Strona główna / Wywiady / Kasia Lipert: Traktuję skrzypce trochę jak dziecko

Kasia Lipert: Traktuję skrzypce trochę jak dziecko

Skrzypaczka niezwykła – bo grająca przeboje rockowe na elektrycznych skrzypcach… Kasia Lipert przełamuje schematy, a na jej koncertach publika zrywa się do tańca. Zaczynała jednak od skrzypiec klasycznych. Dziś naucza i koncertuje, o czym opowiada Karolinie Osińskiej-Marcińczyk.

Gra na skrzypcach kojarzy się z filharmonią i elegancją, ale w połączeniu z rockowym pazurem staje się prawdziwym żywiołem. Pokazujesz, że muzyka nie ma granic. Pamiętasz, jak po raz pierwszy podłączyłaś skrzypce do wzmacniacza i poczułaś moc przesterowanego brzmienia?

Grałam wtedy w zespole i coraz częściej czułam, że klasyczne skrzypce to dla mnie za mało. Nie dlatego, że je przestałam lubić – po prostu chciałam czegoś więcej. Więcej brzmień, więcej możliwości, więcej efektu „wow”. Zamarzyło mi się, żeby zamienić je na elektryczne: bo dają większą swobodę, można je przepuszczać przez efekty, bawić się dźwiękiem, a do tego… wyglądają po prostu spektakularnie. A ja od zawsze lubiłam inność i rzeczy, które trochę wychodzą poza schemat. To nie była ucieczka od klasyki, tylko kolejny krok – w stronę brzmienia, które jest tak różnorodne jak ja.

Większość skrzypaczek zaczyna od Mozarta i Bacha. Takie były pewnie też Twoje początki… Jak środowisko „klasyczne” reaguje na Twoje rockowe wcielenie?

Tak, dokładnie – u mnie też wszystko zaczęło się od Mozarta i Bacha. To była moja muzyczna baza, fundament, na którym nauczyłam się dyscypliny, wrażliwości i szacunku do dźwięku. Ale bardzo szybko poczułam, że ten świat to dopiero punkt wyjścia, a nie meta. Klasyka dała mi technikę, ale ciekawość popchnęła mnie dalej. Chciałam sprawdzić, co się stanie, gdy ten „idealny” dźwięk wyjdzie poza ramy nut i sal koncertowych. Dlatego dziś traktuję Mozarta i Bacha jak korzenie – bez nich nie byłoby tego, co gram teraz, w tylu różnych stylach. Na początku była ciekawość. W środowisku „klasycznym” w latach, w których zaczęłam przygodę ze skrzypcami elektrycznymi trzymano pewną ramę, więc moje „elektryczne” wcielenie bywało odbierane jak mała prowokacja. Z czasem jednak pojawiło się coś znacznie ważniejszego: przełamanie i brak podziału na muzykę, bo przecież ona jest jedna! Najpiękniejsze jest to, że dziś dostaję wiadomości od młodych skrzypków i skrzypaczek, którzy piszą, że dzięki mnie odważyli się wyjść poza schemat. Że zobaczyli, iż można być wiernym instrumentowi, a jednocześnie iść własną drogą. Jeśli mogę być dla kogoś takim impulsem do odwagi – to jest dla mnie największa nagroda.

Rock to energia i wolność, klasyka to dyscyplina. Jak udaje się Ci zachować asertywność w świecie, który chciałby Cię zamknąć w jednej szufladce?

To chyba przyszło z czasem. Na początku bardzo przejmowałam się tym, co „wypada”, a co „nie pasuje”. Dziś wiem, że gdybym próbowała spełniać wszystkie cudze oczekiwania, szybko przestałabym być sobą. Asertywność polega dla mnie na tym, że słucham innych, ale ostatecznie wybieram to, co jest ze mną w zgodzie. Nie muszę się tłumaczyć z tego, że gram różne style, że zmieniam brzmienia, że nie chcę być tylko „tą jedną”. Zamiast dopasowywać się do szufladek, wolę je po prostu… przewracać. I iść dalej swoją drogą.

Czy Twój instrument ma swoje imię lub historię, która mogłaby być materiałem na powieść? Czy wierzysz w przedmioty z duszą?

Zdecydowanie wierzę, że instrumenty mają duszę. Moje skrzypce nie są „przedmiotem” – traktuję je bardzo osobiście, trochę jak dziecko. Towarzyszą mi od najmłodszych lat i w najważniejszych momentach, znają moje emocje, stres, radość, sceniczne wzruszenia. Są częścią mnie. I tak – one mają swoją historię, taką, że spokojnie mogłaby stać się początkiem powieści. Przeszły ze mną naprawdę dużo… nawet wypadek. Ktoś kiedyśprzypadkiem na nich usiadł – serce mi wtedy stanęło. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale od tamtej pory mówię, że to skrzypce z charakterem i bliznami, jak prawdziwy bohater. Dlatego dbam o nie jak o coś żywego. Bo dla mnie one nie są tylko narzędziem do grania – one mają swoją duszę. I gram z nimi, a nie na nich.

Koncerty rockowe to zupełnie inna interakcja z publiką niż recitale w ciszy. Czy to właśnie ten „ekscytujący finał” występu, gdy publika tańczy, daje Ci największe paliwo do koncertowania?

Nie tylko wtedy choć oczywiście takie momenty są elektryzujące! Każdy koncert, niezależnie od stylu muzyki, daje mi ogromną energię. Dla mnie paliwo do grania pochodzi z samej wspólnej chwili z publicznością: kiedy słuchacze wchodzą w muzykę razem ze mną, reagują, uśmiechają się, zamykają oczy, albo po prostu słuchają w skupieniu. To, że ktoś tańczy przy rockowym brzmieniu, klaszcze przy popowej czy folkowej improwizacji czy wstrzymuje oddech przy muzyce filmowej – to wszystko daje mi tę samą moc. Dla mnie „ekscytujący finał” nie zależy od stylu muzyki, tylko od połączenia między sceną a ludźmi. Każdy koncert jest wyjątkowy i każdy daje mi niezastąpioną energię do grania dalej.

Jak radzisz sobie z tremą przed dużymi widowiskami? Czy muzyka jest dla Ciebie formą socjoterapii, sposobem na oswojenie własnych lęków?

Z tremą radzę sobie w zasadzie grając. Im bardziej zanurzam się w muzykę, tym mniej miejsca zostaje na strach. Dla mnie instrument jest nie tylko narzędziem do grania – jest bezpieczną przystanią, w której mogę wyrazić wszystko, co czuję. Muzyka zdecydowanie pełni dla mnie funkcję socjoterapii. To sposób na oswojenie lęków, wyrażenie emocji, które trudno ubrać w słowa. Tremę traktuję jak naturalną część procesu – adrenalina, ekscytacja, lekki niepokój – i zamieniam ją w energię do grania. Każdy występ staje się więc jednocześnie walką z własnymi ograniczeniami i celebracją tego, że mogę dzielić się dźwiękiem z innymi. Właśnie w tym tkwi magia koncertu: tremę przemienia w żywiołową energię, którą razem z publicznością tworzymy na scenie.

Czym zajmujesz się na co dzień?

Na co dzień przede wszystkim jestem muzykiem – skrzypaczką – gram, eksperymentuję z brzmieniem skrzypiec w różnych stylach, myślę nad programem i piosenkami, które poruszą publiczność na koncertach. Moim drugim zajęciem jest nauczanie – uczę kolejne pokolenia gry na instrumentach i pokazuję im, że muzyka nie zna granic.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Dariusz Piątkowski Everest Art

ZOBACZ INNE NASZE WYWIADY

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *