewać kwiaty, o czym często zapomina. Pić minimum dwa litry wody, choć najchętniej pochłaniałaby sok pomarańczowy. Nie pracować w weekendy. Otwarcie mówić rodzinie o swoich potrzebach. Nie bać się prosić o pomoc. Nauczyć się odpoczywać. Farbować włosy na takie kolory, na jakie ma ochotę. Nosić obcasy mimo tego, że jest wysoka. I coraz odważniej nazywać marzenia planami do realizacji.
A przede wszystkim jestem kimś, kto uczy się kochać siebie. I myślę, że to jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie można sobie ofiarować.
Tego właśnie życzę też innym – żeby mieli odwagę poznawać siebie, wybierać siebie i wracać do siebie tyle razy, ile będą tego potrzebować.
Dziękuję za rozmowę.











