Strona główna / Wywiady / Małe legendy, które rządzą Wrocławiem

Małe legendy, które rządzą Wrocławiem

„Na początku był spacer po Wrocławiu z moimi dziećmi, które zarzuciły mnie pytaniami dotyczącymi krasnali. A ponieważ dzieci były jeszcze małe i miały wzrok niemal na wysokości krasnali, to dostrzegały je znacznie częściej i szybciej niż ja. I wtedy się zaczęło… „A co one tu robią?”, „A co robią, jak nikt nie patrzy?”,  „A gdzie śpią?”, „A czy jak deszcz pada, to też tak stoją?”. „A co robią, jak nie stoją?”- wspomina Mariusz Gawryś. Tak ruszyła machina, która tchnęła nowe życie w sekretną społeczność, która od wieków obserwuje miasto i strzeże jego najgłębszych sekretów. Tak powstała wyjątkowa książka dla młodego czytelnika o wrocławskich krasnalach – „Mira, Franek i krasnale. Tajemnica kamieni” i tak narodził się pomysł powołania do życia innowacyjnego projektu społeczno-edukacyjnego o nazwie „Krasnalia”. O tym wszystkim w rozmowie z Agnieszką Góralczyk opowiada Mariusz Gawryś, autor książki, a także polski reżyser i scenarzysta filmowy.

Jak narodził się pomysł, by wrocławskie krasnale uczynić tajną społecznością, a nie tylko miejską dekoracją?

MG: Na początku był spacer po Wrocławiu z moimi dziećmi, które zarzuciły mnie pytaniami dotyczącymi krasnali. A ponieważ dzieci były jeszcze małe i miały wzrok niemal na wysokości krasnali, to dostrzegały je znacznie częściej i szybciej niż ja. I wtedy się zaczęło… „A co one tu robią?”, „A co robią, jak nikt nie patrzy?”,  „A gdzie śpią?”, „A czy jak deszcz pada, to też tak stoją?”. „A co robią, jak nie stoją?”. Zrozumiałem wtedy, że dzieci autentycznie przejmują się ich losem. I zrozumiałem jeszcze jedną rzecz. Ponieważ na większą część pytań nie miałem odpowiedzi, pomyślałem, że wrocławskie krasnale potrzebują własnej „mitologii”, swoistej, literackiej „instrukcji obsługi”. Ten spacer stał się kołem zamachowym pomysłu.

Co takiego widzą wrocławskie krasnale z perspektywy chodnika, czego my – dorośli – na co dzień nie dostrzegamy?

MG: Myślę, że to jest bardziej pytanie do krasnali – ja się mogę tylko domyślać. Jeśli mógłbym jednak coś powiedzieć w imieniu krasnali, z którymi pozostaję w bardzo bliskim, przyjacielskim kontakcie, to wydaje mi się, że ich świat, który dorośli uważają za nudny i oczywisty, jest dla nich – ze względu na żabią perspektywę – krainą monumentalną i pełną sekretów, których my nie dostrzegamy. Bo jeśli my widzimy jedynie betonowe płyty chodnikowe, żeliwne studzienki i kratki ściekowe, to dla krasnali są to bramy do gigantycznego, podziemnego świata pełnego niespodzianek i czekających na odkrycie sekretów. Jeśli my odwiedzając historyczne budowle patrzymy wysoko – na herby, na wieże, na zwieńczenia murów i portali, to dla krasnali najciekawsze sekrety są do odkrycia tuż nad ziemią. To są miejsca, gdzie krasnale przechowują w szczelinach lub za obluzowanymi czerwonymi cegłami kamienie pamięci, które przechowują zapisy niecnych rozmów nieuczciwych deweloperów lub spiski przeciwko ludziom uczciwym i prawym. To, co dla nas jest kałużą, dla krasnala może być stawem. Podobnie bywa z przedmiotami, gdzie zgubiony nawet najnowszej generacji smartfon nie ma żadnej wartości. Jest jedynie pułapką, cyfrową bańką, w której zamyka się ludzi, aby tracili realny kontakt ze światem, przyjaciółmi i… magią Dolnego Śląska. Kiedy my patrzymy przed siebie albo na ekrany telefonów, krasnale i dzieci patrzą w dół – i to właśnie tam odnajdują klucze do skrytek, które zaprojektowano tak, aby były całkowicie niewidoczne dla każdego, kto ma więcej niż… najwyższy krasnal.

Mira i Franek mają swoje pierwowzory w prawdziwym świecie?

MG: Tak. Mira i Franek mają swoje pierwowzory, które przez wrodzoną skromność wolą pozostać w ukryciu. Jak prawdziwe krasnale.

Pana doświadczenie jako reżysera i scenarzysty wpłynęło na sposób budowania akcji? Pisał Pan książkę „obrazami”, tak jak scenariusz filmowy?

MG: Z pewnością. Od tego się nie odetnę. Mam świadomość, że energia oddziaływania obrazu jest mocniejsza od energii oddziaływania druku. Szczególnie jeśli mamy do czynienia ze współczesnym, młodocianym odbiorcą. Dlatego też starałem się nie przeciągać fabuły poprzez zbyt długie opisy. Wręcz przeciwnie pilnowałem, aby fabuła nie straciła swego dynamicznego, nowoczesnego charakteru. Chciałem odejść od tradycyjnej, klasycznej opowieści dla dzieci na rzecz wielowarstwowego thrillera przygodowego, który czyta się jak gotowy film ze streamingowej platformy. Bo jeśli książka, którą wymyślono wieki temu, ma się dzisiaj obronić, to my autorzy nie możemy zapominać o formie współczesnego przekazu. Czasami wręcz z premedytacją stosowałem zasady szybkiego montażu obrazem, bo oko/mózg współczesnego widza jest już do tego przyzwyczajony i tego podświadomie oczekuje. Czytelnik ma wtedy wrażenie oglądania filmu. Sceny zmieniają się szybko, akcja nie zwalnia ani na moment, a każda nowa lokacja ma swoją unikalną, filmową fakturę. Nawet oświetlenie jest dostosowane do sceny. Takim typowo filmowym zabiegiem jest też wprowadzenie kontrastu technologicznego. Z jednej strony mamy skanujący dron, z drugiej strony stoi prastara, analogowa magia krasnali. Ten kontrast (lasery kontra kamienie pamięci) nadaje naszej opowieści dodatkowe, nowoczesnego napięcia. Myślę, że dzięki temu filmowemu podejściu, nasze krasnale nie są martwymi figurkami stojącymi bezrobotnie w zaułkach wrocławskich ulic, lecz stały się pełnoprawnymi, nowoczesnymi agentami w walce o lepsze życie, które nie zapomina swego historycznego dziedzictwa. Dodam jednak, że takie ujęcie nie wyklucza namysłu, poczucia atmosfery, czasu na ostrożność i refleksję. O tym też pamiętałem.

Wrocław nie jest tu tylko tłem, ale pełnoprawnym bohaterem. Jak wybierał Pan konkretne lokalizacje w mieście do tej opowieści?

MG: Urodziłem się i wychowałem we Wrocławiu. Wybór był intuicyjny i nie mógł być inny. Od razu wiedziałem, że są to miejsca, które „zagrają” w tej opowieści. Od razu czułem, że będą spinać „filmową dynamikę” książki z prastarą magią krasnali. To miejsca, które nie potrzebują cyfrowych efektów specjalnych – one same w sobie są gotowym magicznym planem z naszej książki, z kamienicą przy ulicy Zielińskiego na czele. Wystarczy na nią spojrzeć. Czułem, że krasnale potrzebują przestrzeni, w której będą działały w pionie i w poziomie, ukryte przed okiem dorosłych. Kamienica przy ulicy Zielińskiego spełniała te wymogi. Mogę powiedzieć, że krasnale czują się w niej świetnie i nie zamierzają się wyprowadzać. I proszą, aby im tam nie przeszkadzać. 

Podczas zbierania materiałów do książki odkrył Pan jakąś nieznaną dotąd historię lub legendę o Wrocławiu?

MG: Przyznam się szczerze, że nie. Ale jestem głęboko przekonany, że przede mną jest jeszcze wiele nieznanych historii do odkrycia.

Książka łączy fikcję z faktami historycznymi. Jak zachować balans, aby uczyć młodych czytelników, ale ich nie znudzić?

MG: Przyznam szczerze, że nie wiem do końca, jak to uczynić. To nie matematyka i równanie z ograniczoną ilością niewiadomych. To jedna wielka niewiadoma. Myślę, że zachowanie balansu między nauką. a rozrywką to największe wyzwanie w tego typu literaturze. Ale kiedy piszę, staram się o kilku rzeczach pamiętać. Fakty historyczne nie mogą być nudnym wykładem, ale narzędziem do rozwiązywania zagadek i wytwarzania napięcia. Trzeba zawsze pamiętać, że dobra historia żyje z napięcia, a napięcie czerpiemy z konfliktu. Fakt historyczny jako taki jest sam w sobie emocjonalnie obojętny, ale jeśli jest „kluczem do sejfu”, jeśli pozwoli zlokalizować „ukrytą skrytkę”, to wtedy staje się podpowiedzią w grze, a czytelnik uczy się go mimochodem, bo chce wiedzieć, co jest w „środku sejfu”. Poza tym, szczególnie w następnych tomach, staram się nie opowiadać historii w jednym planie czasowym, lecz poprzez zastosowanie „podróży w czasie” wrzucam naszych bohaterów, Mirę i Franka, w sam środek autentycznych zdarzeń. To sprawia, że historia staje się żywa, namacalna i zapada w pamięć. Następna zasada to… poważna historia na wesoło. Humor rozładowuje powagę faktów i sprawia, że są one łatwiej przyswajalne. Gdy robi się zbyt poważnie, trzeba pomyśleć o przerywniku tylko po to, aby ponownie podjąć fabułę „na poważnie”. Czy to spowoduje, że dzieci będą teraz szukały obluzowanych kratek ściekowych i skanował rynny wzrokiem, tego nie wiem. Ale sądzę, że łączenie fabularnej fikcji z miejscami, które fizycznie istnieją, będzie budzić w dzieciach instynkt prawdziwych odkrywców. Myślę, że przy takim ujęciu, książka nie poucza, ale wciąga w interaktywną grę, w której historia jest pasjonująca przygodą, a nie szkolnym, nudnym obowiązkiem.

Uważa Pan, że literatura potrafi dziś skutecznie wyciągnąć dzieci z domów i zachęcić je do zwiedzania świata w realu?

MG: Wracamy do poprzedniego pytania. Do tej pory robiłem filmy. Nie dla dzieci. Ale wiem, że nie jedna rodzina w Polsce przyjechała do Wrocławia tylko po to, aby odbyć spacer szlakiem krasnali. Myślę, że po lekturze tej książki, ich motywacja będzie większa.

Książka jest częścią nowego projektu pod nazwą „Krasnalia”. Wchodząc na jej stronę widać, że zapowiada się coś fantastycznego, co mnie osobiście już dziś wciągnęło, choć niewiele jeszcze o tym wiem – proszę opowiedzieć o projekcie.

MG: Projekt właśnie powstaje i nie wiemy do końca dokąd nas zaprowadzi. Pisząc książkę, zauważyłem, że w krasnalach jest olbrzymi potencjał wykraczający poza opisywaną historię w książce. Że krasnale mogą być motorem wielu akcji społecznych, swoistą trampoliną do obszaru edukacji, zdrowia, sportu i jeszcze do tych obszarów, których nie odkryliśmy, ale ich istnienie już przeczuwamy. Krasnale mają trzy cudowne cechy: wszyscy je znają, wszyscy je lubią i… krasnalom się nie odmawia.

Czym ma się zajmować zapowiadana Fundacja Przyjaciół Krasnali?

MG: Na początek zaczniemy od czytelnictwa. Ale już nawiązaliśmy kontakt z organizacjami z obszaru edukacji i zdrowia. Wszystko przed nami.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *