Czy leśne stworzenia mogą uczyć mądrego zarządzania domowym budżetem? Dlaczego współczesna literatura dziecięca potrzebuje opowieści z mądrym morałem? A także jak narodził się pomysł na spisanie przygód dwójki niezwykłych bohaterów – m.in. o tym w rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada Tomasz Zdziebło, autor książki „Niko i Lilli. W Skarbowym lesie”, która rozbudza wyobraźnię nie tylko najmłodszych, łączy klasyczną literaturę przygodową z nowoczesną edukacją i chwilę po premierze podbiła serca małych i dużych czytelników.
Jak narodził się pomysł na historię Niko i Lili?
TZ: Narodził się podczas czytania córce na dobranoc. Często czytając jej, wcielałem się w jednego z bohaterów, ożywiałem dialogi i dopowiadałem poboczne historie. Wspólnie wcielaliśmy się w bohaterów, naśladując ich dialogi. Chciałem nadać tej kreatywności własną drogę twórczą. Z czasów, gdy byłem dzieckiem, pamiętam pięknie ilustrowaną pocztówkę, na której był lisek i jeżyczka (samiczka jeża). To była inspiracja do wyboru głównych bohaterów. Dodatkowo inspirowałem się motywem podróży, w której bohater musi wyruszyć, aby ostatecznie odnaleźć to, co jest dla niego cenne. Ostatnia motywacja pochodzi z mojej pracy zawodowej. Niko i Lili to bohaterowie, wobec których mam jeszcze kilka planów. Chciałbym, aby powstały zeszyty ćwiczeń dla dzieci, które w przyjemny sposób, poprzez zabawę, nauczą je, czym jest oszczędzanie, czym jest złoto, skąd pochodzi i do czego służy. W pracy zawodowej, o której wspomniałem, pomagam ludziom lokować ich oszczędności właśnie w złocie i innych metalach szlachetnych. Z rozmów z klientami obserwuję, że jest jeszcze wiele do zrobienia w kwestii edukacji finansowej. Najlepiej zacząć ją już od najmłodszego pokolenia, aby efekty były dla niego jak najkorzystniejsze w przyszłości. To taka moja misja.
Las w literaturze bywa miejscem magicznym, ale i pełnym wyzwań. Jaką rolę odgrywa natura w Pana opowieści?
TZ: W mojej powieści las i natura mają centralne miejsce. Kontakt z naturą i las kojarzą mi się z miejscem, w którym można odnaleźć spokój i harmonię. Uwielbiam naturę i zawsze chętnie do niej wracam. Świat, który planowałem stworzyć w powieści, miał być bezpieczny i trochę magiczny – dlatego wybór padł na piękny las Europy Środkowej, w domyśle Polski. Wplotłem też wątki edukacyjne, aby dzieci mogły poznać kilka mniej oczywistych stworzeń występujących w tej części świata. Dodatkowo, z racji tego, że mieszkam na Śląsku nie mogło zabraknąć motywów związanych z kopalniami i górnictwem.
Współczesny rynek książki dziecięcej stawia mocno na edukację emocjonalną. Jak Pan podszedł do tematu emocji u swoich bohaterów?
TZ: Tutaj przydało mi się moje drugie wykształcenie – po ekonomii studiowałem psychologię. W świecie, w którym umysł i układ nerwowy dziecka są każdego dnia bombardowane nadmiarem bodźców, gdzie obok dzieci bardziej odpornych spotyka się coraz częściej dzieci wysoko wrażliwe, czy dzieci ze spektrum autyzmu, postawiłem na dłużej rozwijającą się fabułę, proste dialogi oraz brak często pojawiającej się w książkach dla dzieci przesady, czy przerysowanych scen i zbytnich fajerwerków. Moim bohaterom daleko jest do popkulturowych superbohaterów, a bliżej do zwykłego, wrażliwego dziecka, które w swoim tempie poznaje siebie i świat. Postawiłem na subtelniejszy i mądrzejszy przekaz. Wzbogaciłem wszystko mam nadzieję szczyptą humoru.
Tytułowy „Las Skarbowy” brzmi jak metafora. Uczy Pan dzieci w swojej książce odróżniania wartości materialnych od emocjonalnych?
TZ: To jest, jak myślę, najmocniejsza część mojej książki. Motyw skarbu, który kusi bohaterów, jest tylko powierzchownym wabikiem, ale finalnie zarówno bohaterowie, jak i śledzący ich losy czytelnicy odnajdą dużo głębsze wartości. Wartości, które są ponadczasowe, których warto poszukiwać w życiu, a gdy już je odnajdziemy – czerpać z nich radość i sens. Nawet samo oszczędzanie, wokół którego delikatnie ogniskuje się fabuła, ma głębszy i nieoczywisty wymiar, bo uwzględnia oszczędność zasobów, własnych sił oraz odpowiedzialne dbanie o siebie i otoczenie.
Tworzenie książki dla dzieci to także warstwa wizualna. Jak wyglądała praca nad ilustracjami i Pana współpraca z ilustratorem?
TZ: Poświęciłem bardzo dużo czasu na poszukiwania właściwego artysty. Z dziesiątek przejrzanych biogramów i próbek prac wytypowałem ostatecznie artystkę, której styl i osiągnięcia wpisywały się w moje wyobrażenia estetyki.
Tą artystką okazała się Silvia Pizzati. Wybrałem ją, ponieważ zaimponowała mi wygranym przez siebie ogólnopolskim konkursem „Piórko”. Tak na nią trafiłem. Przeczytałem jedną z nagrodzonych książek i z zaciekawieniem wertowałem wszystkie pozostałe roczniki oraz laureatów w kategorii ilustratorów. Skontaktowałem się z nią i zapytałem, czy zechce ze mną współpracować. Zgodziła się. Zapisała mnie do długiej kolejki zleceń, aż nadeszła moja kolej. Tak to się zaczęło. Pomagała mi na każdym etapie i bardzo wzbogaciła książkę. Jej ilustracje nadały jej piękny i estetyczny wymiar. Zresztą przekonajcie się Państwo sami. Pomagała mi też, w zasadzie sama zaprojektowała moją stronę www.nikoilili.com
Podczas pisania testował Pan fragmenty tekstu na „najbardziej wymagających krytykach”, czyli na dzieciach? Jakie były ich reakcje?
TZ: Czyta Pani w moich myślach (śmiech). To było jedno z podstawowych kryteriów, zanim oddałem rękopis do dalszych prac i do druku. Książkę czytały dzieci bliższych i dalszych znajomych. Były w różnym wieku, pomiędzy szóstym, a dziesiątym rokiem życia. O to mi w zasadzie chodziło, by próbka była reprezentatywna. Był nawet jeden pięciolatek i czytająca mu do snu mama. Książka spodobała się im wszystkim i co zadziwiające, każdy zwrócił uwagę na inne jej aspekty. To zainspirowało mnie do dalszego działania. Oczywiście jestem świadomy, że każdy szuka czegoś innego w książkach. Jeśli ktoś szuka magii, fajerwerków i bardzo dynamicznej akcji, może być zawiedziony. Dodatkowo, kiedy pomyślę o górnej granicy wieku, dla której książka jest dedykowana, to niejeden dziesięciolatek czyta już bardzo poważne i rozbudowane tytuły. Dlatego ucieszy mnie, jeśli nawet książka trafi tylko w niektóre gusta, a Ci właśnie czytelnicy znajdą w niej radość lub inspirację.
Łączy Pan zawód ekonomisty z psychologią. Czy książka „W lesie skarbowym. Niko i Lili” to Pana sposób na przemycenie pierwszych pojęć związanych z oszczędzaniem i przedsiębiorczością w świecie dzieci?
TZ: Trochę już odpowiedziałem na to pytanie wcześniej. Przyznam, że czytałem córce kilka książek z tej tematyki, które miały być dostosowane do jej wieku, ale okazały się zbyt skomplikowane na tym etapie rozwoju umysłu – a mowa jest o ośmiolatce. Przy jednej nawet nudziła się i nie chciała jej czytać. Dlatego zamiast stawiać na naukę przedsiębiorczości i biznesu, postawiłem na subtelne przemycenie w fabule kilku drobnych przekonań. Jednym z nich jest to, że warto oszczędzać i że jest to zasadniczo fajna sprawa. Natomiast bardziej edukacyjne podejście i tematy mam nadzieję rozwinąć w zeszytach ćwiczeń, o których wspomniałem. Byłyby one wspaniałą bazą do przeprowadzenia warsztatów i ciekawej edukacji finansowej. Książka daje mi pewne uniwersum, bohaterów i scenografię, które mogę wykorzystać podczas warsztatów i tworzenia zeszytów ćwiczeń. Nie wiem, czy Pani wie, ale książka zyskała patronat Mennicy Skarbowej, z czego jestem bardzo dumny. Niech to też będzie odpowiedzią na Pani pytanie.
Konstruując wyzwania dla Niko i Lili, opierał się Pan na autentycznych problemach psychologicznych, z jakimi mierzą się współczesne dzieci np. presja, lęk przed porażką, brak cierpliwości?
TZ: Zdecydowanie tak. Książka to azyl, a moment czytania jest chwilą na złapanie oddechu i autorefleksję. To moment, w którym można zerknąć na wszystko w zaciszu własnych myśli. To wycisza i służy cierpliwości. Z badań nad stresem wiemy, że gdy skupimy nasz umysł na jednej prostej czynności, a czynność ta nas wciągnie, nasz umysł wchodzi wtedy w stan podobny do medytacji. Wszystkie nagromadzone bodźce i stresy oddalają się. Nasz umysł nabiera do nich dystansu, a układ nerwowy ma możliwość regeneracji. Takim stanem podobnym do medytacji jest również czytanie. Odwracamy wtedy uwagę przeciążonego umysłu i skupiamy ją na czymś prostym, powtarzalnym i przyjemnym. Dzieci też tego doświadczają. Jeśli chodzi o lęk przed porażką to dość szeroki temat. Na pewno dzieciom nie pomagają zbyt wygórowane oczekiwania ich środowiska lub zbyt ambitni rodzice. Dużo łatwiej byłoby dzieciom znosić porażki, gdyby uczyć je, że porażki są naturalną lekcją podczas zbierania doświadczeń. Bez porażek i bez prób i błędów nie ma rozwoju. Porażka to również szansa. Jeśli otoczenie dziecka uczyłoby go takiego spojrzenia na potknięcia, to lęk prze nimi mógłby być mniejszy.
Jak Pana wiedza o ludzkiej psychice wpłynęła na budowanie relacji między dwójką głównych bohaterów?
TZ: Podstawowymi metodami pracy psychologa są wywiad i obserwacja. Wywiad, czyli ujmując w skrócie – rozmowa. Zarówno podczas praktyk na studiach, w grupach dzieci i młodzieży, jak również w życiu codziennym obserwowałem, jak dzieci wchodzą ze sobą w interakcje i jak budują relacje. Każdy rodzic też może to zaobserwować, choćby na placu zabaw. Są dzieci, które się wstydzą, być może czują lęk i przyjmują zazwyczaj postawę ostrożnego obserwatora. Zachęcone do zabawy przez innych mają jednak szansę się otworzyć. Są też dzieci pełne energii, śmiałe i towarzyskie. Oba te typy wchodzenia w relacje – i nie tylko – znajdują się w książce. Jeden z bohaterów jest nawet zbyt śmiały, a jego wypowiedzi pełne przechwalania się również można zaobserwować na niejednym placu zabaw. Wzorce te pomagały mi rysować cechy konkretnych postaci. Inspiracja zawsze pochodzi z życia i doświadczeń. U mnie jest to połączenie psychologii i roli rodzica.
Pasjonują Pana leśne spacery, wycieczki rowerowe i pływanie. Ile z Pana własnych doświadczeń i ulubionych miejsc odnajdziemy w opisach natury w książce?
TZ: Zanim przeprowadziłem się do sporej metropolii jaką jest Śląsk, mieszkałem w małym miasteczku, bardzo blisko lasu. W zasadzie Mielec, bo o nim mowa, otoczony jest lasem z kilku stron. To bardzo ładne i zielone miejsce. Tak jak Las Skarbowy. Również Śląsk, wbrew moim wcześniejszym wyobrażeniom o posiada dużo zielonych zakątków. Gdy kilkanaście lat temu przeprowadziłem się tutaj, przemierzałem miasto za miastem właśnie na rowerze, poznając wiele ciekawych miejsc. Śląsk jest w zasadzie wieloma połączonymi ze sobą miastami, które posiadają piękne, zielone i magiczne miejsca, takie choćby jak Dolina Górnika, znany wielu Park Śląski, czy nasadzenia pochodzące z wielu zakątków świata występujące w Parku w Świerklańcu. Dlatego przyroda, a zwłaszcza las jest centralnym obszarem fabuły. Z kolei basen i wodę lubiłem od zawsze. Kiedyś był to ulubiony sport mój i moich sióstr. Teraz jest to również ulubiony sport mojej córki.
Publikuje Pan także pod pseudonimem Tom Arista. Skąd decyzja o rozdzieleniu tych dwóch autorskich światów i co kryje się za tym pseudonimem?
TZ: To mój pragmatyzm o tym zdecydował, ale o tym za chwilę. Postanowiłem wydać swoją książkę również w języku angielskim. Dokładniej w jego amerykańskiej wersji, skupiając się przede wszystkim na USA. To ogromny i dojrzały rynek czytelniczy. Żałowałbym, gdybym nie spróbował. Znalazłem dobrą tłumaczkę oraz lokalną redaktorkę na rodzimym rynku, które pomogły mi w przekładzie książki. Pozostało jedynie zdecydować o kilku drobnych kwestiach. Jedną z nich było to, czy użyć swojego trudnego w wymowie dla statystycznego Amerykanina nazwiska, czy oszczędzić mu językowej gimnastyki. Postawiłem na to drugie rozwiązanie. Wybrałem zbliżone znaczeniowo słowo, czyli amerykański odpowiednik mojego imienia i nazwiska – Tomasza Zdziebło. Tak pojawił się Tom Arista. Arista to po prostu „źdźbło trawy”.
Dziękuję za rozmowę















