Strona główna / Felietony / „O drugiej połówce powalentynkowo” z cyklu: Patrz w serce

„O drugiej połówce powalentynkowo” z cyklu: Patrz w serce

„I nagle dzwony dzwonią i ciało mi płonie… kocham Cię” śpiewała Kora. I to dla mnie definicja miłości, ale bez żadnych i „ rozstania i powroty”. To, co dziś napiszę, nie spodoba się konserwatystom i osobom bardzo religijnym. Uważam,  że trzeba się rozstać, kiedy skończy się miłość. Dlaczego? Bo gdzieś tam ( zazwyczaj niedaleko) czeka na Was ta druga połowa, to platońskie dopełnienie. Ale czy na zawsze? I tu znowu podpadnę; nie wiem czy na zawsze i nie wiem czy po grób. Wy też nie wiecie. Jakieś recepty na udany związek ? Żadnych! Czy miłość jest ważna? Najważniejsza! Łapcie ją i trzymajcie … jak długo się da.

Druga miłość trafiła mnie jak grom z jasnego nieba i nie było przed nią ucieczki.

Dlatego w moim poprzednim związku nie pomogłyby terapia małżeńska i duże zmiany.

Niczego nie żałuję. Nie, nie mogłam wybierać rozważniej. Kiedy byliśmy nastolatkami wydawało mi się, że jesteśmy dobraną parą.

I nagle poznałam kogoś, przy kim zieleń ma bardziej intensywną barwę, a słone paluszki smakują jak rarytas, a każde moje słowo wypowiedziane przy Nim jakieś ważniejsze i ja przy Nim ładniejsza jakaś i mądrzejsza i … to trwa i trwa i trwa. U nas we wrześniu minęło lat dwadzieścia, ale nigdy nie odważę się powiedzieć, że tak będzie zawsze.

W miłości jest trochę magii i kilogramy motyli w brzuchu. Magia może spowszechnieć, motyle zrobią się trochę senne. Opisując miłość, rozkładając ją na czynniki pierwsze nie dałabym ich na piedestał – ani motyli ani magii.

Ale kluczowe jest to niezwykłe, mistyczne dopasowanie, (to może jednak czary, urok? jak dwie połówki jabłka!) które sprawia, że tylko z tą osobą każdy wspólny wieczór jest jak święto. Tęsknicie za sobą po kilku godzinach rozstania i szczyty  gór oglądane w pojedynkę, czy obraz Claude Monet zupełnie bez sensu. I te ostanie schodki na piętrze przed wejściem do domu, zawsze przyśpieszamy. I zapach na szyi wieczorem, który jest tylko jego. Jego spojrzenie, bo jego, jego ręce, jego żarty choćby słyszane po raz setny.

Idealnie mam? Pewnie, że nie. Przegadywać wszystko musimy, zazdrośni jesteśmy wciąż i od zawsze. Mamy problem z wyjazdami osobno. Ale podlewamy tę naszą miłość i dopieszczamy, chuchamy na nią i dmuchamy albo żaru dokładamy. Ale to byłoby na nic, jeśli to nie byłby On, jeśli dla niego nie byłabym Ja. Dlatego żadnych recept, żadnych złotych myśli – miłość musi nas dopaść, trzeba odnaleźć tę swoją drugą połówkę najlepiej nie szukając wcale.

Jeśli jeszcze nie znaleźliście miłości, to wiem, że  ona się Wam zdarzy. Zazwyczaj jest nie daleko. I bronić się wtedy nie można, żadnego racjonalizowania, że przecież to tylko namiętność, a że  jestem dorosła i że inne ble, ble, ble.

Pod ścianą postawiona, w ostatniej sekundzie życia, musząc cechy najważniejsze miłości wymienić- postawiłabym  na namiętność i lubienie się. Warto się bardzo lubić i  akceptować swoje błędy, wady, np. brak umiejętności zamykania szuflad czy  uwielbienie dla koszykówki, z którym się przegrywa, czy dziesiąte zgubione rękawiczki w tym roku i niezdecydowanie graniczące z zatrzymaniem w czasie w sklepie z zeszytami.

Bo przecież nie kochamy za coś, tylko po prostu kochamy!

Aldona Ziółkowska-Bielewicz

Zobacz poprzedni felieton autorki – TUTAJ.

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *