Strona główna / Wywiady / Kruki, windsurfing i mitologie

Kruki, windsurfing i mitologie

„Dla jednych widok kruka to zły omen, dla innych – szczęśliwa wróżba. Uwielbiam wplatać mitologiczne motywy do tworzonych przeze mnie tekstów, a symbolika kruka zafascynowała mnie przez swoją wielowarstwowość i wieloznaczność. Kruki to jedne z najbardziej inteligentnych zwierząt, są wszechobecne w mitologicznych opowieściach i panteonach nawet najbardziej oddalonych od siebie kultur” – mówi jedna z czołowych polskich autorek tworzących romantasy. O zamiłowaniu do mitologii, Sumeru, kruków i windsurfingu, Agnieszka Góralczyk rozmawia z Marią Zdybską.

Często odwołuje się Pani do motywów mitycznych i baśniowych, ale podaje je w bardzo nowoczesny, czasem brutalny sposób. Która mitologia jest Pani najbliższa i dlaczego?

MZ: Ha, świetne pytanie i jednocześnie bardzo dla mnie trudne. Uwielbiam mitologiczne nawiązania i najchętniej wybieram takie symbole i postacie, które mają swoje wcielenia w różnych kulturach. Szukam więc punktów wspólnych, powtarzających się motywów, obracam je na wszystkie strony, przetwarzam na własny użytek. Nie interesuje mnie wplatanie mitologii wprost przeszczepionej z tego, co o danej kulturze wiemy, tylko jej twórcza, fantastyczna interpretacja. Trudno mi wybrać ulubiony krąg kulturowy, ciągle czytam i poznaję coś nowego, obecnie moim obszarem zainteresowań jest Sumer, ale sporo czytam też o różnych formach szamanizmu. Mój apetyt na te zagadnienia jest nienasycony. Lubię bawić się tkaniem wielu warstw znaczeniowych, lubię czerpać z mitów, używać symboli, a niekiedy sprytnie wplatać cytaty będące swoistym „mrugnięciem oka” do uważnego czytelnika, nawiązującym do innych książek czy filmów.  Nie byłabym fair w stosunku do siebie, gdybym wprost wskazała na jedną konkretną mitologię. Mam w sobie pierwiastek odkrywcy, nie przestaję czytać, eksplorować, badać i porównywać symbole i znaczenia z zakresu zupełnie różnych kręgów kulturowych. Fascynują mnie w szczególności podobieństwa pomiędzy różnymi mitologiami i religiami, a zwłaszcza to nieuchwytne uczucie, że wszyscy, cała ludzkość, opowiadamy sobie nawzajem tą samą opowieść, choć być może inaczej patrzymy na różne jej elementy. Bardzo lubię zgłębiać zwłaszcza te mitologie, po których nie dotrwało do naszych czasów zbyt wiele śladów, kulty ludów rdzennych zamieszkujących terytoria, zajęte potem przez ludy, które przyniosły im zagładę. Myślę, że to ważne, żeby pamiętać o różnorodności kultur, które stworzył człowiek i walczyć o ich pamięć, także poprzez wykorzystywanie ich motywów w nowoczesnej literaturze fantastycznej. Najchętniej wybieram takie symbole i postacie, które mają swoje wcielenia w różnych kulturach. W moich książkach czytelnicy znajdą nawiązania do mitologii greckiej, egipskiej, sumeryjskiej, akadyjskiej, słowiańskiej, ale też do szamanizmu czy wierzeń ludów rdzennych Ameryki.

Pani książki często balansują na granicy mroku i namiętności. Czy łatwiej pisze się sceny walki i intryg, czy te budujące napięcie między bohaterami?

MZ: Bardzo się cieszę, że tak to pani odbiera, to dla mnie prawdziwy komplement. Sądzę, że jeden i drugi typ scen wymaga szczególnego wyczucia i zręcznego operowania słowem, a także właściwego doboru tempa. Czytelnik nienawidzi nudy, ale też prawdziwie satysfakcjonujące są właśnie te sceny, które potrafią odpowiednio zbudować i utrzymać napięcie, nagradzając nas wyjątkowym, zaskakujący, lub w inny sposób poruszającym emocje rozwiązaniem. Szczególnie dużo scen walki umieściłam w drugim tomie „Pani Siedmiu Bram”, czyli „Pani Zgliszcz” oraz w „Księdze Wszystkich Imion” i wiem od moich czytelników, że właśnie te książki statystycznie częściej podobają się panom niż inne moje tytuły. Przy niektórych sekwencjach akcji, zwłaszcza tych z „Pani Zgliszcz” której akcja rozgrywa się we współczesnym, realnym świecie i prawdziwych lokalizacjach, masę pracy poświęciłam na odpowiednie rozplanowanie przebiegu walki w przestrzeni, dotyczy to szczególnie akcji rozgrywającej się w Jerozolimie czy w Jordanii, a także w Stambule. Jak mi to wyszło? To już zostawiam do oceny czytelnikom!

Mieszka Pani w mieście pełnym legend. Czy Kraków ma wpływ na to, jak kreowane są mroczne zaułki w książkowych miastach?

MZ: Nie jestem Krakowianką z urodzenia, przyjechałam tu na studia i zostałam i czuję, że przez lata z jednej strony wrosłam już w to miasto, a z drugiej, chyba nigdy do końca nie stanę się kimś „stąd”, to specyficzne miasto, pod wieloma względami hermetyczne mimo pozornej otwartości. Cały czas wydaje mi się, że przyglądam się Krakowowi trochę z pozycji kogoś obcego, chociaż są też jego elementy i miejsca, które traktuję jako własne (czy może raczej przywłaszczone) i są dla mnie bardzo ważne. Jeśli chodzi o atmosferę to sądzę, że Kraków ma w sobie ten specyficzny spleen, który tak sprzyja artystycznym duszom i pewną odrębność od reszty Polski, co bardzo mnie inspiruje. A mówiąc nieco żartem, w oparach zimowego smogu, Kraków wygląda jak nie z tego świata, więc jest miejscem w sam raz dla autorki fantastyki!

Czy zdarzyło się, że bohater „odmówił posłuszeństwa” i w trakcie pisania podjął inną decyzję, niż było to zaplanowane w konspekcie?

MZ: Ach tak, oczywiście, a ja uwielbiam, kiedy to się zdarza! Piszę z określonym zarysem historii i rozdziałów, chociaż nie buduję bardzo szczegółowego planu wydarzeń, dlatego zdarzają mi się w trakcie pracy nad tekstem zmiany, niekiedy bardzo zaskakujące. Podczas pisania, na jeszcze początkowym etapie, nadchodzi dla mnie pewien szczególny moment, kiedy bohaterowie nabierają wyrazistości, ich charakter ustala się i jestem w stanie myśleć o nich jako o osobach z krwi i kości. Dzięki temu uzyskują pewną samodzielność i wywierają większy wpływ na fabułę, potrafią więc w niej namieszać.

Gatunek romantasy przeżywa obecnie ogromny rozkwit. Jak się Pani czuje jako jedna z czołowych polskich autorek reprezentujących ten nurt?

MZ: Absolutnie nie uważam się, za czołową autorkę tego gatunku, ale bardzo dziękuję za tak miłe słowa! Uwielbiam romantasy, bo łączy w sobie dwa elementy, które kocham w książkach jako czytelniczka, a więc fantastyczny świat i wpleciony w historię wątek romantyczny. Zaznaczę, że  w zasadzie to nie jest nowy gatunek, bo fantastyka z romansem, a także tzw. paranormal romance, świętowały sukcesy i przyciągały szerokie grona czytelnicze już ładnych kilkanaście lat temu. Bestsellery romantasy to nadal książki raczej zagranicznych niż polskich autorek, ale cieszę się, że mamy w kraju coraz większe grono piszących w tym gatunku dziewczyn, bo nasza fantastyka jest różnorodna, inspirująca, choć bywa i niedoceniana. Nadal często słyszę, że niektórzy czytelnicy z zasady nie sięgają po książki polskich autorów i autorek, za to zachodnie nazwisko, jest dla nich gwarancją udanej lektury.

A co go charakteryzuje?

MZ: Romantasy określa się jako książki,  w których fantastyka i romans podane są w zrównoważonej mieszance, ale wydaje mi się, że te najbardziej popularne obecnie pozycje romantasy, to jednak te, w których to romans zdecydowanie dominuje, często doprawiony jeszcze pikantnymi scenami. W moim przypadku świat i wątki fantastyczne są równie ważne co emocje związane z romansem, bo właśnie takie proporcje lubię najbardziej, również jako czytelniczka. Regularnie spotykam się z zarzutem, według którego romantasy „niszczy” prawdziwą fantastykę, ale ja uważam, że to krzywdzące stwierdzenie, wynikające raczej z subiektywnego wrażenia dominacji tego typu książek w całym nurcie fantastycznym. Ich popularność wynika natomiast po prostu z faktu, że statystycznie to kobiety czytają więcej, a ponadto książki romantasy przyciągnęły też sporą liczbę dziewczyn czytających na co dzień „zwykłe” romanse, które z kolei raczej nie są zainteresowane fantastyką na przykład w wydaniu militarnym. Dlatego też ta grupa czytelnicza jest szeroka i dobrze widoczna w bookmediach.

Mówi Pani, że „w jej żyłach zamiast krwi płynie morska woda”. Skąd wzięła się ta fascynacja morzem i jak pasja do windsurfingu wpływa na opisy podróży morskich w powieściach?

MZ: Wydaje mi się, że to wina moich rodziców, a miłość do morza została mi po prostu przekazana w genach! Wszystkie moje najszczęśliwsze wspomnienia i obrazy z dzieciństwa wiążą się z wybrzeżem. Podobno, gdy tylko nauczyłam się chodzić, brnęłam uparcie prosto w fale i rodzice z największym trudem powstrzymywali mnie przed podobnymi szalonymi wycieczkami. Potem już z własnej inicjatywy (i trochę przez starszego brata) zakochałam się w windsurfingu i teraz nie wyobrażam sobie nie być nad morzem przynajmniej raz w roku. Jeśli podróżuję to najchętniej wzdłuż wybrzeża albo poznaję kolejne wyspy. Moje ulubione miasta to miasta portowe. Myślę, że ta fascynacja to w dużej mierze po prostu kwestia charakteru. Mam dość niespokojną naturę, a morze zawsze mnie uspokaja, wycisza, pozwala mi spojrzeć na wszystko z pewnej perspektywy. Pisząc „Wyspę Mgieł” i kolejne tomy serii – „Jezioro Cieni” oraz „Wybrzeże Snów”, chciałam przekazać tą cząstkę mnie, zawrzeć w tekście zachwyt nad morzem, nad jego potęgą i niezwykłą naturą. Teraz, w nowelce cosy romantasy „Heksa i serce z kamienia” wracam do tych morskich inspiracji i uroku portowych miasteczek, a z pewnością to nie jest moja ostatnia książka w tym klimacie.

W cyklu Krucze Serce istotną rolę odgrywa postać kruka. Czy to osobisty totem, czy wybór podyktowany wyłącznie mrocznym klimatem serii?

MZ: Przyznam, że od zawsze kocham kruki i gdyby nie było to w Polsce nielegalne, na pewno już bym sobie jednego przygarnęła! Podziwiam je za mądrość, siłę, ale i fascynują mnie ze względu na ich niejednoznaczną naturę. Dla jednych widok kruka to zły omen, dla innych – szczęśliwa wróżba. Uwielbiam wplatać mitologiczne motywy do tworzonych przeze mnie tekstów, a symbolika kruka zafascynowała mnie przez swoją wielowarstwowość i wieloznaczność. Kruki to jedne z najbardziej inteligentnych zwierząt, są wszechobecne w mitologicznych opowieściach i panteonach nawet najbardziej oddalonych od siebie kultur. Mnie podczas pisania trylogii interesował szczególnie aspekt powiązania kruka ze śmiercią, wędrówką dusz, ale także z magią i zmartwychwstaniem oraz dualizm natury tych wyjątkowych ptaków – reprezentujących w zależności od kontekstu zarówno dobro jak i zło, ale tych znaczeń jest więcej. Kruk pojawia się w większości znanych nam mitologii, nie mówiąc o jego znaczeniu dla chrześcijaństwa czy skomplikowanych powiązaniach współczesnej kultury. Kruk jest pierwszym gatunkiem ptaka wymienionym wprost w treści Biblii. Koran opowiada z kolei historię o tym jak Allah wysłał kruka, żeby nauczył Abla obrządku grzebania zmarłych i pochował zamordowanego Kaina. Kruki pojawiają się u Celtów i mają dla nich zdecydowanie pozytywne znaczenie jako symbol boga wiedzy, magii i światła ale i towarzyszą trzem Morrignom i krążą nad placem boju zwiastując śmierć. Podobnie motyw kruka kojarzy się z nordyckimi Walkiriami, ale pamiętajmy, że dwa kruki: Myśl i Pamięć to nieodłączni towarzysze najwyższego boga Odyna. W tradycji szamańskiej kruk bywa utożsamiany z bóstwem opiekuńczym i kimś w rodzaju Prometeusza dającego ludziom ogień. Archetyp kruka jest więc tak rozbudowany, wielowarstwowy i złożony, że jest wprost wymarzonym motywem inspiracji dla pisarza.

Co sprawiło, że zaczęła Pani pisać książki?

MZ: Nie pamiętam czasów, kiedy książki i tworzenie historii nie były moją pasją. To w zasadzie zabawne, bo jestem zupełnie pewna, że wymyślałam opowieści na długo zanim jeszcze nauczyłam się pisać. Muszę jednak też powiedzieć, że po burzliwym okresie dojrzewania, podczas którego napisałam trochę opowiadań, a nawet dłuższych form (zabrałam się też, o zgrozo, za poezję!), nastąpiła długa przerwa. Zajęłam się na serio swoją edukacją, a potem tak zwanym dorosłym życiem. Nie mogłam jednak uwolnić się od miłości do książek i fantastyki i w końcu nadszedł moment, kiedy kumulacja różnych czynników sprawiła, że wróciłam do pisania. Na początku to była tylko forma wytchnienia, czy może nawet ucieczki, w dość trudnym życiowym okresie, potem okazało się, że nie potrafię przestać, że to coś zdecydowanie więcej, obsesja i uzależnienie, które po prostu zawsze we mnie tkwiło.

Jakie są plany wydawnicze Marii Zdybskiej na kolejne miesiące?

MZ: W tym roku wraz z Wydawnictwem Inanna, planuję dwie premiery nowelek w zupełnie nowym dla mnie gatunku cosy romantasy. Cosy romantasy to taka odmiana romantasy, która ma w założeniu tworzyć przytulnym, komfortowy klimat dla czytelnika. Stawki w takich książkach są ustawione znacznie niżej w epickim fantasy, konflikty są lokalne, a magia często bliższa i mniej przerażająca. Pisanie tych tekstów to dla mnie świetna przygoda i bardzo rozwijające doświadczenie. Mam nadzieję, że czytelnicy ciepło przyjmą te teksty. Premiera „Heksy i serca z kamienia” już 20 marca.

Dziękuję za rozmowę

Foto: użyczone

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *