Mroźna Północ i jej mityczne stwory skradły serce badaczki z Polski, która wyruszyła w podróż śladami dawnych wierzeń. Choć na co dzień można ją spotkać w salach wykładowych, sercem nieustannie ucieka nad głębokie fiordy i mgliste, skandynawskie torfowiska. Z jej miłości do dalekiej północy narodził się pierwszy na polskim rynku wydawniczym „Bestiariusz Nordycki” wydany nakładem Wydawnictwa BOSZ. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Natalia Mazur-Rodak opowiada o dziecięcej fascynacji Północą i zabiera nas w głąb skandynawskich wierzeń, gdzie trolle, elfy i szamani byli częścią surowej codzienności.
Szczególnym zainteresowaniem darzy Pani dawne sagi, legendy, podania ludowe oraz to, w jaki sposób ich motywy rezonują we współczesnej kulturze. Fascynuje Panią także skandynawski folklor – jak narodziła się ta miłość?
NMR: Pasja, o którą Pani pyta, powstawała i nadal się rozwija dzięki podróżom, dobrym książkom i studiom. Jako dziecko często jeździłam z rodzicami do Norwegii. Fascynowała mnie tamtejsza monumentalna przyroda – ciekawiło mnie, co kryją te przepastne lasy, góry, wody. Jednocześnie spędzałam dużo czasu na czytaniu, a moją szczególną uwagę przykuwały w książkach elementy magiczne, tajemnicze i nieoczywiste. Na studiach zaczęłam zastanawiać się nad pochodzeniem pierwiastka nadprzyrodzonego w literaturze, ze szczególnym uwzględnieniem obszaru nordyckiego. Podczas wyjazdów do Skandynawii miałam tendencję do tropienia postaci nadprzyrodzonych w życiu codziennym i w kulturze. W końcu przełożyło się to na moją pracę naukową, dydaktyczną i popularyzatorską. Nie był to więc jeden moment, tylko długi, naturalny proces.
Czym jest i czym charakteryzuje się filozofia friluftsliv?
NMR: Friluftsliv w dosłownym tłumaczeniu to „życie na wolnym powietrzu”. To filozofia nawołująca do poznania, zrozumienia i doświadczania przyrody oraz traktowania jej jako czegoś oczywistego i codziennego, istotnego dla prowadzenia uważnego, dobrego życia. Może przejawiać się na różne sposoby. W praktyce to na przykład werandowanie małych dzieci w wózkach zimą, spędzanie trzech godzin dziennie w przedszkolu na zabawie na świeżym powietrzu, niezależnie od pogody. To także docieranie do pracy na nartach prowadzącą przez wyspę trasą narciarską, zbieranie jagód i malin w górach, cieszenie się kawą w świetle wiosennego słońca, trekkingi lub w bardziej zaawansowanej formie żeglarstwo, wędkowanie, polowanie lub przemierzanie północnych płaskowyżów psim zaprzęgiem. U podstaw friluftsliv leży uznanie, że jako człowiek jest się nieodłączną częścią natury. Korzystając z jej dobrodziejstw, staramy się rozumieć przyrodę, a dzięki temu – również samych siebie.
O to dlaczego napisała Pani „Bestiariusz Nordycki” chyba nie muszę pytać, ale zapytam o to, jak wyglądał proces zbierania materiałów do niego?
NMR: Nie musi, ale może Pani pytać. Odpowiedź jest prosta – nikt jak dotąd nie napisał dla Wydawnictwa BoSz bestiariusza o profilu nordyckim. Przyznaję, że przez ostatnie 10 lat miałam nadzieję, że taka publikacja się ukaże, ale nie doczekawszy się, postanowiłam uwierzyć we własne możliwości i napisałam do wydawnictwa z propozycją. Proces zbierania materiałów polegał przede wszystkim na buszowaniu w księgozbiorach. Na szczęście dziś wiele starych woluminów jest zdigitalizowanych. Cyfrowe biblioteki narodowe i portale uniwersyteckie na Północy mają bardzo pokaźne zbiory, gdzie cierpliwie szukając można dotrzeć zarówno do dzieł najwybitniejszych folklorystów, jak również zbiorów podań, baśni i legend. Ale analiza materiałów dostępnych w polskim przekładzie też była owocna. Okazuje się bowiem, że wiele fantastycznych bestii dotarło już do naszego kraju np. wraz z literaturą piękną, dzięki przekładom powieści przygodowych Astrid Lindgren takich jak Bracia Lwie Serce lub Ronja Córka Zbójnika. O karłach, trollicach i wodnikach można przeczytać w zbiorach baśni i legend wydawanych przez Wydawnictwo Poznańskie w latach 80. ubiegłego wieku. I wreszcie zasługi swoje na tym polu ma polska literatura faktu poświęcona Skandynawii jak np. Farerskie kadry Macieja Brencza, z których być może po raz pierwszy polscy czytelnicy mogli dowiedzieć się o istnieniu trolli plażowych i kobiet-fok. Moim zadaniem było to zebrać i opracować w konwencji bestiariusza.
Co było największym wyzwaniem przy selekcji istot? Skandynawski folklor jest niezwykle bogaty – według jakiego klucza wybierała Pani potwory, demony i duchy do tej publikacji?
NMR: Moim założeniem było przedstawienie tego, co wykracza poza ramy tzw. klasycznej mitologii nordyckiej, osadzonej na znanych bogach i bohaterach. Ich obecność jest w Bestiariuszu nordyckim delikatnie zaznaczona, ale pozostają w tle wybranych postaci, które przez setki lat funkcjonowały w świadomości nordyków mimo oficjalnego przyjęcia chrześcijaństwa. Chciałam dotknąć tego, co funkcjonowało na styku wiary i codzienności. A wyzwań przy selekcji było mnóstwo! Po pierwsze – sprzeczności w źródłach. W jednym opisie czytałam, że dana postać ma ogon, w innym tej informacji brakowało. Wyłuskanie najczęściej powtarzających się cech konkretnego stworzenia z wielu różnych tekstów nie było łatwe. Po drugie – nazewnictwo. Ta sama postać mogła funkcjonować pod rozmaitymi nazwami. Zdarzało się, że dopiero po jakimś czasie orientowałam się, że nie czytam o nowym stworzeniu, lecz o tym, które już opisałam, z tą różnicą, że określaną mianem z lokalnego dialektu. Wybranie jednej, reprezentatywnej nazwy na potrzeby bestiariusza i przetłumaczenie jej tak, by trafnie oddawała funkcję i charakter postaci, zajęło mi naprawdę sporo czasu.
Jak przebiegała współpraca z ilustratorami? Wizualna strona bestiariuszy jest kluczowa – na ile ilustracje w książce oddają Pani własne wyobrażenie o tych stworzeniach?
NMR: Przygotowując Bestiariusz nordycki współpracowałam z Witoldem Vargasem, doświadczonym ilustratorem, autorem wielu albumów wydanych w serii Legendarz nakładem Wydawnictwa BoSz i Małgorzatą Vargas, jego synową i ilustratorką, która debiutowała w drugiej części Bestiariusza japońskiego Yūrei. Na początku stworzona została baza poglądowych ilustracji, by ustalić jak wybrane stworzenia przedstawiano w przeszłości. Trzonem tych zbiorów były prace Erika Werenskiolda, Theodora Kittelsena i Johna Bauera, którzy tworzyli na przełomie XIX i XX w. – ich dzieła traktuje się jako kanoniczne. Następnie kluczowym krokiem było przygotowanie tekstów, które miały dostarczyć ilustratorom więcej informacji o wyglądzie i charakterze poszczególnych postaci, a także budować nastrój. Artyści wybierali scenę lub motyw z mojego tekstu i szkicowali swobodnie testując różne rozwiązania, by potem móc wyselekcjonować najciekawsze pomysły i stworzyć gotowe prace. Tak powstały 92 ilustracje. Niektóre są dla mnie pewnym zaskoczeniem – jak choćby Huldra, nazwana przeze mnie Leśną zwodnicą. W kanonie zawsze była odziana w zgrzebny strój chłopski, a jej ogon nie był mocno wyeksponowany. Tutaj zaś Huldrę rozebrano i pokazano jej prawdziwe ja – z krowim ogonem i dziurą w plecach, co jest w mojej ocenie śmiałe i nowatorskie. Ogólnie rzecz biorąc, cały album pod kątem wizualnym uważam za bardzo udany, na tyle że ciężko mi wskazać jedn ulubioną ilustrację.
Które z nordyckich stworzeń przetrwało w świadomości współczesnych Norwegów, Szwedów czy Duńczyków najsilniej? Czy w niektóre z nich starsze pokolenia na prowincji wciąż w jakiś sposób „wierzą” lub kultywują związane z nimi tradycje?
NMR: Siły rynku wyniosły trolla na pierwsze miejsce. Widzimy go w sklepach z pamiątkami, na pocztówkach, w popkulturze. Jeśli zaś chodzi o samych nordyków, to odnoszę wrażenie, że w ich świadomości przetrwały przede wszystkim te istoty, które jak wierzyli, mieszkały najbliżej ich gospodarstw. W norweskich reklamach świątecznych króluje postać skrzata zagrodowego, zwanego też stajennym (nor. fjøsnissen, sv. tomten), któremu trzeba w Wigilię podać specjalną świąteczną kaszę. Mimo, że nie wszyscy Skandynawowie mieszkają już w gospodarstwach, to chętnie wnoszą do mieszkań figurę takiego skrzata w okresie bożonarodzeniowym albo dekorują swoje wnętrza słomianą figurą kozła, też funkcjonującego w folklorze jako postać nadprzyrodzona. Najgorliwszą wiarą w tym zakresie wykazują się chyba Islandczycy. Z badań wynika, że ponad połowa pytanych nie wyklucza istnienia elfów, inaczej zwanych ukrytymi ludźmi. Wiara ta znajduje swoje odzwierciedlenie w decyzjach administracyjnych. Raz na jakiś czas media relacjonują, że budowa danej drogi na Islandii została wstrzymana, dlatego że w projekcie nie uwzględniono ominięcia terenu rzekomo zamieszkanego przez elfy. Istnieją nawet osoby definiujące się jako “widzące” (isl. skyggn), które deklarują, że widzą elfy i mają zdolność komunikowania się z nimi. To właśnie one występują w roli rzeczników elfów, wskazując jakie cenne tereny nowe inwestycje powinny omijać. Sceptycy pewnie powiedzą, że to tylko sprytny aktywizm. A ja po tak obfitej lekturze folklorystycznej powiem, że… na dwoje babka wróżyła.
Czego najbardziej bali się dawni mieszkańcy Skandynawii? Co wierzenia w konkretne potwory np. grasujące w morzu lub głęboko w lasach mówią nam o mentalności i trudach życia na Północy?
NMR: Dawni mieszkańcy Skandynawii musieli mierzyć się z wieloma przeciwnościami. Marynarze i rybacy codziennie narażali swoje życie w konfrontacji z żywiołem morskim, więc obawiali się potworów będących uosobieniem sztormów i szkwałów. Matki chciały chronić swoje dzieci przed przypadkową śmiercią w rzekach i jeziorach, więc opowiadały im o demonach topiących, w nadziei że skutecznie powstrzymają swoje latorośle od samotnych wypraw nad wodę. Wszyscy obawiali się chorób, bo byli wobec nich często bezradni, co potwierdziła pandemia dżumy w XIV w., na którą wedle różnych szacunków zmarło między 60 a 70% mieszkańców Norwegii. Stąd opowieści o Czarnej Śmierci wędrującej przez góry i lasy. Ile postaci, tyle życiowych trudności.
Jak ocenia Pani współczesną recepcję mitologii i folkloru Północy w popkulturze np. w grach, serialach? Co twórcy oddają bezbłędnie, a co najbardziej zniekształcają?
NMR: To bardzo szeroki temat, ciężko mi przedstawić uniwersalne wnioski. Popkultura z natury rządzi się uproszczeniami – ma trafiać do masowego odbiorcy, bez konieczności robienia przez niego doktoratu z mitologii. Dlatego twórcy seriali, filmów czy gier podchodzą bardzo różnie do wykorzystania mitologii i folkloru w swoich produkcjach. Sam folklor Północy nigdy nie był zjawiskiem jednolitym, co daje twórcom przestrzeń do interpretacji. Co najczęściej zniekształcają? W niektórych produkcjach nadal pokutują stereotypy. Ich najprostszym przykładem mogą być choćby rogate hełmy wikingów – nie ma dowodów archeologicznych potwierdzających ich używanie. A w bardziej złożonym ujęciu jest to niedostrzeganie niejednoznaczności moralnej świata nadprzyrodzonego. Ale tego rodzaju zniekształcenia pojawiały się już w literaturze w połowie XIX w. Dydaktyzując teksty baśni ludowych, upraszczano je i dokładano na końcu wyraźny morał, nie pozostawiając czytelnikowi pola na samodzielną refleksję i bardziej zniuansowane wnioski. Co udaje się oddać bardzo dobrze? W mojej ocenie najlepiej wychodzi oddanie ducha, klimatu i surowości Północy. Tu świetnym przykładem jest norweski zespół Wardruna, który nie spłyca swojego przekazu, tylko sięga po tradycyjne instrumenty (jak lira czy hardingfele) i po najstarsze poematy (jak Völuspå), ubierając je w nastrojowe aranżacje. Jednocześnie przygotowuje muzykę do wielkich produkcji, takich jak gra Assassin’s Creed Valhalla czy serial Wikingowie. Ich twórczość dowodzi tego, że można tworzyć, sięgając głębiej, na własnych zasadach i nadal docierać do szerokiej publiczności.
Jako badaczka zajmuje się Pani m.in. historią Saamów. Jakie są największe wyzwania, z jakimi ta rdzenna ludność Skandynawii mierzy się we współczesnym świecie?
NMR: Jako że aktywnie nie prowadzę badań w tym zakresie to zmieniłabym na: Jako skandynawistyka interesuje się Pani m.in. historią Saamów. Jakie są największe wyzwania, z jakimi ta rdzenna ludność Skandynawii mierzy się we współczesnym świecie? Saamowie to rdzenny lud Północy, którego historia naznaczona jest trudnym procesem kolonizacji, niszczenia prastarej wiary i przymusowej asymilacji. Skandynawowie, migrując na północ przejmowali teren, narzucali swój sposób życia. Obrazem takiego najeźdźcy i zewnętrznego zagrożenia w kulturze saamskiej jest Stallo – postać, którą opisałam w moim Bestiariuszu nordyckim. Mniej więcej od lat 70. i 80. XX wieku obserwujemy jednak ruch odrodzenia kulturowego. Duże zasługi na tym polu mają takie postaci jak Nils-Aslak Valkeapää, Mari Boine czy Ailo Gaup. W 1989 r. Saamowie powołali swój parlament. Dialog przynosi różne rezultaty: języki saamskie trafiły do szkół i na uniwersytety, a sztuka saamska zyskuje coraz większe uznanie. Wyzwania są jednak nadal obecne. Najbardziej aktualny problem dotyczy Saamów zajmujących się chowem reniferów i zderzenia ich praw z tzw. “zieloną zmianą”. Tradycyjny chów reniferów wymaga przemierzania ze stadami setek kilometrów stałymi trasami. Tymczasem na tych właśnie terenach buduje się infrastrukturę pod odnawialne źródła energii – głównie farmy wiatrowe. Elektrownie odstraszają renifery i odcinają dostęp do pastwisk. Saamowie mówią wobec tego o “zielonej kolonizacji” – sytuacji polegającej na pozbawieniu ich terenów oraz możliwości pielęgnowania swojej kultury na rzecz intensywnej produkcji energii dla konsumpcyjnej większości.
NMR: Jako asystent w Zakładzie Skandynawistyki Uniwersytetu SWPS na co dzień pracuje Pani ze studentami. Czy zainteresowanie Północą wśród młodych ludzi wciąż rośnie, czy może zmieniają się ich motywacje do studiowania filologii?
NMR: Zainteresowanie samą Północą nie słabnie, o czym może świadczyć większa liczba uczelni oferująca kierunki skandynawistyczne. Jednak zainteresowanie filologią jako kierunkiem studiów jest inne niż 10–15 lat temu. Powszechny dostęp do kursów językowych, rozwój sztucznej inteligencji czy nacisk na szybkie zdobycie zawodu stawiają przed humanistyką nowe wyzwania. Dla nas – akademików – to bodziec do zmian. Na Uniwersytecie SWPS odpowiedzieliśmy na te wyzwania upraktycznieniem programu. Łączymy wiedzę o kulturze i literaturze oraz intensywną naukę języka z kompetencjami zawodowymi. Osoby studiujące u nas pracują metodą projektową, realizują warsztaty i odbywają praktyki, a tradycyjną pracę licencjacką zastąpiliśmy praktycznym projektem dyplomowym. A co motywuje tych ludzi? Główny rdzeń jest niezmienny. To wciąż ciekawość świata, chęć poznania innej kultury i potrzeba zdobycia kompetencji międzykulturowych, które na dzisiejszym rynku pracy są bezcenne.
Jest Pani również absolwentką Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni – na jakim kierunku i dlaczego wybrała Pani właśnie marynarkę?
NMR: Oprócz zamiłowania do Skandynawii zawsze żywo interesowałam się zagadnieniami bezpieczeństwa. Aby poszerzyć wiedzę, ukończyłam studia magisterskie na kierunku Systemy informacyjne w bezpieczeństwie na Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Wybrałam uczelnię wojskową po pierwsze z ciekawości – chciałam zobaczyć, jak studia będą się tam różnić od tych na uczelni cywilnej. Rozważałam też wtedy karierę wojskową. Poza tym miałam z Gdyni blisko do Gdańska. Mogłam równolegle kontynuować studia na gdańskiej skandynawistyce. Choć te dwa obszary mogą wydawać się odległe, dla mnie świetnie się uzupełniają. Wychodzę z założenia, że poziom bezpieczeństwa danego kraju budują nie tylko twarde siły i środki, ale też szeroko pojęta kultura. Co ciekawe, ten wątek dobrze widać również w folklorze – wiele postaci z mojego Bestiariusza nordyckiego pełniło przecież funkcję ostrzegawczą i odstraszającą, powstrzymującą człowieka od podejmowania nadmiernego ryzyka, a dawne rytuały miały sprzyjać zachowaniu zdrowia i życia. Kultura bezpieczeństwa to dla mnie fascynujący, interdyscyplinarny obszar, który zgłębiam obok studiów nad folklorem. Zobaczymy, dokąd mnie to doprowadzi.
Dziękuję za rozmowę











