„Moja mama w czasach PRL-u i lat 80 grała na dancingach. Mnie fascynowało to, że mama była piosenkarką, zakładała na siebie cekiny i błyszczała. Ta sama mama, która wcześniej obierała ziemniaki i tłukła kotlety przemieniała się w pięknego motyla. To był dla mnie w dzieciństwie świat magii” wspomina Barbara Wrońska, zapytana o to, co w epoce PRL-u najbardziej ją fascynowało muzycznie i wizualnie. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk artystka opowiada m.in. o tym jak to jest od lat definiować oblicze alternatywnego popu w Polsce, jednocześnie łącząc wrażliwość autorskiej piosenki z bezkompromisową szczerością.
Miłość do muzyki była w Pani od zawsze, czy narodziła się dopiero gdzieś po drodze?
BW: Od zawsze muzyka na mnie działała, odkąd pamiętam reagowałam na nią fizycznie i emocjonalnie. Ale od kilku lat zaczęłam utożsamiać się z nią bardziej świadomie i dojrzale. Zrozumiałam, że jest bardzo ważną częścią mnie i, że bardzo ją kocham i, że nie chce z niej rezygnować. Zwłaszcza z tworzenia – to jest coś co napędza mnie najbardziej. Możliwość opowiadania siebie, próba zrozumienia siebie poprzez muzykę. Łączenia się z ludźmi poprzez twórczość.
Album „Dom z ognia” mocno zdefiniował Pani solową ścieżkę muzyczną. Jak z perspektywy czasu ocenia Pani przejście z pracy zespołowej na pełną autorską odpowiedzialność?
BW: Uważam to za szkołę życia. W zespole zawsze można się za kimś schować, zawsze ktoś z amortyzuje jakieś potknięcie. Przy całkowicie autorskiej wypowiedzi wszystko trzeba wziąć „na klatę”, walczyć o swoją wizję, być w gotowości do działania – jeśli masz gorszy moment, nie masz na coś siły to musisz sobie z tym radzić, bo nikt za Ciebie tego nie zrobi. Nikomu nie będzie na tym zależeć tak bardzo jak tobie samemu. Ma to swoje plusy i plusy (śmiech), bo w najlepszym razie sukces jest całkowicie pełny i wynikający głównie z ciebie, a w innym razie to wielka nauka kierująca nas w jeszcze większą samoświadomość i dojrzałość, uczymy się.
Dlaczego inspirują Panią mrok i melancholia?
BW: Świetne pytanie!!! Poważnie, znakomite pytanie. Nigdy sobie go nie zadawałam. No i tutaj się zrobi nieco filozoficznie. Kurczę…myślę, że moja „dusza”, moja wrażliwość ma kolor momentami bardzo niebieski – to jest moment kiedy staję się bardzo wyczulona na czucie, na emocje, na inspiracje, chłonę. W melancholii jest pewien rodzaj tęsknoty, a ta dla mnie jest źródłem napędzającym często. Za to mrok jest tajemniczy i jedno to jest to, że nie wiem co mnie w nim spotka, a dwa, że nie wiem jak ja w mroku mam się poruszać, jaka mam być – to jest dla mnie doświadczanie siebie totalnie od nowa. Poznawanie się w nowym nieznanym kontekście. To jest rodzaj otoczenia, które skłania mnie do wielkiej czujności, uważności i rozwoju, ale też powierzania się swojej własnej intuicji, ufaniu sobie. Wychodzenie ze strefy komfortu. Teraz tak myślę, że mi zależy nawet nie na samym wychodzeniu z bezpiecznej strefy, poczuciu smutku i bycie w tym ale też, prócz doświadczania, przekuwaniu tego dalej w sztukę. Kanalizowania tego jakąś ultra wąską, precyzyjną wiązką dokładnie w najczulszy punkt i w ten sposób budowania siebie na nowo.
Tworzy Pani również muzykę filmową i teatralną. Jak bardzo dyscyplinuje praca pod dyktando czyjejś wizji reżyserskiej w porównaniu do wolności w muzyce pop?
BW: Ciekawe określenie: wolność w muzyce pop trochę się wykluczają. Ja lubię bardzo robienie muzyki do obrazu, do tej pory miałam super doświadczenie z reżyserkami/rami, którzy mi bardzo ufali. Przystawali na moje nawet najbardziej „pojechane” pomysły. Poza tym lubię współpracować, mam w sobie też część gotową i chętną do kompromisów i nawet jak mam jakieś ograniczenia z powodu wizji osoby, z którą współpracuję to lubię szukać rozwiązań. To mnie rozwija i uspokaja.
Ballady i Romanse współtworzyła Pani z siostrą, Zuzanną. Jak więzy krwi wpływały na Waszą synergię artystyczną?
BW: Myślę, że to w dużej mierze zależało od etapu naszego życia. Przez bardzo długi czas nasze więzy krwi łączyły nas w muzyce w sposób telepatyczny – to było idealne współodczuwanie, słyszenie fraz, dźwięków, melodii i harmonii. Później brakowało nam z siostrą przestrzeni czystej od kontekstu muzycznego, byłyśmy zbyt zżyte żeby dostrzegać np. swoją autonomiczność, rozdzielność osobowości. Potrzebny był oddech w którymś momencie żebyśmy mogły być dla siebie wsparciem w życiu też poza muzycznym i mieć zdrową stabilną relację siostrzaną przede wszystkim. Uważam, że bardzo dużo nadal czujemy w sposób niemalże kosmiczny podobnie ale też bardzo dojrzałyśmy w tej relacji. Dużo włożyłyśmy w to pracy.
Czego o rzemiośle muzycznym nauczyły Panią lata spędzone w zespole Pustki?
BW: Bardzo dużo, przede wszystkim, że możliwość grania w zespole to wielki przywilej i nie każdy ma taką możliwość. Że bardzo ważna jest konsekwencja i wytrwałość. Że pewnych etapów w rozwoju naszych umiejętności nie da się przyspieszyć czy przeskoczyć. Że ta długa i pełna wyzwań droga do profesjonalizacji muzycznej jest bardzo potrzebna, łącznie z momentami trudniejszymi, popełnianiem błędów i różnych „załamek”. Że to czego się uczymy, zostanie z nami tylko wtedy kiedy będziemy się ciągle rozwijać i mieć z tym kontakt. I że nic nie jest na zawsze, przede wszystkim sukces. Może się zjawić nagle i równie nagle zniknąć. Trzeba mieć silny charakter i pewny fundament poczucia własnej wartości żeby się w tym dobrze czuć i nie wariować.
Jak postrzega Pani obecną pozycję kobiet w polskiej branży muzycznej? Czy producentki i kompozytorki mają dziś łatwiej niż w czasach, gdy Pani zaczynała?
BW: Myślę, że jest już lepiej. Że social media pomagają w promowaniu żeńskiej części muzycznej ale mimo to, wciąż jest przewaga mężczyzn.
Na ile Pani teksty są czystą autobiografią, a na ile kreacją i obserwowaniem historii ludzi wokół?
BW: Teksty zawsze opierają się na moich doświadczeniach. Nawet jeśli są obserwacją to też koniec końców rodzą się z moich emocji. To o czym śpiewam może być czasami wypadkową, tego co się dzieje wokół mnie i tego co przeżywam w środku. Niekiedy teksty przychodzą pod wpływem jakiegoś doznania, bezpośrednio po..Podsumowując teksty są zawsze spięte z tym co czuję, czego doświadczam i tego co myślę. Nawet kiedy pracuje nad tekstem z kimś jeszcze, to muszę dokładnie czuć co chcę powiedzieć i czego ten tekst dotyczy – jakiej konkretnie części mnie.
Sama pani produkuje i aranżuje swoje utwory, co wciąż nie jest standardem wśród wokalistek w Polsce. Z jakimi reakcjami środowiska, zwłaszcza mężczyzn-realizatorów się Pani spotyka?
BW: Rożnie, nie jestem już Zosią Samosią bo otworzyłam się na współpracę (współproducentem nowej płyty jest Mateusz Hulbój). Ale wracając do pytania, nie jest to standard i często ludziom się to nie mieści w głowie. Zwłaszcza mężczyznom. Że śpiewa – ok, że pisze teksty – ok, ale, że sama produkuje aranżuje, programuje, układa aranż? – tutaj jest zawsze zaskoczenie. Kiedyś spotkałam się z taką opinią, że dobrze produkuję – jak na dziewczynę! Wtedy pamiętam, że mnie to zabolało, a dzisiaj mnie to po prostu bawi.
Pani teksty są bardzo plastyczne i literackie. Po książki jakich autorów Pani sięga najchętniej, gdy poszukuje inspiracji lub chce odpocząć od dźwięków?
BW: Ostatnio czytam znacznie więcej, i nie mam jednego ulubionego autora, no może Olga Tokarczuk. Często czytam książki kobiet i pisane o kminach życiowych. Np. taka autorka francuska Annie Ernaux, niedawno czytałam „Wczoraj byłaś zła na zielono” Elizy Kąckiej, czytałam też przepiękną książkę Radki Franczak „Godzina wieloryba”, czy „Mała empiria” Katarzyny Sobczuk, a obecnie czytam Mirandy July „Na czworakach” (które dostałam na urodziny na kumpeli). Bardzo lubię też Natalię de Barbaro. Kocham też książki z wydawnictwa Czarne (właściwie co wydadzą to obczajam). Myślę, że w dużej mierze plastyczność moich tekstów wynika z tego jak bardzo chłonę świat na około, jak bardzo sprawy we mnie pracują ale myślę, że sprawia to też fakt, że dużo rozmawiam z ludźmi jestem ich bardzo ciekawa. Poznawać ich zdanie, poznawać ich wrażenia. Bardzo mnie ciekawi świat, relacje i to co między nami się dzieje. Prócz tego ja teksty i muzykę czuję bardzo całym ciałem. Bardzo sensualnie myślę o znaczeniu piosenki. Chce, żeby ona działała na człowieka fizycznie niemalże.
Ballady i Romanse nawiązywały mocno do estetyki PRL-u i lat 80. Co w tamtej epoce wizualnie lub muzycznie fascynowało Panią najbardziej?
BW: Moja mama w czasach PRL-u i lat 80 grała na dancingach. Mnie fascynowało to, że mama była piosenkarką, zakładała na siebie cekiny i błyszczała. Ta sama mama, która wcześniej obierała ziemniaki i tłukła kotlety przemieniała się w pięknego motyla. To był dla mnie w dzieciństwie świat magii. Do tej estetyki BiR nawiązuje w filmie Córki Dancingu – filmu o dwóch śpiewających syrenach podbijających scenę dancingową, ale BiR stylistycznie bardzo były różnorodne. Pierwsza i druga nasza płyta były zupełnie inne.
Dziękuję za rozmowę
Foto: Krzysztof Bieńko











