“Dwa pierwsze kościotrupy przywiozłam samolotem z Belfastu w walizce, razem z kilkoma innymi drobnymi dekoracjami, które udało mi się kupić na miejscu. Ta historia do dziś wywołuje uśmiech, bo wyobrażam sobie miny osób obsługujących bagaże czy kontrolę lotniskową” śmieje się Patrycja Czaja, która w Żaganiu stworzyła najbardziej rozpoznawalne w Polsce podwórko Halloween. Ta niesamowita aranżacja co roku składa się ze spektakularnych, filmowych wręcz dekoracji i rekwizytów. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, pani Patrycja opowiada m.in. o tym jak święto Duchów obchodzi się w Belfaście, jak narodził się pomysł na polskie halloweenowe podwórko i jak stało się ono sezonową, jesienną atrakcją turystyczną.
Skąd wzięła się u Pani tak ogromna pasja do tworzenia halloweenowych dekoracji na taką skalę? Czy to zamiłowanie do kina grozy, czy np. Sprawienia radości innym?
PC: Pomysł na dekorację ogrodu zaczerpnęłam i przeniosłam na polskie podwórko z Belfastu. Mieszkałam z rodziną 17 lat w Irlandii Północnej. Jak wiemy, mieszkańcy bardzo hucznie obchodzą Halloween i od zawsze bardzo mi się to podobało.
Nigdy nie mieliśmy planów powrotu do Polski, ale mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy miałam takie małe marzenie, że gdybym kiedyś jakimś cudem wróciła do Polski i miała ogród, to na 100% będę go dekorować z tej okazji. Nie, nie lubię horrorów ani krwi – na jej widok od razu robi mi się słabo – a jednak. Zawsze staram się, aby te dekoracje były sympatyczne i nie wzbudzały grozy, choćby dlatego, że odwiedzają mnie dzieci w różnym wieku. Nigdy moim celem nie było wzbudzanie strachu, a raczej pozytywne oswajanie poprzez zabawne aranżacje kościotrupów. Chciałam stworzyć miejsce atrakcyjne dla tych, którzy lubią Halloween. Nie jest to nasze tradycyjne święto, podobnie jak wiele innych zwyczajów zaczerpniętych z innych kultur. Wciąż wśród starszego pokolenia można spotkać pewien wewnętrzny sprzeciw wobec tego, że dzieci chcą się w to „bawić”.
Nie sądziłam, że rozwinie się to aż do takich rozmiarów. Z roku na rok dostawałam tak wiele pozytywnych komentarzy, że aż chciało się to powtarzać. Negatywne opinie mogę policzyć na palcach jednej ręki. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy więcej radości sprawiam dzieciom, czy rodzicom. W zeszłym roku rodzice wręcz domagali się after party po tym, jak dzieci skończyły zbierać cukierki (śmiech).
Jak wyglądały początki tworzenia spektakularnych, wręcz „filmowych” dekoracji halloweenowych i jak wyglądała pierwsza z nich?
PC: Pierwszy rok był dość skromny – szczególnie gdy porównuję go z tym, jak wyglądały dekoracje w ubiegłym roku. Jeśli dobrze pamiętam, składały się głównie z czapek czarownic zawieszonych na drzewie, kilku nagrobków ustawionych wokół niego oraz pary młodej kościotrupów siedzących na ławce Patrząc z dzisiejszej perspektywy, były to bardzo proste dekoracje, ale od czegoś trzeba było zacząć. Najbardziej z tamtego czasu pamiętam zdziwienie sąsiadów. Chyba nikt nie spodziewał się, że ktoś w naszej okolicy będzie dekorował ogród właśnie z okazji Halloween.
Skąd pochodzą wszystkie rekwizyty – od tańczących czarownic po kościotrupy koszące trawę? Wykonuje je Pani własnoręcznie?
PC: Większość dekoracji kupuję przez internet, głównie w chińskich sklepach, takich jak AliExpress. Kościotrupy w ludzkich rozmiarach zbierałam przez pierwsze dwa lata. Ponieważ urodziny obchodzę w październiku, wszyscy dobrze wiedzieli, jaki prezent sprawi mi największą radość.
Z roku na rok asortyment w sklepach jest coraz większy i obecnie można kupić wiele ciekawych dekoracji również lokalnie. Na początku października samodzielnie rozkładam wszystkie dekoracje w ogrodzie. W zeszłym roku zaangażował się nawet mój mąż, który przygotował dla mnie kilka drewnianych elementów. Zbudował mi trumnę oraz kampera, który pierwotnie miał być karocą, ale wyszło jak wyszło. Ostatecznie kamper okazał się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza podczas odwiedzin dzieci z lokalnych przedszkoli, którym bardzo się spodobał.



Niektóre przywozi Pani ponoć z zagranicy? Skąd pochodzą, bo krąży kultowa już m.in. opowieść o tym, że dwa szkielety (w tym parę młodą) przywiozła Pani w walizce samolotem z Belfastu?
PC: Tak, to prawda. Dwa pierwsze kościotrupy przywiozłam samolotem z Belfastu w walizce, razem z kilkoma innymi drobnymi dekoracjami, które udało mi się kupić na miejscu. Ta historia do dziś wywołuje uśmiech, bo wyobrażam sobie miny osób obsługujących bagaże czy kontrolę lotniskową. W tamtym czasie w Polsce dostęp do takich dekoracji był znacznie bardziej ograniczony, dlatego korzystałam z okazji, aby przywieźć coś wyjątkowego. Belfast to prawdziwy raj dla takich wariatów jak ja, jeśli chodzi o wybór dekoracji ogrodowych i domowych w okresie poprzedzającym Halloween. Sklepy oferują tam ogromny wybór ozdób, a samo święto jest obchodzone z dużym rozmachem, co daje mnóstwo inspiracji.
Ile czasu zajmuje przygotowanie całej aranżacji od pomysłu do pierwszego zapalenia świateł?
PC: Pomysły na coroczne dekoracje rodzą się w mojej głowie przez cały rok. Samo rozłożenie wszystkiego zajmuje około tygodnia – robię to stopniowo, każdego dnia po trochu. Im bliżej Halloween, tym dochodzą dodatkowe atrakcje, takie jak kolorowe światła, sztuczny dym czy animacje wyświetlane na domu. Poprzeczkę mam już ustawioną tak wysoko, że z roku na rok jestem zmuszona zaskakiwać czymś nowym.
Trudno byłoby utrzymać zainteresowanie odwiedzających, gdyby ogród co roku wyglądał tak samo, dlatego staram się wprowadzać nowe elementy i ciągle go rozwijać.
Gdzie szuka Pani inspiracji do kolejnych scenek? Czy czerpie Pani pomysły z filmów grozy?
PC: Ogólnie po prostu coś sobie wymyślam w głowie, wybieram jeden motyw przewodni i staram się, aby całość była spójna. Pierwsze dwa lata był to taki misz-masz wszystkiego, natomiast rok temu postawiłam wyłącznie na motyw kościotrupów. W tym roku będzie… i tutaj niestety nie mogę zdradzić szczegółów, bo lepiej, żeby pozostało to niespodzianką – jeśli uda mi się zrealizować to, co mam w głowie. Dekoracje siłą rzeczy będą się częściowo powtarzać, ponieważ finansowo nie byłabym w stanie co roku tworzyć wszystkiego od zera. Dlatego kreatywność jest tutaj kluczowa i pozwala za każdym razem nadać całości nowy charakter.
Dziś Pani podwórko stało się już rozpoznawalną atrakcją w Żaganiu, a pamięta Pani pierwsze reakcje mieszkańców i sąsiadów?
PC: Pierwsze reakcje oczywiście pamiętam. Sąsiedzi zza płotu nie dali po sobie poznać emocji, ale na sto procent był to dla nich szok. Choć nie wiem, czy zeszły rok nie był jeszcze większym „szokiem” – w dosłownym tego słowa znaczeniu – ze względu na ogromne zainteresowanie. Podobno na pobliskich ulicach nie było gdzie zaparkować. Niestety, przy tak dużej liczbie odwiedzających zdarzyło się też, że przypadkiem podsłuchałam rozmowę dwóch sąsiadek i nie były to miłe komentarze.
Dodam jednak, że odwiedzanie ogrodu nie trwa do późnych godzin – około 21:00 nie ma już gości. Same odwiedziny nie generują dużego hałasu, więc nie są uciążliwe. Myślę, że wynika to bardziej z tego, że Halloween w Polsce wciąż budzi różne emocje, a jednocześnie widać, jak duże jest zainteresowanie tym świętem.


Co dla Pani jest najważniejsze w tym święcie – dobra zabawa, budowanie lokalnej wspólnoty czy artystyczna ekspresja?
PC: Chyba wszystko naraz. Powtórzę się, ale nie sądziłam, że to tak się rozkręci. Czuję ogromną satysfakcję i wdzięczność, że mogę komuś sprawić radość – że kiedy pogoda dopisuje, całe rodziny idą na spacer i odwiedzają mój ogródek. Dzieciaki z przedszkoli biegają, krzyczą, śmieją się, zadają pytania i co najważniejsze – czekają na cukierki na końcu. To dla nich forma atrakcji, możliwość przyjścia, obejrzenia wszystkiego z bliska, zrobienia zdjęć i doświadczenia tego miejsca. Nie miałoby to sensu, gdybym dekorowała ogród i nie pozwalała go odwiedzać ani wchodzić do środka. Wtedy cała idea straciłaby znaczenie. Jestem na takim etapie, że większą radość sprawia mi sprawianie przyjemności innym niż sobie.
Przez kilkanaście lat mieszkała Pani w Irlandii – jakie są największe różnice między tym, jak Halloween świętuje się w Irlandii, a tym, jak reagują na nie Polacy?
PC: Hmm… W Polsce brakuje luzu, akceptacji tego, co „inne” niż nasze, spontaniczności oraz chęci zabawy, a także robienia czegoś dla innych bezinteresownie.
Podobno każdy z kościotrupów na Pani podwórku ma swoje konkretne zadanie i imię. Może Pani przedstawić tych najważniejszych „lokatorów” i zdradzić ich role?
PC: Oj, to chyba trochę naciągane informacje – nie mają swoich imion, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo (śmiech). Trzeba jednak wspomnieć o „Kosiarkowym”, ulubieńcu wszystkich dzieci. To kościotrup, który kosi trawnik i „przypadkowo” kosi przy tym drugiego kościotrupa (śmiech). Przyćmiewa on nawet mój zeszłoroczny nabytek – kościotrupa wysokiego na około 3 metry.
Furtka Pani ogrodu okresie Halloween jest zawsze otwarta dla gości. Nie obawia się Pani aktów wandalizmu lub zniszczenia dekoracji?
PC: Nie, raczej wszyscy „boją się” tego ogrodu i wątpię, żeby przyszło im do głowy coś demolować – mogliby skończyć jak pozostali (śmiech).
Gdzie trzyma Pani te wszystkie wielkogabarytowe rekwizyty i szkielety przez pozostałe 11 miesięcy?
PC: Większość mieści się jeszcze na strychu, a część wywożę do mojej mamy, która ma przestrzeń na przechowywanie moich „zabawek”. Muszę też dodać, że moja mama również dekoruje swoją posesję i robi to bardzo kreatywnie, tworząc postacie własnoręcznie od początku do końca z półproduktów.



Na co dzień prowadzi Pani markę Design byczaja, tworząc m.in. ekologiczne świece sojowe. Jak łączy Pani te dwa, z pozoru skrajne światy estetyczne?
PC: Na co dzień zajmuję się różnymi działaniami twórczymi i rękodziełem, które łączy wspólny mianownik – kreatywność i praca z estetyką. Halloweenowa odsłona ogrodu to po prostu inna, bardziej sezonowa forma tej samej pasji, w której mogę realizować się w większej skali i w przestrzeni.
Dziękuję za rozmowę











