Strona główna / Wywiady / Polska Bjork i magia muzyki, która płynie z serca

Polska Bjork i magia muzyki, która płynie z serca

Jej twórczość ma żywiołowy i głęboki charakter, a każdy z jej koncertów to nieskończona paleta dźwięków. Utwory, które tworzy nazywane są „kapsułkami emocji „. Jest jedną z najbardziej świadomych i bezkompromisowych artystek młodej generacji. Kocha muzykę i teatr. Kraków jest dla niej błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Natalia Orkisz znana jako Namena Lala opowiada m.in. o tym jak hipnotyzuje publiczność, budując na scenie nastrój tajemnicy, rytuału i nieskrępowanej ekspresji.

Co kryje się pod Pani pseudonimem artystycznym Namena Lala i dlaczego wybór padł właśnie na niego?

NL: Często opowiadam tę historię na koncertach, więc nie chcę jej zdradzać w pełni tutaj. W skrócie imię to pochodzi od nazwy pewnej wysepki, ale człon „Lala” jest imieniem, które nadałam sobie sama w dzieciństwie.

Chciała Pani grać na skrzypcach, ale ostatecznie Pani instrumentem została wiolonczela. Po latach uważa Pani, że to było to, a między Wami zaiskrzyło muzycznie i artystycznie?

NL: Nie, żebym chciałam grać na skrzypcach. Raczej na fortepianie, ewentualnie na skrzypcach, a wiolonczeli po prostu zupełnie nie znałam, tymczasem to były trzy jedyne opcje w pierwszej klasie mojej podstawówki muzycznej. Najpierw wybrała ją moja Mama, miłośniczka tego brzmienia, a dopiero przy zdawaniu do szkoły muzycznej II stopnia w pełni wzięłam odpowiedzialność za ten wybór. To był też moment, w którym poczułam, że nie wyobrażam sobie życia bez wiolonczeli. Nadal nie żałuję. Dzięki wiolonczeli poznałam fantastycznych ludzi, podróżowałam za granicę z orkiestrą, grałam przeróżną muzykę, wciąż to właśnie wiolonczela najczęściej prowadzi mnie do ciekawych kooperacji. Kocham ten instrument. Choć mój kręgosłup raczej nie jest od tej miłości zdrowszy.

Muzycznie balansuje Pani pomiędzy tradycją folkową, a nowoczesną elektroniką. Skąd pomysł na tak eklektyczne łączenie światów?

NL: Tradycja folkowa mam wrażenie, że wkradła się początkowo zupełnie niepostrzeżenie. Tak jak muzyka tworzona przy pianinie zazwyczaj będzie miała coś z gospel, ta tworzona z gitarą często będzie miała elementy wspólne z bluesem, a tworząc muzykę samym głosem nieuchronnie ląduje się blisko muzyki folkowej czy szerzej: etnicznej. Looper, którego używam od początku, jest po prostu narzędziem umożliwiającym mi nakładanie na siebie warstw i tworzenie aranżacji, mimo że występuję zupełnie solowo. Obecnie używam też innych instrumentów elektronicznych, ale oryginalnie było tylko to: looper i głos.

Co jest bliższe Pani sercu – muzyka czy reżyseria teatralna?

NL: Zawsze kiedy wydaje mi się, że któraś z tych ścieżek jest już tą właściwą, dominującą, druga tylko czai się do skoku. Nie potrafię wybrać i chyba na szczęście nigdy nie będę w stanie. To są moje dwie nogi, czy dwa źródła, że się tak wyrażę. Oba, na zmianę, a czasem równocześnie, bo przecież to sztuki pokrewne, karmią mnie i przenikają przeze mnie. Muzyka pozwala mi osiągnąć ekstremalnie czasem poziomy ekspresji własnej, podczas gdy reżyseria, w swojej najlepszej formie, ma w sobie coś z czystej miłości.

Koncertuje Pani solo, ale też gra w zespole Box Anima. Czym różni się proces twórczy, gdy jest Pani całkowicie zdana na siebie, od pracy w grupie?

NL: Solo mogę podejmować próby, bez obawy przed oceną, mogę popełniać błędy wyłącznie na swoje konto i mogę też wyrażać treści, pod którymi nikt inny się nie podpisze. Mogę pracować we własnym tempie i na własnych zasadach. Mogę być tak kobieca, delikatna i sentymentalna, jak tylko mi się zachce. Jednocześnie mogę być dzika i nieokiełznana, mając całkowitą pewność, że proces ten nie zachodzi wobec kogokolwiek. Moją muzyką nikogo nie zaspokajam, poza sobą. I, miejmy nadzieję, moją publicznością.

Pani utwory nazywane są „kapsułkami emocji” – niosą duży bagaż emocjonalny?

NL: Tak, kiedyś się tak wyraziłam i to jakoś zostało podchwycone. Moje piosenki są dla mnie często formą arteterapii. Wiele z nich jest zapisem mojej próby skonfrontowania się z dużymi emocjami. Oczywiście, zdarza się, że piosenka zaczyna się od pomysłu, od myśli. Jednak nawet wtedy, żeby o ją napisać, potrzebuję znaleźć jakiś punkt, perspektywę, która mnie samą porusza, wywołuje jakąś emocję. Zresztą, może tak jest łatwiej? Może z czasem nauczę się pisać o drobnych rzeczach, pisać piosenki-medytacje. Tymczasem nadal bliżej mi do Bjork i jej „Big Time Sensuality”.

Często występując używa Pani loopera. Czy nieograniczone możliwości zapętlania dźwięków są wsparciem, czy czasem bywają one ograniczeniem w muzyce granej na żywo?

NL: Oczywiście, że są ograniczeniem. Można do woli zapętlać, ale to wciąż znaczy pętlę. To ograniczenie, z którym się zmagam od samego początku, staram się je naciągać w różne strony, urozmaicać, szukać jego „wyporności” i „złotego środka”. Od samego początku na przykład zależało mi, żeby moje piosenki mimo wszystko były dość zwartymi formami, żeby nie rozlewały się w ambientowe „trwanie”, żeby miały swoją dramaturgię i punkty kulminacyjne, nie tylko formę prostej piramidy.

Jak reaguje publiczność, która przychodzi na koncert „dziewczyny z wiolonczelą”, a dostaje mocny, elektroniczny set?

NL: Ha, myślę, że moja publiczność często nie ma pojęcia, że gram na wiolonczeli. Często dowiadują się tego bezpośrednio po koncercie, pytając o moje wykształcenie wokalne (którego niemal nie ma). Ale wielu, a raczej wiele, bo to zazwyczaj kobiety, reaguje też „no tak, to ma sens”. To zawsze miłe.

Jak Kraków, miasto o silnej tożsamości artystycznej, w którym Pani studiowała ukształtowało Pani wrażliwość?

NL: Haha, myślę, że to błogosławieństwo i przekleństwo zarazem! Z jednej strony tradycja Piwnicy Pod Baranami, Studenckiego Festiwalu Piosenki, zajęcia interpretacji piosenki u Andrzeja Zaryckiego – to wszystko jakoś mnie przeniknęło i dało realne narzędzia do ręki. Z drugiej strony chciałabym czasem być bardziej surowa, nieoszlifowana, w jakiś sposób wyzwolona z formy, a ta teatralność, dramatyczność, metodyczność, pewnie też z racji studiów reżyserskich, nie chce się odczepić, trudno ją zrzucić, ten rodzaj kontroli. Z innej jeszcze strony, Kraków to miasto fantastycznych festiwali muzycznych: Rozstaje, Festiwal Kultury Żydowskiej, Unsound, Letni Festiwal Jazzu, Festiwal Muzyki Filmowej, Opera Rara, seria koncertowa songwriterów Songbirds. Do wyboru do koloru. Na każdym z tych festiwali byłam. Na każdym karmiłam uszy i duszę. Myślę, że Kraków jest fascynującym tyglem różnych gatunków muzycznych i ten apetyt na transgatunkowość czuję w sobie, kiedy tworzę.

Dziękuję za rozmowę

Foto: K. Krupa, Magdalena Patrykiejew, Kuba Śmierzchalski

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *