Strona główna / Wywiady / Światy ukryte w pejzażu

Światy ukryte w pejzażu

Podróżuje po Syberii, Mongolii, Skandynawii czy Svalbardzie. Spotkał niedźwiedzie brunatne i polarne. Stworzył jedyne w Polsce Muzeum Mongolii i mieszka w ponad 100 letnim domu w Budzie Ruskiej nad Czarną Hańczą. M.in. o wyprawach, miłości do fotografii i czarnej bani, Agnieszka Góralczyk rozmawia z Piotrem Malczewskim, fotografem i podróżnikiem, który dzięki fotografii odkrywa nowe światy ukryte w pejzażu, mgle, kamieniach, tafli wody czy lodu.

W ile podróży Pan już wyruszył i dokąd?

PM: Tych podróży było kilkadziesiąt, ale kierunkiem, który mnie zawsze najbardziej interesował były te chłodne rejony przede wszystkim Syberia, Mongolia, Skandynawia, Svalbard. Jednak najwięcej podróżowałem po Syberii, głównie ku Bajkale. Najpierw wiosną i jesienią, a później zimą.

Dlaczego zaczął Pan w ogóle podróżować?

PM: Były to dziecięce marzenia. Oglądałem gazety w szkole. Czytałem książki. Gdzieś utkwiła mi w głowie pewna bajka i w 1998 r. po raz pierwszy wyruszyłem z moim przyjacielem pociągiem na Syberię nad Jezioro Bajkał. To był przełom czerwca i lipca. Nie było wówczas żadnych książek o Bajkale, ani map.

Jaki zestaw fotograficzny zabiera Pan ze sobą w podróż?

PM: Są to zazwyczaj dwa aparaty fotograficzne. W tej chwili cyfrowe, wcześniej analogowe, które mają dość duży zestaw akumulatorów, dwa, trzy obiektywy, a teraz jeszcze i dron.

Jaka jest Pana ulubiona pora dnia do fotografowania?

PM: Najprzyjemniejszą porą dnia jest poranek lub późne popołudnie. Poranek tuż przed wschodem słońca, gdy na niebie dzieją się przepiękne zjawiska z chmurami, światłem i barwą, zanim słońce wzejdzie. Bywa i tak, że wschód słońca jest już najmniej ciekawy z tego wszystkiego, a to co było najpiękniejsze odbyło się tuż przed wschodem.

Która fotografia jest Pana ulubioną i jaka historia się za nią kryje?

PM: Nie mam takiej, bo zrobiłem ich wiele. Za niektórymi kryją się przeróżne historie, które zakończyły się na szczęście szczęśliwie. Tak było z fotografią niedźwiedzia brunatnego w Tajdze Syberyjskiej, czy niedźwiedzia polarnego na Svalbardzie, który i tu i tu może być niebezpieczny dla człowieka. Jedne ze zdjęć, które bardziej lubię to fotografie małych światów, które można zobaczyć pod nogami, w kropli rosy, czy w kropelce wody, czy w małych fragmentach lodu, które są wokół mnie.

Co najczęściej Pan fotografuje? Krajobraz, architekturę, czy ludzi?

PM: Różnorodnie. Otacza mnie najwięcej przyroda – krajobraz, rzeka, las. Ale w podróży fotografują również i architekturę i ludzi. Wykonuję fotografie dokumentalne czy reportażowe. W ostatnich latach, w mojej okolicy wykonuję i portrety i fotografię dokumentalną światów, które już powolutku odchodzą.

Jaka była najbardziej niebezpieczne lub nieprzewidziana sytuacja, w której robił Pan zdjęcia?

PM: Tych sytuacji było wiele. Natomiast któregoś razu stojąc i czekając na wschód słońca nad Jeziorem Wigry zobaczyliśmy, że coś płynie w naszą stronę. Okazało się, że płynie łoś z półwyspu gdzie widniał kościół i klasztor w Wigrach. Był to początek marca, więc woda była lodowata. Łoś, gdy dopłynął na odległość 150 m, może trochę więcej, stanął na dno i poczuł nas, więc odpłynął z powrotem. Natomiast w tym samym czasie podpłynął bóbr. Był może z 2 metry od nas i uderzał kilkukrotnie ogonem w wodę, by nas odstraszyć. Nie wiedzieliśmy czy fotografować łosia czy bobra. Do bobra trzeba było zmieniać obiektyw. Nie mniej jednak było to zabawne spotkanie, a podobnych było znacznie więcej.

Mieszka Pan w Budzie Ruskiej nad Czarną Hańczą – w domu, w którym znajduje się tradycyjna czarna rosyjska bania i, który jest najstarszym w całej wsi – opowie Pan o nim?

PM: Mieszkam w domu drewnianym, ponad 100-letnim, który zbudowali staroobrzędowcy, kiedy 100 lat temu uciekali przed prześladowaniami z Rosji carskiej. Nieopodal domu, nad rzeką stoi tradycyjna, czarna bania, albo łaźnia po polsku (nie mylić z sauną). Ta bania nazywa się czarna, ponieważ nie ma komina, a dym ucieka przez drzwi i okna. Nagrzewa się kamienie, oczywiście potem nie ma tam żaru i dymu, ale zapach dymu pozostaje w skórze i włosach przez kilka dobrych dni. Staroobrzędowcy, zwani też starowierami czy starowiercami to odłam prawosławia, który nie poddał się reformom w kościele prawosławnym. Byli prześladowani i uciekali czy do północnej Rosji, czy na południe, czy też m.in. na tereny Rzeczpospolitej Polskiej, gdzie za zgodą władz byli osiedlani i zwalniani z podatków. Zakładali wsie, karczowali lasy, by założyć swoje osady. I wówczas w XVIII w.  szacuje się, że było ich między 70, a 100 tys. mieszkańców. W tej chwili pozostało ich między 2-3 tys.

W dawnym budynku chlewa powstała galeria fotografii i Muzeum Mongolii?

PM: W 1999 r. przeniosłem się z Augustowa do Budy Ruskiej nad Czarną Hańczę, gdzie zacząłem remont najpierw budynku chlewa, by powstała w nim galeria fotografii, która funkcjonuje od 2001 r., więc już ponad 25 lat. Muzeum Mongolii powstało w 2017 r. W galerii fotografii odbywają się wystawy nie tylko mojego autorstwa, ale również pokazy fotografii z opowieścią, różne warsztaty, czy spotkania podczas Festiwalu Literackiego „Patrząc na Wschód”. Natomiast Muzeum Mongolii jest przestrzenią z ekspozycją stałą, ze scenografią, fotografiami, eksponatami przywiezionymi z podróży. Zresztą cały czas dowożę eksponaty z Mongolii, które otrzymuję od życzliwych ludzi. Jest to jedyne Muzeum Mongolii w Polsce. W 2024 r. na wniosek ambasadora Mongolii, prezydent Mongolii przekazał mi medal przyjaźni, w związku z działalnością, którą prowadzę.

Można do Pana przyjechać, aby zgłębiać tajniki fotografii?

PM: Tak. Co jakiś czas przeprowadzam warsztaty fotograficzne, kilkudniowe dla początkujących i zaawansowanych.

Dziękuję za rozmowę

Foto: użyczone

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *