„Czujemy się zobligowani do poruszania tematów niewygodnych, bo przy całej nadprodukcji muzyki, naszym zdaniem liczy się, żeby poważnie podchodzić do treści, jakie przekazujemy muzyką”. A ona porusza tematykę apokaliptyczną, kryzysu klimatycznego i technologii.
Jarzmo to jeden z najciekawszych głosów na polskiej scenie metalowej. O surowym i industrialnym klimacie, wioli klawiszowej i ostrzeżeniu, jakie niesie ich muzyka Agnieszka Góralczyk rozmawia z Piotrem Aleksandrem Nowakiem i Katarzyną Bobik.



Wasza muzyka często porusza tematykę apokaliptyczną, kryzysu klimatycznego i technologii – dlaczego?
PAN: Otóż dlatego, że w dzisiejszych czasach zbyt mało artystów zajmuje się tą tematyką. Pomimo tego, że żyje nam się dość wygodnie, to paradoksalnie na świecie dzieje się tyle rzeczy, które potencjalnie mogą spowodować wiele dalszych problemów. Czujemy się zobligowani do poruszania tematów niewygodnych, bo przy całej nadprodukcji muzyki, naszym zdaniem liczy się, żeby poważnie podchodzić do treści, jakie przekazujemy muzyką.
KB: Od początku granie tego materiału to dla mnie też jakiś sposób radzenia sobie z emocjami, które towarzyszą różnym dramatom naszej rzeczywistości, tym osobistym i tym globalnym. Doceniam dobrą piosenkę o miłości albo złamanym sercu, a nasze serca są złamane kondycją współczesnego świata, toteż o tym gramy.
Gracie mroczny, industrialno-folkowy metal – czym charakteryzuje się ta muzyka?
KB: Porywczością, emocjonalnością, ciężarem, czasem patosem, czasem oberkowym transem. Sporo improwizujemy w obrębie form utworów, więc bywa (też dla nas samych) zaskakująco.
PAN: Gdybym potencjalnemu słuchaczowi, który nas nie zna, miał wytłumaczyć na czym polega nasza muzyka, to powiedziałbym, że jest to nieokrzesany i nieokiełznany rock połączony z metalem, grany na niecodziennych instrumentach i z niecodziennymi treściami, tak że formalnie jest bardzo dużo zmian względem typowych przedstawicieli gatunków.
O Waszej muzyce mówi się, że jest gęsta i ciężka – jak w dwuosobowym składzie osiągacie tak apokaliptyczne, industrialne brzmienie?
PAN: Brzmienie to osiągnięte jest w dużej mierze przez zastosowanie wioli klawiszowej, która posiada bardzo wiele strun i ma bardzo wiele możliwości brzmieniowych. Moja autorska elektryfikacja tego instrumentu, którego ścieżka dźwięków jest bardzo skomplikowana i właśnie gęsta, nie pozostaje bez znaczenia. Ponadto Kasia zajmuje się graniem także gęstym, i jako dwuosobowy skład pozwalamy sobie na to, aby każda wolna przestrzeń pozostała wypełniona rytmem, a na dodatek śpiewamy, więc dodajemy jeszcze kolejną warstwę do tego całego melanżu. Tutaj mogę tylko troszeczkę zdradzić, że na drugiej płycie będzie jeszcze więcej źródeł dźwięku, gdyż będę grał na klawiaturze nożnej, która obsługuje syntezator.
Czy Wasza muzyka ma być ostrzeżeniem przed skutkami ludzkiej działalności?
KB: Ostrzeżeniem, komentarzem i może zachętą, aby się nad tymi tematami pochylać i nie dokładać swojej cegiełki do globalnej degrengolady.
PAN: Dokładnie tak, staramy się aby ten przekaz był możliwy jasny, ale też żeby nie był całkowicie wprost. słyszeliśmy tego typu formy i za każdym razem wprowadzały więcej złego niż dawały potencjalnej chęci do zastanawiania się nad problemem.
Gra Pan na nietypowym instrumencie – proszę o nim opowiedzieć.
PAN: Świat zna ją pod nazwą nyckelharpa, a tak naprawdę jest to wiola klawiszowa, instrument o pochodzeniu średniowiecznym, smyczkowy, posiadający klawiaturę, która służy do zmiany wysokości dźwięku oraz 12 strun wybrzmiewających – te działają na zasadzie rezonansu. Wielu ludzi uznaje ją za instrument typowo szwedzki i jest w tym trochę prawdy, gdyż od XVIII wieku największą popularność zyskiwał faktycznie na półwyspie skandynawskim, natomiast trzeba pamiętać, że na przestrzeni dziejów instrument ten był używany w wielu częściach Europy i tak samo jak lira korbowa, jego ścieżki rozwoju są skomplikowane. Można więc śmiało uważać, że jest to także instrument po trosze Polski.
Dlaczego zrezygnowaliście z gitar na rzecz nyckelharpy?
PAN: Muzyka ma już problem z odnalezieniem nowych form wyrazu i nowych harmonii, zatoczyliśmy bardzo duże koło i używanie gitary po raz biliardowy byłoby strzałem w stopę co najmniej. Zwyczajnie bez przesady, ile można grać na gitarach te same riffy i te same dźwięki.
KB: To dość zabawne, bo Piotr jest z wykształcenia gitarzystą klasycznym. Ale zdaje się, że jego jakieś znużenie tym instrumentem przyniosło zainteresowanie wiolą klawiszową, której oryginalność jest poważnym atutem naszego duetu.
Nyckelharpa to unikatowy średniowieczny instrument. Jak Pan trafił na ten instrument i jak udało się go zaadaptować do tak ciężkiego grania?
PAN: To jest faktycznie dość piękna historia: mianowicie razem z Moniką Sobolewską prowadziliśmy warsztat lutniczy. Monika uznała, że pierwszy instrument jaki wykona całkowicie samodzielnie to będzie wiola klawiszowa, no i zrobiła to, natomiast okazało się że ten instrument nie do końca odpowiada jej jej preferencjom – był za ciężki w sensie wagowym. Dlatego ja zacząłem na nim grać, i dość szybko okazało się, że jest to absolutnie bliskie memu sercu, i że jest to brakujący kolor w mojej palecie. Mój drugi zawód to lutnik, dlatego posiadam umiejętności, aby taką maszynę, jaką jest wiola klawiszowa, zelektryfikować na wiele sposobów. Gdybym się miał wdawać w szczegóły, jest tam bardzo ciekawa ścieżka przetwarzania dźwięku. Oprócz mikrofonów jest tam kilka osobnych przetworników – każdy z nich prowadzi do dystynktywnej modyfikacji konkretnych strun, przez co uzyskuję wielopoziomowe, gęste brzmienie.
Jak Pani partie perkusyjne współgrają z nietypowym brzmieniem nyckelharpy, aby zachować metalowy sznyt?
KB: Metalowy sznyt, to konsekwencja tego, co słyszę, gdy Piotr zaczyna grać swoje rzeczy – te partie perkusyjne układają mi się dość naturalnie w coś, co odzwierciedli te nieprzejednane emocje. Technicznie rzecz biorąc, nie staram się grać metalowo, bliższe jest mi groove’owe granie i improwizacja, ale emocjonalność tej muzyki powoduje, że jakiś ciężki duch się pojawia.
Gdzie leży granica między folkiem, a metalem w Waszej muzyce?
PAN: Gdyby wyłączyć przestęr i oktawer, myślę, że powstałby dziwaczny, lekko jazzujący, folkowy duet, także chyba właśnie w miejscu włączenia przesteru nagle robi się z tego metal.
KB: No i zestaw perkusyjny w tym kształcie jaki znamy i jakiego używam jednak jest wymysłem amerykańskim, i w europejskiej muzyce tradycyjnej go nie było, więc to jest też mocno metalizujący czynnik.
Jarzmo to w przenośni ciężki los. Czy nazwa zespołu odnosi się do „jarzma” technologii i cywilizacji, które nosimy?
PAN: Dokładnie tak. Jako ludzie współcześni jesteśmy wygodni, jest nam łatwo tylko że robimy to za cenę nałożenia sobie bardzo wielu jarzm, czy to zniewolenia cyfrowego, czy to zniewolenia państwowego, czy to zniewolenia coraz szybciej działającej technologii.
Jakie historie lub legendy są inspiracją dla Waszej twórczości?
PAN: Na przykład takie, że CEO Spotify zaczął inwestować pieniądze zarobione na muzyce w technologie wojskowe i w produkowanie coraz skuteczniejszych metod zabijania.
KB: Strzygi, wiedźminy i utopce mogą być piękną, metaforyczną pożywką, ale my nie z tego lasu wyszliśmy.



Jakie emocje lub obrazy towarzyszyły Wam przy komponowaniu „Antropocenu”?
PAN: Och, tych emocji było tak dużo, że w jednym wywiadzie nie da się ich opisać. Faktycznie jak zakładaliśmy duet, mieliśmy bardzo trudno, gdyż musiało się sporo personalnie w naszych życiach pozmieniać, abyśmy skutecznie mogli wyrażać się w muzyce.
KB: Tak, były życiowe perturbacje, była zima, początek inwazji Rosji na Ukrainę, ciężki i smutny czas pełen niewiadomych i pytań o przyszłość. Muzyka była odskocznią, a jednocześnie kanałem wyrazu tego wszystkiego, zdecydowanie. Towarzyszył mi też, z jakiegoś powodu, obraz muzycznych nomadów wędrujących po pustyni, rodem z Mad Maxa, i obraz ten zainspirował naszą pierwszą sesję zdjęciową, tylko że zamiast pustyni był śnieg i zima.
Jak przenieść tak surowy i industrialny klimat z albumu na scenę?
PAN: Jest to relatywnie łatwe, gdyż jako muzycy, którzy przeciwstawiają się graniu z półplaybacków i przeprodukowywaniu muzyki nagranej, wychodzimy na scenę, gramy, śpiewamy i schodzimy za sceny. Oczywiście brzmi to zabawnie, ale fakt jest taki, że po prostu brzmimy podobnie na płycie i na scenie.
KB: To raczej w drugą stronę działało – materiał na płytę powstawał i dopracowywał się na koncertach, nagranie było tylko „formalnością”.
Dziękuję za rozmowę
Foto użyczone, Kuba Kazanowski, Anna Zborowska, Alicja Miękina, Marcin Gross











