Strona główna / Wywiady / Byli prekursorami, są legendą

Byli prekursorami, są legendą

Carrantuohill od 1987 roku tworzy muzyczny pomost między polską a irlandzką kulturą. A zaczęło się od ”Robina z Sherwood” i muzyki zespołu Clannad. Dziś są legendą polskiego folku. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Bogdan Wita, współzałożyciel legendarnej grupy przyznaje, że to jakiś ”palce Boży” blisko 40 lat temu uderzył w grupę przyjaciół i wskazał kierunek w jakim mają podążać. Tak narodził się Carrantuohill, zespół, który w Polsce był prekursorem grania nie tylko muzyki celtyckiej, ale chyba w ogóle muzyki folkowej.

Skąd wzięła się fascynacja muzyką irlandzką w latach 80? Jak wspominacie początki grania w Polsce, gdzie muzyka ta była zupełnie niszowa?

BW: Pierwsze „celtyckie dźwięki” usłyszeliśmy dzięki muzyce filmowej zespołu Clannad (pod koniec lat 80-tych emitowany był w TVP film pt: „Robin Hood” z muzyką Clannad). To był impuls do poszukiwań celtyckich melodii, brzmień i muzycznych nastrojów. Byliśmy wówczas grupą przyjaciół, którzy już coś tam razem grywali – czy to poezję śpiewaną, czy piosenkę żeglarską. Ale od tej pory zaczęliśmy próbować grać te nowo usłyszane dźwięki. Najpierw dla siebie, dla frajdy… aż wreszcie pojawiły się pierwsze występy… i kiedy kilka lat później udało się nam po raz pierwszy wyjechać do Irlandii i tam u źródeł poznać tę muzykę z bliska – to wiedzieliśmy już, że to jest prawdziwie nasza życiowa pasja. Dziś, po latach, mam wrażenie jakby uderzył w nas wówczas jakiś „palec Boży” i wskazał kierunek jakim mamy podążać w życiu! W Polsce byliśmy prekursorami grania nie tylko muzyki celtyckiej, ale chyba w ogóle muzyki folkowej. Pierwsze festiwale, na które zaczęto nas zapraszać – to były festiwale żeglarskie. Folkowych jeszcze nie było…

 Jakie były Wasze muzyczne „kamienie milowe”, które ukształtowały brzmienie Carrantuohill?

BW:
Wspomniany pierwszy wyjazd do Irlandii (potem było jeszcze kilka kolejnych – wszystkie bardzo ważne!), spotkanie i współpraca z irlandzkim muzykiem Bobem BALESEM, udział w warsztatach muzycznych prowadzonych przez najlepszych muzyków w Irlandii.

Jak łączyć tradycyjne, celtyckie brzmienia z własnymi kompozycjami i nowoczesnymi aranżacjami, by nie stracić „irlandzkiego ducha”?

BW:
Zanim zaczęliśmy wprowadzać do repertuaru własne kompozycje i nowoczesne aranżacje minęło wiele lat bardzo tradycyjnego, irlandzkiego grania. Najpierw bardzo mocno „nasiąknęliśmy celtozą” i potem już, czegokolwiek byśmy nie zagrali – to i tak miało to w sobie „irlandzkiego ducha”.  Mamy tak do dziś! Nawet gdybyśmy teraz zagrali „Szła dzieweczka do laseczka” – to i tak brzmiało by to po celtycku.

Instrumentarium Carrantuohill jest bardzo bogate – na jakich instrumentach gracie?

BW:
Mamy w swoim składzie bardzo irlandzkie instrumenty: bouzuki, bodhran, uillean pipes, tin whistle… ale też te bardzo zwyczajne i popularne: skrzypce, gitara, akordeon.
Brzmienie Carrantuohill dopełnia silna sekcja rytmiczna: perkusja i gitara basowa.

Jakie legendy irlandzkie opowiadacie swoją muzyką?

BW:
Swoją muzyką chcemy przekazywać przede wszystkim przepiękne celtyckie nastroje. W tej muzyce jest ich ogromne bogactwo. Stąd już bardzo blisko do przeniesienia się w krainę irlandzkich legend. Wystarczy zamknąć oczy i oddać się nastrojowi…

W Waszej muzyce słychać wpływy folku, rocka, a nawet jazzu. Jak definiujecie swój obecny styl?


BW:
Gramy swoje. To, co nam w duszy gra. Na każdym etapie życia troszkę inaczej. To oczywiste. Nic nie stoi w miejscu. Nasze dźwięki, które owszem ostatnio wybiegają coraz szerzej – właśnie w stronę rocka, popu, a nawet jazzu – zawsze jednak przesiąknięte są „celtozą”.  Myślę, że Carrantuohill to wciąż jednak zespół folkowy.

Koncerty Carrantuohill to często dynamiczne widowiska, nierzadko z tańcem irlandzkim. Jak udaje się Wam przenosić tę niezwykłą energię z Zielonej Wyspy na polską scenę?

BW:
Z Zielonej Wyspy przenosimy zaledwie muzykę i nastrój – natomiast energia, która istotnie wielokrotnie wyzwala się podczas naszych koncertów, to już chyba nasz polski (śląski!) temperament. Kiedy jest jeszcze na scenie taniec irlandzki, to jest to już istna mieszanka wybuchowa. To unosi nie tylko publiczność, ale przede wszystkim nas na scenie.

Jakie było najbardziej nietypowe miejsce, w którym koncertowaliście?

BW:
Koncert dla głuchoniemych! Tak, zagraliśmy koncert dla ludzi, którzy totalnie nic nie słyszą. Do dziś mam ciarki na plecach, jak sobie to przypominam. My gramy na scenie, obok nas dwie dziewczyny, które w języku migowym „tłumaczą” naszą muzykę głuchej publiczności. Robią to genialnie! Ruchami rąk i całego ciała były w stanie przekazać rytm i nastrój wydobywający się z naszych instrumentów. I publiczność to łapała! Niesamowite przeżycie!!!

Który album uważacie za najważniejszy w Waszej dyskografii?

BW:
Każdy jest inny i każdy jest dla nas bardzo cenny. Ale gdybym miał wytypować tylko jeden – to chyba „INIS”. Ten album zapoczątkował nasze bardzo szerokie muzykowanie z wieloma wspaniałymi gośćmi. To wówczas zaczęła się współpraca m.in ze Staszkiem Sojką (śp), Anią Jopek, Kubą Badachem… a potem dalej z Ulą Dudziak, Maćkiem Balcarem… itd
Poza tym za album „INIS” dostaliśmy naszą pierwszą ZŁOTĄ PŁYTĘ.

Jak zmieniała się polska publiczność na przestrzeni lat?

BW:
Czasami mam wrażenie, że nasza publiczność starzeje się razem z nami. Kiedyś była to głównie młodzież, a teraz przychodzą coraz starsi ludzie na nasze koncerty. Chociaż nie brakuje sytuacji, kiedy to już kolejne pokolenie po tych „starych fanach” słucha naszej muzyki. I to jest piękne!

Czy nie jest tak, że dzisiaj muzyka irlandzka przeżywa jakby swój renesans?

BW:
Muzyka folkowa (w tym irlandzka) to jest muzyka, która nie podlega modom i trendom. To jest muzyka płynąca z serca, a nie stworzona na potrzeby show-biznesu. Dlatego ona przetrwa wieki. Są momenty kiedy jest bardziej lub mniej zauważana przez publiczność i media. Niemniej każdy, kto szuka prawdziwej szczerości i autentyczności w muzyce, prędzej czy później natrafi na muzykę folkową. Stąd nie mam obaw, że zainteresowanie muzyką folkową kiedyś zaginie.

Jaka jest różnica między koncertami w Irlandii, a w Polsce?

BW:
W Polsce (i w ogóle wszędzie poza Irlandią) nasze koncerty mają wymiar bardziej estradowy. Ze sceny prezentujemy muzykę pochodzącą z Zielonej Wyspy, którą jeszcze dodatkowo trochę „doprawiamy” naszymi osobistymi „muzycznymi przyprawami” – a publiczność tego słucha i reaguje (najczęściej tanecznie). Ale bardzo jest wyraźny podział pomiędzy sceną, a publicznością. Natomiast w Irlandii – co oczywiste – najbardziej czuje się bliskość „źródła” tej muzyki. Tam najczęściej grywa się podczas „sessions” wspólnie z lokalnymi muzykantami. Kiedy siedzę w irlandzkim pubie i muzykuję wspólnie z nimi – to mam wrażenie, że ta muzyka wita mnie u siebie w domu. Czuję się niejako „podłączony” do tego muzycznego pnia, z którego potem wszystko wyrasta.
Carrantuohill jest jedną z gałęzi tego pnia, która rozrasta się i wydaje owoce od blisko 40 lat!

Dziękuję za rozmowę

Foto: Adam Polański

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *