Strona główna / Świat / Tasmania: Mistrz kamuflażu na lotnisku – żywy opos „udawał” pluszaka

Tasmania: Mistrz kamuflażu na lotnisku – żywy opos „udawał” pluszaka

Wyobraźcie sobie ostatnie chwile przed odlotem – pośpieszne zakupy w strefie wolnocłowej, wybieranie pamiątek dla bliskich i nagle… jedna z pluszowych zabawek mruga do Was okiem. Taka niezwykła historia wydarzyła się w minioną środę na lotnisku Hobart w Tasmanii.

Podróżni odwiedzający sklep z lokalnymi pamiątkami w najmniejszym stanie Australii przecierali oczy ze zdziwienia. Na półce, pośród miękkich przytulanek wyobrażających psy dingo, kangury i inne torbacze, zasiadł pasażer „na gapę”. Był nim żywy, dziki opos australijski.

Zdradziło go spojrzenie

Zwierzę wybrało sobie idealną kryjówkę. Wtopiło się w tłum pluszowych maskotek tak skutecznie, że na pierwsze oko było niemal nie do odróżnienia od zabawek. Opos zachowywał absolutny spokój, siedząc nieruchomo wśród swoich sztucznych kolegów.

Niezwykłego gościa wytropił jeden z klientów. Jak relacjonował Liam Bloomfield, kierownik ds. sprzedaży detalicznej na lotnisku, czujny turysta zauważył coś podejrzanego: jedna z „zabawek” zaczęła poruszać gałkami ocznymi. Gdy postronni podeszli bliżej, okazało się, że to nie cud technologii zabawkarskiej, lecz prawdziwy, puszysty mieszkaniec wyspy.

Szczęśliwe zakończenie

Opos, choć wyraźnie zadowolony z towarzystwa miękkich przyjaciół, musiał opuścić sklepowe półki. Pracownicy lotniska zadbali o to, by „mistrz kamuflażu” został bezpiecznie i bezstresowo wyprowadzony z terminalu. Zwierzę wróciło na łono natury, a pasażerowie zyskali historię, której nie zapomną do końca życia.

– Będziemy mieli małą świątynię dla oposa – powiedział Bloomfield. – Ładne małe zdjęcie. Dostanie imię. Przed sklepem stanie ładny mały postument, aby opos został zapamiętany.

To kolejny dowód na to, że w Australii przyroda potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Następnym razem, kupując pluszaka na pamiątkę, warto sprawdzić, czy na pewno nie potrzebuje on biletu na samolot!

Karolina Osińska-Marcińczyk, screen: The Associated Press

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *