Strona główna / Wywiady / Biologia zaklęta w baśni

Biologia zaklęta w baśni

„Świat Sophie zbudowany jest na fundamencie biologii oraz faktów naukowych. Natomiast został „ubrany” w płaszcz fantastyczny, z bardzo prostej przyczyny – światem fantastycznym najlepiej obrazować dzieciom fakty, ponieważ to pobudza ich wyobraźnię, a dzięki temu lepiej utrwala się w pamięci – mówi Gertie Hoatzsel, która napisała powieść o magii europejskich lasów, zaginionych gatunkach i odwadze, by odnaleźć samą siebie. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, autorka z pasji i biolog z zawodu opowiedziała m.in. o tym, jak w swojej twórczości zatarła granice między twardą nauką, a baśnią i jak stworzyła opowieść, w której przyroda stała się jednym z bohaterów.

Z wykształcenia jest Pani biologiem i muzykiem, a zaczęła Pani pisać i tworzyć światy dla młodych czytelników – co Panią do tego zainspirowało?

GH: Na razie – jeden świat. Ale kto wie, może będzie ich więcej.  Impulsem do rozpoczęcia pisania była chęć przekazania tego co czuję do natury – prawdziwej, niezmiennej od dzieciństwa, miłości. Natomiast inspirację stanowiły moje refleksje odnośnie przyrody oraz relacja z ukochanym zwierzakiem, oparta na bardzo silnej więzi.

Pani debiutancka powieść „Sophie i Złotodziób purpurowy” to odkrywanie magicznych światów ukrytych w naturze – w ich stworzeniu pomógł Pani fakt, że jest Pani biologiem?

GH: Oczywiście. Cały świat „Sophie” zbudowany jest na fundamencie biologii oraz faktów naukowych. Natomiast został „ubrany” w płaszcz fantastyczny, z bardzo prostej przyczyny – światem fantastycznym najlepiej obrazować dzieciom fakty, ponieważ to pobudza ich wyobraźnię, a dzięki temu lepiej utrwala się w pamięci. A na tym zależało mi najbardziej. By dzieci poznały biologię i przyrodę, od zupełnie innej strony. Takiej, którą ja – jako biolog – widzę na co dzień. Fascynującej, nieskończenie różnorodnej oraz ciągle zaskakującej, mimo głębokiego poznania.

Skąd wziął się pomysł na państwo-miasto otoczone lasami, w których drzewa rosną sześć razy szybciej niż zwykle?

GH: Dortyk, czyli państwo-miasto występujące w książce, powstało na potrzeby fabuły. W Europie mamy kilka malutkich państw jak Andora, Liechtenstein, Luksemburg, które otoczone są niezwykłym krajobrazem. Jednak, by urealnić w fabule istnienie legendy o Leśnych Duchach oraz lasu o nadzwyczajnych właściwościach, musiał powstać Dortyk. Ma on również znaczenie symboliczne, nawiązujące do historii Europy. Niegdyś, tysiące lat temu, wiele miast stanowiło samodzielne państwa, jak w starożytnej Grecji czy na ziemiach włoskich. Były lokalnymi, a zarazem centralnymi ośrodkami życia. Z biegiem czasu, część z nich weszła w skład większych organizmów państwowych, stając się świadectwem historycznego rozwoju Europy. Szczerze mówiąc, jestem zwolenniczką mniejszych, lokalnych społeczności. Uważam, że często działają lepiej i rozwijają się prężniej, niż duże aglomeracje. Między innymi też z tego sentymentu, powstał Dortyk.

Legenda o „świecących duszkach” jest sercem Pani książki. Czy mają one swój pierwowzór w realnych wierzeniach lub Pani własnych doświadczeniach z naturą?

GH: Leśne Duchy, nazywane przez innych „świecącymi duszkami”, to całkowicie twór fikcyjny, nie występujący w wierzeniach. Jednakże, ich powstanie zostało zainspirowane długą obserwacją natury. Biologia jest moją pasją od dziecka. Już jako 7-latka bawiłam się mikroskopem i przygotowywałam preparaty. Świat ożywiony fascynował mnie od zawsze. Potem studiując, poznałam go od zupełnie innej strony – funkcjonowania, na wielu złożonych poziomach. I doszłam do bardzo prostego wniosku – że wszystkie organizmy żywe są ze sobą ściśle połączone, nierozerwalną więzią. My nie widzimy tych więzi (obrazowo), choć wiemy, że one istnieją, bo to wynika wprost z charakterystyki egzystencji różnych gatunków. Natomiast gdyby istniał ktoś kto je widzi? A co więcej, każdego dnia wspiera ich istnienie?   W świecie „Sophie” tym kimś jest Matka Natura oraz Selwowie – czyli ludzie posiadający dar energii. Matka Natura nie pełni tu roli bóstwa, tylko mentora, który czuwa nad całą naturą oraz wspiera działania społeczności Selwów. Oni, są dla niej niezwykle ważni, ponieważ pomagają jej w podtrzymywaniu cyklu życia na Ziemi, przekazując energię naturze – bez której, nie może istnieć.  

Sophie posiada rzadki dar widzenia tego, co dla innych niewidoczne. Czy ta cecha ma być metaforą wrażliwości, którą Pani zdaniem warto pielęgnować w dzisiejszym świecie?

GH: Między innymi. Świat pędzi, życie wielu z nas także, i w tym wszystkim często nie dostrzegamy tego, co najważniejsze – naszego otoczenia, prawdziwych potrzeb oraz tego, co skrywa się w nas samych. Ja nazywam to po prostu duszą. Dusza może nas prowadzić przez życie, do naszych celów, a nawet ku przeznaczeniu. Jednak trzeba najpierw do niej dotrzeć, a potem się w nią wsłuchać. Taka droga wymaga czasu, cierpliwości, a przede wszystkim czucia i dostrzegania więcej, niż na co dzień w pośpiechu. Tak było ze mną. Moja dusza ewidentnie prowadziła mnie w stronę natury, od początku. I kiedy dotarłam do jej głębi, ujrzałam energię oraz ukryty świat Selwów.  Być może brzmi to osobliwie, ale dusza nie jest wyłącznie pojęciem teologicznym. Jest indywidualną częścią każdego z nas. A w świecie „Sophie” –  stanowi cząstkę Matki Natury, obecną w każdym żywym stworzeniu.

Tytułowy ptak jest kluczową postacią. Jaką rolę pełni on w procesie dojrzewania Sophie i dlaczego wybrała Pani właśnie taką formę towarzysza?

GH: Złotodziób purpurowy jest celem, do którego dąży fabuła. Absolutnie wyjątkowe i niespotykane selwie stworzenie, które okaże się kluczowe dla ukrytego w lesie królestwa.  Natomiast, towarzyszem Sophie jest jaguar imieniem Varie. Wybór tego zwierzęcia wynikał z mojej fascynacji jaguarami. Są one niezwykle pięknie ubarwione i posiadają szczególną budowę ciała oraz umiejętności. Potrafią zarówno bardzo wysoko się wspinać, fenomenalnie skakać, jak i pływać czy nurkować – co u kotów jest cechą wyjątkową. Są też najmniej poznanymi dużymi kotami na świecie. Nie wiele się o nich wie i nie wiadomo ile właściwie ich jest. Doznały ze strony człowieka wielu krzywd w postaci masowego zabijania dla skór czy kości, głównie z powodu guseł i zabobonów – z tego względu, dziś są zagrożone wyginięciem. Już dawno temu, ukryły się w otchłani Amazonii, stając się „kotami cieniami” – praktycznie niespotykanymi, niezauważalnymi, całkowicie unikającymi ludzi, których kojarzą tylko z nękaniem i śmiercią. Dla mnie, człowieka o wysokiej wrażliwości na naturę, jest to niezwykle bolesne.

Selwowie: Na swoim profilu Gertie Hoatzsel – Ukryty Świat Selwów nawiązuje Pani do tej tajemniczej grupy. Kim oni są w Pani uniwersum i czy planuje Pani rozszerzyć ich wątek w kolejnych częściach?

GH: Społeczność Selwów, jak wcześniej wspomniałam, to potocznie nazywane przez dortyjczyków Leśne Duchy. Stanowią podstawę ukrytego w lesie świata i posiadają niezwykły dar – energię. Z każdą częścią będę pokazywać coraz więcej – z ich historii (tej mrocznej, ale też światłej), z ich działalności, a także problemy z jakimi boryka się natura i z którymi oni próbują się uporać. Pomiędzy tymi wątkami, oczywiście będą się rozwijać historie Sophie i jej przyjaciół – które okażą się bardzo złożone.

Planuje Pani pozostać wierna gatunkowi fantasy?

GH: Na razie, planuję pozostać przy fantasy. Historię Sophie rozłożyłam na pięć części. Pierwsza już jest, resztę trzeba napisać. Zarys każdej części i koniec całej historii – już mam, ale szczegółowe fabuły to mnóstwo pracy. Teraz, nie myślę co będzie dalej. Chciałabym się skupić na tej opowieści, bo żyje ona w mojej głowie już od wielu lat, a konkretnie trzynastu. W pisaniu, prześcignęłam nawet Michaiła Bułhakowa, który „Mistrza i Małgorzatę” pisał dwanaście lat (śmiech).  Jednakże – jak to zwykle bywa w przypływie weny – kilka lat temu pojawił się pomysł na serię kryminałów. To mój drugi ulubiony gatunek. Może kiedyś do niej siądę, ale póki co – pełne skupienie na Sophie.

Co było trudniejsze przy tworzeniu „Sophie i Złotodzioba purpurowego” – kreowanie magicznych stworzeń i zasad magii, czy budowanie wiarygodnych relacji między bohaterami?

GH: Cóż, najtrudniejsze było zbudowanie systemu – wyraźnego celu istnienia społeczności Selwów oraz ich działalności mocno osadzonej w rzeczywistości. I w tym zawiera się właściwie wszystko – zasady działania energii i panowania nad nią; selwie stworzenia, które uzupełniają i ubogacają świat; oraz bohaterowie posiadający swoją własną historię, która w kolejnych częściach będzie się rozwijać. Jednak najdłużej zeszło mi się ze znalezieniem klucza do nadawania imion i nazwisk selwom. Nie chciałam by kolejny raz była to greka czy łacina, tak jak zwykle bywa w przypadku fantasy. Sięganie do starożytnych mitów, legend i języków idealnie pasuje do świata zjawisk nadprzyrodzonych, ale według mnie, na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, trochę się to zużyło – bo ile można kopiować ten sam schemat? Dlatego szukałam innego rozwiązania i przyszło ono dopiero po kilku latach – mimo, że od początku było oczywiste, ale zajęta układaniem fabuły i historii Sophie na pięć części, nie zauważyłam, że miałam klucz cały czas pod nosem. Była nim natura, wokół której przecież kręci się cała książka.  I tak, imiona i nazwiska pochodzą od nazw gatunkowych roślin, zwierząt, grzybów itd., a także skał. Nie omieszkałam dodać też „gry słów” w niektórych przypadkach, która symbolizuje wygląd lub charakter postaci. Na przykład, dyrektorka szkoły dla Selwów – Popiela Śniegulica. Imię pochodzi od popielicy szarej – uroczego, nadrzewnego gryzonia, występującego w polskich górach – zaś nazwisko wywodzi się od krzewu – śnieguliczki białej. Przypuszczam, że każdy z nas chociaż raz ją widział. Na jej gałęziach zawiązują się charakterystyczne owoce, wyglądające jak malutkie białe jabłuszka. Znaczenie tych słów w kontekście postaci dyrektorki szkoły jest symboliczne. Popiela będzie miała siwe pasmo włosów wyrastające nad czołem, które w kolejnych częściach będzie coraz szersze. Ma ono duże znaczenie, które poznamy w czwartej części. Natomiast jej nazwisko, Śniegulica, to już typowa gra słów, ponieważ dyrektorka ma bardzo bladą, wręcz śnieżnobiałą cerę, w związku z tym posiada śnieżne „lico”” – jak niegdyś mawiano na policzki. Innym przykładem jest uczeń Badylar Uszatek. Imię pochodzi od badylarki pospolitejnajmniejszego dzikiego gryzonia w Polsce – i ma przewrotną symbolikę, ponieważ Badylar jest wysoki jak badyl. Natomiast Uszatek wywodzi się od sowy, uszatki zwyczajnej i nawiązuje do odstających dużych uszu tej postaci. Wśród uczniów szkoły dla Selwów, wyróżniłam też jednego ucznia, ku pamięci naszej noblistki Marii Skłodowskiej-Curie, nadając mu imię Radolit Polonek – od pierwiastków, które odkryła wraz ze swoim mężem. Zatem każde imię w świecie „Sophie” ma ukryte znaczenie i swoje źródło w naturze.  

Gdyby mogła Pani posiadać jeden dar Sophie – zdolność widzenia tego, co ukryte dla innych – co chciałaby Pani zobaczyć w naszym realnym świecie?

GH: Zdecydowanie chciałabym zobaczyć energię. Jestem przekonana o jej istnieniu. Czuję ją między ludźmi, drzewami w lesie i zwierzętami – jak przepływa i oddziałuje. Może mieć postać pozytywną lub negatywną i wpływać na nasze życie. Oczywiście jest to obserwacja pozanaukowa, niczym nie potwierdzona, ale mimo to, dla mnie bardzo wyrazista. Oddziaływanie czyjejś energii, pozytywnej czy negatywnej, zawsze przynosi skutki – dobre lub złe – i myślę, że wiele osób tego doświadczyło w swoim życiu, niejeden raz. Ja także. Dlatego jedyne czego mi brakuje, to ją zobaczyć, by się przekonać czy to co sobie wyobraziłam, było trafne.  

Spotkanie z małym jaguarem w lesie wydaje się kluczowym momentem fabuły. W jaki sposób dzikie zwierzęta wpisują się w energetyczny fundament ukrytego świata?

GH: Przyroda jest w książce ukazana jako wielki, idealnie zaprogramowany system, który wzajemnie się uzupełnia i każdy, nawet najmniejszy organizm, ma znaczenie. Bo w istocie tak jest w rzeczywistości. Upraszczając, przepływem energii w przyrodzie możemy nazwać łańcuch pokarmowy. Każdy organizm musi włożyć wiele energii w swoje przetrwanie i każdy znajduje na to inny sposób. Zwykle samotne drapieżniki – choć nie zawsze – aktywnie polują, roślinożercy najczęściej trzymają się w dużych stadach co zapewnia bezpieczeństwo, a pasożyty niezwykle szybko dostosowują się do nowych, trudnych warunków. Każdy z nich pełni rolę w machinie natury, która jest precyzyjnie określona i która wyznacza przepływ energii w przyrodzie. Stąd właśnie wziął się pomysł na zobrazowanie tej energii i jej przepływu w naturze, w sposób bardziej magiczny, niż stricte nauka. Oczywiście w świecie „Sophie”, kluczowym elementem w tym procesie jest społeczność Selwów, która zawiaduje dostarczaniem energii niezbędnej do przetrwania przyrody. Ten element, ma szczególne znaczenie, symboliczne, ponieważ pokazuje, że jako Homo sapiens, mamy istotny wpływ na naturę. Co więcej, możemy zdecydować – czy będziemy żyć z nią – jak Selwowie – czy obok niej – jak węzły, czyli ludzie pozbawieni daru energii, w mojej książce. Ja wybieram opcję pierwszą. Kiedyś, tysiące lat temu, człowiek o wiele lepiej dogadywał się z naturą. Potrafił z nią współpracować i nie chciał na siłę dostosowywać jej do siebie. Szanował jej różnorodność i zasady, której w niej panują. Dostrzegał i podziwiał jej wartość oraz głębię. Chyba najlepiej przytoczyć tutaj słowa przypisywane Hipokratesowi (ojcu medycyny): Dusza jest taka sama we wszystkich żywych stworzeniach, choć ciało każdego jest inne. Tak kiedyś postrzegano przyrodę. Z fascynacją i głębokim zrozumieniem. Dziś mamy problem, na przykład z dogadaniem się z dzikami w miastach czy niedźwiedziami w górach. Pierwsze co widzę w artykułach opisujących takie zdarzenia to ”trzeba je odstrzelić”. A może zamiast używać siły, powinniśmy się nauczyć z nimi rozmawiać i szukać pośrednich, długofalowych rozwiązań? One mają swój język i zasady, a my mamy swoje. Zarówno my, jak i one, mamy prawo do życia i tworzenia swojego terytorium egzystencji na Ziemi. Nie powinniśmy zapominać, że wszyscy pochodzimy od tego samego korzenia – Matki Natury. I kiedyś, potrafiliśmy się między sobą „dogadać”. Lecz niestety, ta umiejętność przez tysiąclecia gdzieś przepadła – nad czym Hipokrates, z pewnością by ubolewał. 

Leśne duszki lub tajemnicze „świecące duszki” dosłownie odżywiają las, jaka jest ich natura?

GH: Cóż, ciężko powiedzieć tak w skrócie, żeby nie spoilerować esencji książki (uśmiech). Leśnymi Duchami nazywa się świetliste cząstki energii, które czasami widzą osoby nieposiadające energii (wspomniane wcześniej węzły). Są one tylko maleńkim potwierdzeniem zjawisk nadprzyrodzonych spotykanych w Dortyku, ale mimo to, niezwykle pobudzającym wyobraźnię. Do tego stopnia, że powstała o nich legenda, która rozpala środowiska naukowe, poszukiwawcze i obserwacyjne, na całym świecie. Jednak, te cząstki są jedynie zwiastunem tego, co jest ukryte w głębi lasu – rozbudowanego świata, który działa na zupełnie innych zasadach i ma realny wpływ na wszystko, nawet na tych nieświadomych, których jest większość wśród ludzi. Sophie od zawsze będzie świadoma i czująca Leśne Duchy, aż w końcu, odkryje to, co wielu naukowców czy poszukiwaczy chciałoby odkryć – kim one są naprawdę oraz jak od środka działa ich świat.    

Jakie uczucie chciałaby Pani, aby towarzyszyło czytelnikowi tuż po zamknięciu ostatniej strony Pani powieści?

GH: W pierwszej kolejności – niedosyt. W drugiej, fascynacja. Niedosyt jest oczywisty i w tym zakresie mogę powiedzieć, że zaczęłam już pisać drugą część (uśmiech). Natomiast fascynacja może mieć wiele wymiarów. Najbardziej chciałabym, by czytelnik po lekturze tej książki, chciał pójść do lasu. By natura wzbudziła w nim ciekawość, jakiej wcześniej nie doświadczył. By zaczął zauważać w niej to czego wcześniej nie widział i analizować ją w głębszym wymiarze. Takim, który chwilę później przerodzi się w inny wymiar i dotykając drzewa, zacznie wyobrażać sobie, że przekazuje mu energię. A potem, poczuje ją dookoła, jak krąży i przyciąga go, niczym magnes.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *