„Książek w ogóle nie miałem na radarze, bo raz, że szkoła skutecznie mi je obrzydziła, a dwa, że w domu też się nie czytało. Wszystko zmieniło się, kiedy zapragnąłem pisać scenariusze gier video. Można powiedzieć, że karierę pisarską zawdzięczam CD Projekt Red, którzy uporczywie mnie odrzucali przy rekrutacji do „Wiedźmina 3” „ – mówi Leszek Bigos, który kilka lat temu szturmem wszedł na polski rynek wydawniczy. Sam. Jako self-publisher. Dziś jego książki są rozchwytywane, a czytelnicy wciąż chcą więcej. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, autor opowiada m.in. o swoich początkach – od piaskownicy, przez metalowe sceny po pisanie książek, obnażaniu absurdów polskiego rynku wydawniczego i czytelniczym katharsis, które przynoszą jego powieści.
Od rapu i metalu do pisania prozy – był Pan wokalistą, został pisarzem. Jak wyglądała Pana droga do rozpoczęcia przygody z pisaniem książek?
LB: Zaczęło się już w piaskownicy od zabawy żołnierzykami. Zauważyłem, że gdy ja bawiłem się swoimi zabawkami, koledzy zostawiali swoje i patrzyli jak ja się bawię. To był mój wyróżnik wśród rówieśników: lubili mnie za to jak opowiadałem historie. Tak właściwie zostało do tej pory. Najpierw złapałem zajawkę na rysowanie komiksów. Potem pisałem rap, głównie dlatego, że w tekstach nie było ograniczeń ilościowych, więc mogłem wyżyć się lirycznie. Potem doszedł metal, bo chciałem w muzyce większego „powera”. Zmieniało się medium, ale zawsze w centrum był ten storytelling. Nawet w pracy zawodowej moim głównym obowiązkiem było pisanie tekstów użytkowych, więc również tak, przez lata, człowiek szlifował swój warsztat, bo trzeba było dowozić teksty o określonej długości i stylu. Książek w ogóle nie miałem na radarze, bo raz, że szkoła skutecznie mi je obrzydziła, a dwa, że w domu też się nie czytało. Wszystko zmieniło się, kiedy zapragnąłem pisać scenariusze gier video. Można powiedzieć, że karierę pisarską zawdzięczam CD Projekt Red, którzy uporczywie mnie odrzucali przy rekrutacji do „Wiedźmina 3”. Gdy wyszedł pierwszy trailer do „Cyberpunka 2077”, pomyślałem, że w ramach „łapania punktów do CV” napiszę opowiadanie cyberpunkowe i mój pierwszy „dorosły” tekst od razu wzięła „Fantastyka”, pismo z najgęstszym sitem selekcyjnym w Polsce. To mi dało do myślenia. Właściwie wszystkie opowiadania, które później napisałem, gdzieś się ukazywały, a gdy jedno dostało nominację do „Zajdla”, stwierdziłem, że w sumie wolę iść w pisarstwo na poważnie i pracować twórczością na swoje nazwisko, a nie na kogoś innego.
Oprócz cyberpunku pisze Pan horrory, fantasy, thrillery i poematy – wachlarz zainteresowań bardzo duży – w którym gatunku czuje się Pan najlepiej jako pisarz i dlaczego?
LB: Nie mam faworyta i chyba te zmiany gatunków mi się najbardziej podobają, bo strasznie szybko się nudzę. To też najfajniejszy aspekt self-publishingu: pozwala mi na pełną wolność artystyczną i nie muszę moich planów pisarskich z nikim negocjować.
Co takiego Pana zdaniem ma w sobie twórczość Andrzeja Sapkowskiego, że tak wielu czytelników i pisarzy się nią fascynuje? Pan również.
LB: Na dobrą sprawę to „Wiedźmin” wyleczył mnie z awersji do książek. Nie znam autora, który pisałby piękniej po polsku, to prawdziwa stylistyczna uczta. Najbardziej mnie to uderzyło przy otwarciu pierwszego tomu „Trylogii Husyckiej”, bo po „Wiedźminie” i słabej „Żmii” istniała poważna obawa, że Sapkowski się skończył i to taki „one hit wonder”. A on otworzył „Narrenturm” kilkunastostronicową sceną seksu, która była tak niesamowicie napisana, że mi kapcie spadły. Nie zdawałem sobie sprawy, że tak się w ogóle da pisać, a co dopiero o seksie. Od razu pomyślałem „stary wrócił z mlekiem” i od tamtego czasu jestem fanem na dobre i na złe.
Sapkowski jest też świetny w kreowaniu dojrzałych postaci z krwi i kości. Nawet te trzecioplanowe są tak wyraźnie zarysowane, że obchodzi mnie ich los. Do tego jego światy faktycznie żyją, głównie dzięki umiejętnemu oddziaływaniu na wszystkie zmysły czytelnika. Ale żeby nie było, to też nie jest tak, że we wszystkich aspektach budowania historii Sapkowski jest najlepszy. Moim zdaniem najgorzej wychodzi mu podtrzymywanie tempa narracji: lubi sobie przynudzić, a fabuła potrafi stać w miejscu i przez dwieście stron. W takich momentach nawet kwiecistość języka zaczyna się jawić jako wata słowna i przerost formy nad treścią.
Skąd wziął się pseudonim Wkurzony Pisarz?
LB: Ksywa wzięła się od nazwy bloga, który zacząłem prowadzić w 2016 r., a wkurzony byłem na rynek wydawniczy, wówczas dużo mniej przyjazny debiutantom niż teraz. Jak każdy początkujący pisarz, łamałem sobie głowę tym, jak by tu zmonetyzować swoją zajawkę. Sukces w klasycznym modelu wydawniczym wydawał mi się iluzoryczny: zbyt wiele czynników niezależnych od autora mogło się po drodze zepsuć i nie z jego winy wykoleić mu karierę. Liczenie na taki sukces wydawało mi się liczeniem, że wszystkie planety nagle ustawią się w jednym rzędzie. Trudno cokolwiek planować w takich warunkach. Jednocześnie słyszałem już o tym, jak wartościową alternatywę na Zachodzie stanowił self-publishing. Moimi mentorami w tym zakresie było małżeństwo pisarzy: Dean Wesley Smith i Kristine Kathryn Rusch. Religijnie czytałem ich blogi i książki, a wiedzą dzielili się bardzo hojnie. W ten sposób w mojej głowie zrodził się plan. Założyłem bloga „Wkurzony Pisarz”, by popularyzować self-publishing w Polsce. Niestety byłem za moje poglądy jechany z góry na dół w internecie i w sumie rozumiałem podejście krytyków: w naszym kraju nie istniał żaden przykład selfowego sukcesu, a jak mówi przysłowie, „ten, kto zna prawdę dzień przed wszystkimi, przez dzień uchodzi za wariata”. Stwierdziłem, że nie ma sensu kopać się z koniem i należy po prostu pokazać ludziom na własnym przykładzie, że w Polsce również się da, a potem wrócić i powiedzieć „a nie mówiłem”. Udać się udało, natomiast w tej chwili muszę się użerać z taką ilością obowiązków, że na prowadzenie bloga nie mam już czasu (śmiech).
Jest Pan aktywnym self-publisherem. Dlaczego zdecydował się Pan na tę drogę, zamiast tradycyjnego modelu współpracy z wydawnictwem?
LB: Po pierwsze, przez pełną wolność artystyczną i mam tu na myśli nie tylko samo pisanie, ale pełną swobodę w decydowaniu o wizji produktu i strategii promocyjnej. Aspekt wydawniczy sprawia mi w sumie jeszcze więcej frajdy niż samo pisanie. Po drugie: kasa. Byłem przekonany, że wydając się samemu, prędzej dojdę do wymiernych pieniędzy niż idąc na współpracę z wydawcą. Nie muszę być nawet popularny: mogę sprzedać sześć razy mniej książek niż „tradycyjni” autorzy, a mamy w kieszeni tyle samo pieniędzy. Nie ma to nic wspólnego z jakąś emocjonalną niechęcia do wydawców, nie jestem żadnym ideowcem. To była czysta kalkulacja. Z trzeciego aspektu zdałem sobie sprawę dopiero w trakcie, właściwie po tym, jak udało mi się już „rzucić korpo” i przejść na swoje. Chodzi o bezpośredni kontakt z czytelnikami. Wybrałem drogę promowania się osobiście na eventach, właściwie w każdy weekend jestem gdzieś w Polsce i wystawiam się z książkami. Efekt kuli śniegowej działa już tak, że wszędzie, gdzie pojadę, to spotykam ludzi, którzy już czytali coś mojego, polecają mnie, lubią też wejść w dyskusję, dać bezpośredni feedback… Nie wyobrażam sobie funkcjonować jako „tradycyjny” autor, który kilka, max kilkanaście razy w roku pojedzie na spotkanie autorskie czy targi książki, godzinę posiedzi na panelu, drugą godzinę łaskawie cyknie autografy i… tyle. Tak długo pisałem do szuflady, byłem tak wygłodniały, by móc się wreszcie pokazać, że uzależniłem się od tych eventów i kontaktu z ludźmi.

Jak ocenia Pan rok 2025 i 2026 pod kątem trendów w polskiej literaturze?
LB: Mam wrażenie, że kończy się już moda na „pato young adult” i całe szczęście. Pozostaje mieć nadzieję, że jak najwięcej młodzieży, która od „pato” zaczynała przygodę z książkami, a już z nich wyrosła, teraz przerzuci się na coś ambitniejszego, ale przy książkach zostanie.
Self-publishing w Polsce to wciąż walka z wiatrakami, czy może już pełnoprawna i opłacalna ścieżka kariery?
LB: Szanse „tradycyjnych” pisarzy i selfów bardzo się wyrównały przez te dziesięć lat, odkąd zaczynałem z blogiem. Kiedy startowałem, to żeby podpisać umowę z jedną z pięciu hurtowni, która wprowadzała książki na półki w Empikach, trzeba było zobowiązać się do dowiezienia iluśtam tytułów i iluśtam tysięcy nakładu rocznie. Teraz rynek książki otworzył się na tyle, że jeżeli autor dysponuje odpowiednim kapitałem, to już z jednym tytułem nie ma żadnych barier. Tym bardziej operatywnym biznesowo selfom tradycyjni wydawcy nie mają już nic do zaoferowania. Popatrzcie na sukces Kasi Wycisk: zaczynała jako self, a teraz już wydaje innych autorów, w tym z zagranicy, i bierze się za bary z Wydawnictwem Niezwykłym. To najbardziej spektakularny, po Michale Szafrańskim, przykład sukcesu self-publishingu w Polsce! Kibicuję jej i wszystkim selfom, którzy przecierają szlaki, bo po nich przyjdą następni, jeszcze odważniejsi. Uważam, że sukces self-publishingu leży w interesie wszystkich pisarzy, także tych, którzy zechcą współpracować z klasycznymi wydawcami. Sam fakt istnienia tak atrakcyjnej alternatywy jak self, wymusi na wydawcach lepsze traktowanie autorów i przede wszystkim – uczciwsze i bardziej przejrzyste rozliczanie się. Przewiduję też exodus w drugą stronę: autorzy ze „średniej półki”, którzy mają już sporo fanów, ale nadal za mało, by żyć komfortowo z pisania w tradycyjnym modelu, opuszczą wydawnictwa i zaczną się sami wydawać. Przykładów mamy wiele już teraz, a czuję, że będzie ich dużo, dużo więcej.
Łączy Pan pisanie z muzyką. Jak doświadczenia muzyczne wpływają na rytm i dynamikę Pana prozy?
LB: W tej chwili ograniczam się jedynie do nagrywania piosenek w celu promocji książek. Może kiedy będę już obrzydliwie bogaty, to powrócę do regularnego nagrywania, ale na pewno nie teraz. Pisanie rapu nauczyło mnie rymowania i rytmizowania, co bardzo mi pomogło przy tworzeniu „Zjadacza skór”: poematu fantasy pisanego dwunastozgłoskowcem. Nie zrozum mnie źle: nadal to bardzo czasochłonne cholerstwo, ale z pewnością było mi dużo łatwiej zacząć i wejść w rytm wiersza niż komuś, kto nie miał z rymowaniem żadnego kontaktu.
Pochodzi Pan z Sanoka, a mieszka w Krakowie. Czy któreś z tych miejsc – ich atmosfera lub historia – znajduje odzwierciedlenie w Pana książkach?
LB: Póki co, tylko „Kastrator”, mój thriller psychologiczny, rozgrywa się w prawdziwym świecie: Warszawie i okolicach. Jestem nomadem, nie przywiązuję się zbytnio do miejsc, natomiast jeżeli pisanie kolejnego thrillera zastanie mnie w Krakowie, to zapewne tu będzie się rozgrywała akcja.
Jakie są Pana najbliższe plany wydawnicze na rok 2026?
LB: Aż się boję deklarować, żeby potem nie musieć tego odszczekiwać. Nie podam terminu, ale najbliższy cel to skończyć cały poemat „Zjadacz skór”, a potem wydać wszystkie pozostałe trzy tomy naraz. Póki jestem „w sztosie”, to nie mam zamiaru sobie przerywać. Dopiero potem skończę rozgrzebany „Smoczy szlak 2”, o który ludziska dopytują mnie przy każdej okazji. Napisanie „Zjadacza skór” to jedno, ale nie mam pojęcia, ile może potrwać redakcja i korekta trzech książek naraz, do tego pisanych dwunastozgłoskowcem. Wyjdą, kiedy będą. Czekajcie, a będzie Wam dane.
Dziękuję za rozmowę











