„Każde pokolenie ma swoje hymny. Tyle, że sentyment przychodzi po latach. Dopiero gdy piosenka zaczyna pachnieć wspomnieniem” – tak odpowiada lider Róż Europy na pytanie o to, czy dzisiejsze pokolenie będzie miało swoich kultowych. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Piotr Klatt wraca do czasów buntu i sprzeciwu wobec kłamstwa i bylejakości, kiedy Róże Europy były głośnym głosem pokolenia, a Europa bardziej marzeniem niż adresem.
Jak i gdzie powstały Róże?
Róże Europy powstały w Warszawie. 13 grudnia 1983 roku. W domu Wiesława Ochmana. Nie mieliśmy jak inni – Baltona, obrazy Kossaków, Picasso, flamandzcy malarze w tle. To był paradoks tamtego czasu. Z jednej strony dekoracje, z drugiej – szara rzeczywistość. Wcześniej grałem w Lizakach Policyjnych i Lalkach Kaliguli. Kompletny underground. Piwnice osiedlowych domów kultury. Tych odważnych. Róże nie powstały z legendy o garażu. Były zimne sale prób, sprzęt po przejściach i ogromna potrzeba powiedzenia czegoś własnym głosem. To nie był projekt. To była konieczność.
Skąd nazwa?
Bo w róży jest i piękno, i kolec. A Europa była wtedy bardziej marzeniem niż adresem. Nazwa miała napięcie – dokładnie takie, jakie czuliśmy. Byliśmy częścią opowieści demoludów. Dla nas „nasz Generał” nie był figurą lokalną. Widzieliśmy go w jednym szeregu z autorytarnymi przywódcami XX wieku. Tak to wtedy czuliśmy. Takie były emocje. To nie była analiza historyczna. To był młody gniew.
Jesień to pora emigrantów” – o czym jest?
Jesień to pora emigrantów to piosenka o ucieczce. Ale nie tylko z kraju. Z relacji. Z własnej skóry. Z miejsca, w którym przestaje się oddychać. To nie publicystyka. To był nasz stan. Chłodny. Samotny. Bez fajerwerków. Dlatego działa. Bo nie jest napisana „o czymś”. Jest napisana „z czegoś”.
Kontestacja i bunt – byliście tacy?
Oczywiście. Tyle że to nie był bunt do zdjęcia. Nie bunt do wywiadu. To był sprzeciw wobec kłamstwa i bylejakości. Nie mieliśmy ochoty nikogo udawać. A w tamtym czasie udawanie było walutą.
Byliście głosem pokolenia?
Jeśli tak, to dlatego, że nie kalkulowaliśmy. Tekst był ważniejszy niż fryzura. Emocja ważniejsza niż układ z kimkolwiek. Nie robiliśmy kariery. My próbowaliśmy oddychać.
Pierwsza próba zespołu odbyła się 13 grudnia 1983 r.?
Tak. Data symboliczna. Wtedy daty miały ciężar. I my też chcieliśmy mieć ciężar. Nie chcieliśmy być lekką muzyką do tła.
Czy dziś podbiliście rynek?
Nie wiem, czy podbiliśmy algorytmy. Ale dobra piosenka przetrwa każdą epokę. Może nie w tydzień. Może nie w sezonie. Ale przetrwa. Bo prawda nie starzeje się tak szybko jak format.
Polska muzyka dziś?
Jest świetnie wyprodukowana. Technicznie światowa. Czasem jednak tęsknię za większym ryzykiem w tekście. Za tym momentem, kiedy ktoś naprawdę coś mówi — a nie tylko dobrze brzmi.
Czy dzisiejsze pokolenie będzie miało swoich kultowych?
Będzie. Każde pokolenie ma swoje hymny. Tyle, że sentyment przychodzi po latach. Dopiero gdy piosenka zaczyna pachnieć wspomnieniem.
Najważniejszy utwór dla Piotra Klatta?
Wszyscy mówią „Jedwab”. I słusznie. Jedwab to dla mnie nie tylko przebój. To była moja ukochana. Nie udało nam się. Życie napisało inny scenariusz. Małgosia jest dziś matką trzech wspaniałych córek. Nie ze mną. Ale to nie odbiera temu uczuciu prawdy. „Jedwab” nie jest wymyślony. On jest przeżyty. Może dlatego wciąż żyje Bo ludzie wyczuwają, kiedy coś jest naprawdę.
Idol wtedy?
Nowa fala. Punk. Poezja w gitarowym brzmieniu. Artyści, którzy nie bali się mówić wprost.
A dziś?
Cenię tych, którzy mają własny język. Nieważne, czy to rock, elektronika czy hip-hop. Liczy się prawda.
Plany?
Scena. Bo tam jest tlen. I kilka rzeczy dojrzewających w studiu. Nie lubimy gadać o planach. Wolimy grać.



Dziękuję za rozmowę. Fot. użyczone











