Strona główna / Wywiady / Zapachy, których już nie ma

Zapachy, których już nie ma

„Tęsknię za magią tamtych lat. Za zapachami. Nawet tym charakterystycznym zapachem pasty, którą mama czyściła podłogę w kuchni”, czyli sentymentalny powrót do czasów dzieciństwa i młodości dzisiejszych czterdziestolatków i starszych osób, które pamiętają czym pachniał świat przed erą komórek i Internetu. O dzieciństwo i młodość wychowanych w PRL-u, Agnieszka Góralczyk pyta Monikę Marszał popularną Instagramerkę.

Jest Pani popularną Instagramerką kojarzoną z Polską okresu PRL-u. Czuje się Pani ekspertką w tej dziedzinie? Bo tak o Pani mówią.

MM: Ekspertką na pewno nie jestem. Czasy PRL-u są mi jednak bliskie, bo studiowałam historię. Mój instagramowy blog opiera się na tym, co pamiętam z własnego dzieciństwa i lat szkolnych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, bo niezależnie od tego, czy różni nas 5 czy 10 lat, albo czy jesteśmy z północy czy z południa kraju, wtedy wszystko było podobne.

PRL to były „trudne” czasy, ale z klimatem. Za czym tak naprawdę z tamtego okresu tęsknią ludzie Pani zdaniem?

MM: Wspomnienia są indywidualne i myślę, że każdy ma je inne. Człowiek tęskni za tamtymi latami, ponieważ świadomy jest upływającego czasu i chciałby go w jakiś sposób zatrzymać. Dzieciństwo tak naprawdę docenia się po wielu latach, kiedy na dobre je opuszczamy i tęsknimy za bezpieczeństwem, beztroską i ciepłem rodzinnego domu. Później tęskni się za młodością. Chętnie powracamy do „kiedyś”, bo łączymy te czasy z bliskimi, których dziś już często z nami niestety nie ma. Zacierają się gorsze momenty, nawet te traumatyczne wspomnienia z przedszkola czy szkoły, natomiast skupiamy się na tych dobrych. To spotkania, ludzie i zdarzenia sprawiają, że tęsknimy. Nie wiem, czy czasy były lepsze, czy gorsze, ale na pewno wyjątkowe.

A za czym Pani najbardziej tęskni? Bo czytając książkę wybór wydaje się być trudny.

MM: Tęsknię za magią tamtych lat. Za zapachami. Zapachem dwunastu potraw przygotowywanych przez mamę i babcię na święta Bożego Narodzenia. Zapachem pomarańczy. Nawet tym charakterystycznym zapachem pasty, którą mama czyściła podłogę w kuchni. Tęsknię za zapachem gazety z programem telewizyjnym, którą w wigilijny poranek tato przynosił z kiosku. Miała zielony napis, wkładkę, krzyżówkę i była bardzo gruba. Mam wrażenie, że nawet ona pachniała wtedy świętami…Prezenty świąteczne były zawsze dla mnie najpiękniejszymi, jakie dostałam w życiu. Podarunki, mimo że odkryte już wcześniej, bo ukryte w wersalce, zawsze mnie uszczęśliwiały — w końcu czekało się na nie cały rok. Wieczorem wszystkie moje prezenty układałam równo na półce, liczyłam je i patrzyłam na nie długo przed zaśnięciem. Z sentymentem wspominam też sylwestry, nie tylko dlatego, że obchodzę wtedy urodziny. Pamiętam mamę ubraną w suknię w złote cekiny i bolerko oraz jej trwałą ondulację. Rodzice szli na zabawę, a my, dzieci, zostawałyśmy same w domu, z zakazem włączania światełek na choince i nakazem wyłączenia światła w mieszkaniu… Z tamtego czasu najbardziej brakuje mi kontaktów międzyludzkich. Spontaniczności zamiast umawiania się na kawę z kalendarzem w ręku. Wzajemnego zaufania i pomocy zamiast rywalizacji. Pamiętam długie, niecierpliwe oczekiwanie na święta i wakacje. Dziś człowiek wiecznie gdzieś się spieszy. Nie chciałabym znów żyć w tamtych latach, ale z perspektywy czasu tęsknię za niezadanymi pytaniami i za wysłuchiwaniem do końca wszystkich opowieści mamy — tych, które wtedy wydawały mi się takie nudne.

Ma Pani córkę. Jakby miała Pani wybór, to w których czasach wolałaby ją Pani wychować?

MM: Ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli chodzi o kształtowanie charakteru, to zdecydowanie lata, w których ja się wychowałam. Dzieci miały wtedy mniej, ale potrafiły doceniać to, co dostały, i cieszyły się z małych rzeczy. Spędzały czas z rodziną oraz na rozmowach z przyjaciółmi. Żeby się z kimś spotkać, trzeba było wyjść na dwór. Dziś internet pochłania dzieciom dużo czasu, większość czasu spędzają w domu. Ale jednocześnie mają one znacznie większe możliwości rozwoju — podróżowania, nauki języków czy zdobywania wiedzy — niż my mieliśmy. Wychowanie zależy przede wszystkim od rodziców, a w mniejszym stopniu od czasów, w których się żyje. To mama i tata decydują, jakie wartości przekażą swoim dzieciom.

A co przeniosłaby Pani ze swojego dzieciństwa do dzieciństwa córki?

MM: Na pewno zdrowsze jedzenie — jedynym fast foodem wtedy była domowa pizza, robiona przez mamę. Do tego zabawy na świeżym powietrzu. Dla nas najgorszą karą był zakaz wyjścia na trzepak. Szkolne dyskoteki, tradycje, wspólne zabawy. Robienie zdjęć tylko przy specjalnych okazjach. „Ustaw się w rządku, nie ruszaj się! Stój prosto, nie garb się, uśmiech. Uwaga, robię!” Zrobienie zdjęcia było długim procesem, a każda klatka — bezcenna. Nie robiliśmy „dziubków”, selfie ani retuszy. Nie było poprawek. Zdjęcia były szczere, prawdziwe i autentyczne, bardzo je szanowaliśmy. Były naszym życiorysem. Oglądaliśmy je z przyjaciółmi — i to po kilka razy. Odbitki były drogie i robiliśmy je zazwyczaj wtedy, gdy chcieliśmy wręczyć komuś zdjęcie w prezencie. I właśnie tak podpisywano je z tyłu: „Na wieczną pamiątkę…”.

„Tamten smak oranżady. Z pamiętnika ’78 rocznika” książka wspomnienie, które daje nam poczuć tamten czas. Jak została odebrana przez młodsze pokolenie?

MM: Wiem, że została pozytywnie odebrana przez nasze pokolenie. Nie mam informacji, jak przyjęły ją młodsze osoby. Ale na pewno byłoby mi miło, gdyby ktoś z ówczesnej młodzieży ją przeczytał i wypowiedział się na ten temat.

Młodzi rozumieją dziś tamte czasy?

MM: Myślę, że według nich wychowywaliśmy się w abstrakcyjnych czasach: encyklopedia PWN zamiast Google, znikoma znajomość języka angielskiego, życie bez telefonów komórkowych i picie wody w szkole prosto z kranu, przez złączone dłonie, zamiast z butelki. Jednocześnie chyba im nas żal — że nie mieliśmy zabawek, drogich ubrań, prezentów bez okazji, że rodzice stosowali wobec nas kary. W jakiś sposób nadrabiamy to dziś, obdarowując własne dzieci materialnie i uczuciowo z nawiązką. Czy to dobrze czy źle? Na to mogą odpowiedzieć tylko one same, kiedy dorosną.

Jakie jest Pani najlepsze wspomnienie z czasów, kiedy najgorszą karą dla dziecka było to, że nie może wyjść na podwórko?

MM: Chyba czas spędzony w wakacje u dziadków. Kuchnia mojej babci była duża, stał w niej nawet tapczan. Na ścianie wisiała makatka z nadrukowanym wzorem kalendarza. Obok stołu znajdował się drewniany kredens. Był biały, pełen szuflad i drzwiczek z ciemnymi gałkami, zazwyczaj niedomkniętych. Dla mnie wtedy bardzo tajemniczy. Jego dwie szybki były przysłonięte haftowanymi firankami. W szufladzie babcia trzymała sztućce. Nigdy nie były poukładane równo. Łyżki i łyżeczki mieszały się z nożami, a ja jako dziecko rozwalałam je jeszcze bardziej. Tylko widelec z wytartą końcówką, ten należący do dziadka, miał swoje własne miejsce. Był przecież królem wśród sztućców. Jedna z szuflad, wyścielona ceratą, też należała do dziadka. Trzymał w niej swoje skarby,czyli narzędzia do naprawy roweru. Dla mnie jako dziecka najbardziej interesująca była szafka po prawej stronie. Stała tam metalowa puszka,a w niej landrynki, miętusy, białe dropsy i irysy z makiem. Cukierki leżały tam zanim trafiały do kryształowej miseczki, na segment. Pamiętam, że babcia często robiła nam na śniadanie bułkę w mleku, a na obiad talarki. Z prodiża unosił się często zapach drożdżowego ciasta z owocami z ogródka.  W pokoju obok kuchni stała potężna dębowa szafa na ubrania, która służyła nam za kryjówkę podczas zabawy w chowanego. To nie ona zajmowała jednak centralne miejsce w domu. Najważniejsza w nim była toaletka. Miała ruchome boczne drzwi i potrójne lustro. Przy dobrym manewrowaniu można było przejrzeć się w nich w bardzo wielu ujęciach. W szufladzie babcia trzymała równo ułożone chustki na głowę, grzebienie i wsuwki do włosów. Dziadek przechowywał w swojej pasty do butów i gazety. Lubiłam śpiewać przed lustrem do skakanki-mikrofonu lub malować przy toaletce kolorowanki. Dziadkowie to piękne wspomnienia. Zegar z kukułką i szyszkami wybijający rytmicznie godziny. Lekko cytrynowy, intensywny zapach geranium. Kwiecisty fartuch babci,w którym chowała zaskórniaki dla wnuków i cukierki „szklaki”. Wykrochmalona biała pościel z kopertą w poszewce, lalka na środku łóżka, a obok piec kaflowy. Obraz babci robiącej makaron i wiecznie spieszącego się gdzieś dziadka nigdy nie zniknie.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. użyczone

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *